***

Patrz, wędrowiec idzie samotnie przez ciemność. To nie odwaga wejścia w noc sprawiła, że trafił na szlak. Po prostu szedł. Szedł tak od zawsze. Szedł, odkąd pamięta.
Idzie drogą wśród pól. Wcześniej, za dnia, mijał stogi skoszonego siana. Mijał pełne kwiatów jabłonie, przecinał pachnące łąki. Mijał niezliczone ilości chabrów i maków. Przelatywały koło niego skowronki, przelatywały piecuszki i pierwiosnki. On na niewiele zwracał uwagę. Jego zadaniem było po prostu iść. A skoro tak, po prostu szedł.

Patrz, wędrowiec idzie samotnie przez noc. Nie wyruszył teraz. Szedł, ciągle szedł, aż słońce ogrzewające letni świat wokół schowało się za horyzont. To nie odwaga wejścia w noc sprawiła, że trafił na szlak. Idzie zatopiony w ciepłych barwach ciemności. Nie w czerni. W granacie. Nie zna nazw kolorów, żeby mógł je opisać. A jednak to ciemne niebo jest niezwykle piękne i otula go. Chmury oświetlone to białawym, to znów żółtym światłem, o którym nie wiadomo, skąd pochodzi, układają się w różne kształty. Między odcienie nocnego nieba wplata się fiolet w odcieniach wrzosów i lawendy. Wędrowiec idzie, a coś jakby budziło się w jego sercu. Coś jakby szykowało się do zmartwychwstania, choć on nie zauważył jeszcze, że wcześniej zmarło.

Noc jest ciepła, tak jak był i dzień. Pachnie rozmarynem i macierzanką, grają koniki polne. Wędrowiec idzie sam. Idzie wciąż naprzód, pewien, że widzi wszystko. Skoro zaś wie, że widzi wszystko, jakże mogłoby istnieć coś, czego by nie widział?

Wędrowiec idzie w pustkę.

Zobacz, okruch gwiazdy spadł w noc. Nie jeden, a tysiące. Nie tysiące. Miliony. Więcej ich niż było chabrów i maków. Ale wędrowiec ich nie widzi, tak, jak nie widział chabrów i maków. Depcze okruchy światłości, tak dufny i zapatrzony w swoje zadanie, by iść. Tylko iść. Pola wyglądają jak odbicie nieba. Każda gwiazda z nieba na ziemi ma sobie bliźniaczą, nie brak żadnej. Nikt, kto patrzył, nie widział nigdy cudowniejszego widoku.

Patrz, ktoś pojawił się na drodze wędrowca. Dziwna postać łagodnie uśmiechniętego starca, który zbiera do worka okruchy gwiazd.

– Kim jesteś? – pyta wędrowiec zaskoczony, bo po raz pierwszy od dawna dostrzegł drugiego człowieka.
– Zbieram okruchy miłości.

Wtedy wędrowiec zdał sobie sprawę, że nie miał do tej pory otwartych oczu. Nagle zaczął widzieć, znów widzieć, leżące u jego stóp okruchy gwiazd. Nie chciał przejść obojętnie obok żadnej, którą mijał, a było ich tak wiele…

– Co można zrobić z okruchami miłości? – zapytał mędrca.
– Tkaj z nich siebie samego.
– Ach, ale tak długo szedłem, nie widząc! Co z tymi wszystkimi gwiazdami, które pozostały za mną?
– Jeszcze daleka droga przed tobą i zobacz, jak wiele gwiazd – odpowiedział starzec, rozglądając się wokół. – To prawda, niektóre świecą słabiej, inne bardzo mocno. Ale jeśli będziesz starał się je dostrzegać, prędko nauczysz się cieszyć każdą. Będziesz ich widział coraz więcej, przyjmował coraz łatwiej. Czuwaj! Czy pamiętasz jeszcze, że uczta czeka na końcu drogi?

Znalezione obrazy dla zapytania: van gogh starry night

Ból Eskimosa jedzącego trawę

Zimowisko za nami. Sesja też za nami :D. Znaczy za mną. Aż człowiek nie wie, czym ma się zająć. Ale jeśli nie mam życia poza studiami i skautingiem, to chyba trochę patologia.

W każdym razie (jak już większość czytaczy pewnie wie), kiedy ustalałam termin zimowiska, coś kabelki w mózgu nie styknęły, magiczne słowo “zaliczenia” było jeszcze za siedmioma górami, za siedmioma lasami i jakiś miesiąc przed wyjazdem zdałam sobie sprawę, że… ojej. Że będzie zabawa.

Ooj, zabawa była.

Zaczęła się od wymyślania z Agą w piwnicy mojego instytutu zbrodni doskonałej. Rozprawiałyśmy właśnie w najlepsze o tym, że on ją zabił. Dlaczego? Niechcący. Pokłócili się. Bo ona była w gangu. A jej brat potem zabił jego. Ale czy to ma sens, że on go zabił? Przecież ludzie nie zabijają innych ot tak sobie. I właśnie wtedy mój prowadzący tup-tup zszedł sobie na dół, bo tam mikrofalówka. Usłyszał. I chyba zwątpił :D.

W każdym razie takie sytuacje są mobilizujące. Po pierwsze po wędrówce (i rozmyślaniach przedwędrówkowych) stwierdziłam, że trzeba te wszystkie zaliczenia z zimowiskiem Panu Bogu oddać, bo inaczej zwariuję, a w takim układzie odpadał mi przynajmniej stres. Poza tym rozłożyłam sobie 120 stron notatek do poniedziałkowego egzaminu na każdą wolną chwilę przed wyjazdem i jakoś powoli wszystko posuwało się do przodu. Aga też bardzo mi pomogła, dużo wzięła na siebie, więc mnie odciążyła. To jest w ogóle super, że wiem, że mogę ją poprosić o wszystko i się zgodzi, a nawet dorzuci od siebie więcej. Takiej przybocznej to ze świecą, czy coś ;). Przy nauce podtrzymywały mnie też na duchu jej wierszyki o kuzynie Szymonie i pytonie Tulisiu. A w kwestii drużyny jestem bardzo zadowolona z tego, że sporo dałam do przygotowania funkcyjnym. Mam wrażenie, że tak to właśnie powinno działać, to raz, a dwa, wyszło naprawdę dobrze. Ale po kolei.

Piątek, 16:45 – czas zbierać się na dworzec. Gdzie jest mój beret? Był. W szafie? Nie ma. Na wieszaku? Nie ma… Jeszcze raz w szafie – nie ma. Jeszcze raz na wieszaku? Nie no, nie ma. W drugiej połowie szafy? W drugiej szafie? W skautoszafce? Może w plecaku… (wypakowuję prawie cały plecak)? Nie ma. Święty Antoni? NIE MA. No dobrze, 17.00. Czas jechać. Nie ma, to nie ma. Co to za siara, drużynowa bez beretu. To się nie miało prawa zdarzyć, kompletny i prawidłowy mundur to coś, co u mnie jest zawsze. Jak to tak? [Spokojnie, Atram Trebusz, oddychaj, brak beretu to nie jest koniec świata. Powiesz harcerkom, że ci głupio, więc nie pomyślą, że olewasz i że tak można. Oddychaj. A teraz już do kroćset WYJDŹ].

Wiecie, co jest w mieście w piątek o 17.00? Korki.
Wiecie, co jest odpowiednikiem kreatywnej księgowości na drodze?
Kreatywne prowadzenie.
A wiecie, jaka jest odpowiedź świata na kreatywne prowadzenie?
Kreatywna policja z kreatywną interwencją.

Taaak. Więc owszem, tak właśnie było. Skręciliśmy, łamiąc przepisy. Usłyszałam włączający się kogut. I pomyślałam: o nie… “O nie” zaraz podjechało i kazało nam zatrzymać się na Włodkowica. A że “o nie” wzbudziło u mego rodziciela lekką irytację (tak to nazwijmy), ja nie pamiętam, kiedy ostatnio stresowałam się bardziej. Wyszłabym i poszłabym na dworzec, w sumie blisko było. Ale nie pozwolili. Więc siedziałam w aucie, próbując znaleźć x w równaniu “o nie”+”lekka irytacja”=x minut.

– Telefon do Agi. – Nie odbiera.
– Telefon do Agi. – Nie odbiera.
– Telefon do Agi. – Nie odbiera.
– Telefon do Agi. – Nie odbiera.
– Telefon do Marty. (Hej, sytuacja nieoczekiwana, nie wiem, czy zdążę na zbiórkę, nie wiem, czy zdążę na pociąg. Aga nie zdąży na zbiórkę, Aga zdąży na pociąg. Zimowisko się odbędzie, nie zapomniałyśmy. Jak nie zdążę na pociąg, wyślę Ci bilety mailem i do Was dojadę. Będę updatować”).
– Telefon do Judyty. (Hej, sytuacja nieoczekiwana, nie wiem, czy zdążę na zbiórkę, nie wiem, czy zdążę na pociąg. Aga nie zdąży na zbiórkę, Aga zdąży na pociąg. Zimowisko się odbędzie, nie zapomniałyśmy. Jak nie zdążę na pociąg, wyślę Marcie bilety mailem i do Was dojadę. Będę updatować”).
– Telefon do mamy. – Mamo, ratunku.
– Telefon do Agi. – Nie odbiera.
– Telefon do Oli. (Tata wraca do auta).
Ruszamy na dworzec. Zdążę na zbiórkę. Tata nie może znaleźć prawa jazdy. Aga oddzwania. Uspokajam tatę szukającego prawa jazdy i prowadzącego samochód. Uspokajam, sama dalej się trzęsąc <3. Na moje rzucone w przestrzeń “spokojnie”, Aga odpowiada, że jak najbardziej spokojnie :P.

Alleluja, zdążamy. Szybki telefon do Oli, żeby jej wyjaśnić, czemu dzwoniłam i czemu rozłączyłam się po 10 sekundach.
Nawet na zbiórkę zdążamy. A ja stwierdzam, że po takiej akcji na zimowisku nie wydarzy się już raczej nic gorszego, więc mogę spokojnie jechać. Harcerek jest 7, 9 osób w sumie, warunki kameralne.

Docieramy do Legnicy. Docieramy do schroniska. Ja w ciągu 40 minut podróży pociągiem już unormowałam oddech i puls. Szykujemy się do świeczyska, jemy kolację, dziewczyny szykują szyldy swoich biur detektywistycznych.

Świeczysko kreatywne :). Judyta okazała się podpalaczem akwarium, względnie zupy rybnej. U Jeża morderca z pewnym zdziwieniem przyznał po uporczywym szukaniu winnego, że w sumie prawda, to on sam jest winny. W scence Kraala sir Robert Johnson zgłosił się po pomoc do Sherlocka z dziwnym wężowym problemem. I gawęda. Dawno nie mówiłam, a cieszę się, kiedy wydaje mi się, że wychodzi. Aga mi podegrała na gitarce, więc fajny klimacik.

Sądu honorowego nie zrobiłyśmy. Przyrzeczenia na zimowisku jednak nie było. Trochę szkoda.

Kończenie rzeczy na grę, prysznic i spać. Aż trudno mi było uwierzyć, że kreatywna interwencja naprawdę wydarzyła się niecałe kilka godzin wcześniej.

Pobudka, spacerek z rozkładaniem gry, śniadanie, wyjście na Mszę, apel, Msza. Co prawda bez czytań. Ale za to w pierwszą sobotę miesiąca. Nie przewidziałam, że potrwa godzinę. A pisałam Basi, żeby była jednak 8.57 w Legnicy, bo pół godziny później może być trochę za późno…

Kiedy wróciłyśmy z kościoła przywitała nas gospodyni, informując, że sir Robert Johnson nie żyje. Trzeba uruchomić śledztwo w tej sprawie.

Poszłam na punkt z Basią, w przekonaniu, że mój jest w tę samą stronę. Tak, miałam mapę. Tak, zaliczyłam dłuższy spacer, po swoich śladach i jeszcze dalej. Ale zimowisko było tak bardzo zimowe, że siedziałam na punkcie prawie w krótkim rękawku i było mi ciepło.

Powrót, obiad, sjesta. A potem escape room i wzywanie Scotland Yardu. W escape roomie celem dziewczyn było odzyskać klucz do wyjścia. Klucz był w szafie. Szafa była zamknięta na kłódkę. W trzech innych pudełkach zamkniętych na 3 inne kłódki były 3 cyferki do kłódki głównej. W szafie oprócz klucza do drzwi była Aga :). Więc po pierwsze dostawałam sms-owy update z podpowiedziami, które mogły pomóc zastępowi, który właśnie kminił. A po drugie jak usłyszałam zbiorowy pisk, wiedziałam, że im się udało :D. (Potem przez cały dzień były tym ożywione i bały się wchodzić do pokoju kraala / bały się szaf -> ale to dobrze, bo zwykle są bardzo cicho… W niedzielę na drugim śniadaniu była właśnie taka cisza, że mi się żołądek kurczył. Nie lubię tak, kiedy jest sztywno, wiem, że jest sztywno, więc tym bardziej się stresuję i tym bardziej nic nie umiem na tę sztywność sytuacji poradzić. Ale była Ida, ona trochę próbowała 🙂 ).

Później jeszcze chwila na zebranie dodatkowych wskazówek i złożenie raportu, śpiewogranie i liturgistki zostały wyprawione z Agą do miejscowego super-proboszcza, który zaproponował, że wystawi nam do adoracji Najświętszy Sakrament w mniejszej salce, żebyśmy mogły mieć własną (w parafii jest wieczysta adoracja, ale w ciszy).
No więc byłyśmy na adoracji przed przyrzeczeniem, którą w całości ogarnęły liturgistki, chociaż przyrzeczenia nie było. Nie szkodzi w zasadzie. A od księdza dostałyśmy różańce i milion ulotek, a tylko poszłyśmy z Agą podziękować… 😉

Potem jeszcze kolacja, świeczysko (równie kreatywne), rady i spać. O rety, jaki to był wyczekiwany moment. Dziewczyny też bardzo się wczuły w przesłuchania świadków, aż czasem wprawiały nas w zakłopotanie, bo nie miałyśmy takiej wiedzy… A jako świadkowie powinniśmy ją mieć i to spójną.

Co do gry chciałam tylko dodać, że Watson w peruce i z wąsami był genialnym  Watsonem. Ja z kapeluszem i prawdziwą fajką czułam się profesjonalnym Sherlockiem Holmesem, a Basia miała super fartuszek :D.

Niedziela w zasadzie była spokojna. Pobudka, śniadanie, warsztaty z ekspresji (na których został wykorzystany przemytnik sztucznych szczęk), wyjście na Mszę. Była też chwila, żeby podejść do kaplicy cudu eucharystycznego, bo to ten kościół w Legnicy, co to właśnie tam.

Warsztaty moim zdaniem wyszły trochę drętwe, ale to dlatego chyba, że sama zwątpiłam w ich sens. A to jest przegryw na miejscu. W każdym razie dziewczyny miały się ucharakteryzować jedną osobę z zastępu tak, żeby mogła nie wzbudzając podejrzeń obserwować przez cały dzień sklep jubilera. Pojawiła się (świetnie zrobiona!) żebraczka, para zakochanych, który przyszli po obrączki, a potem przesiadywali w parku na ławeczce i nastolatka z książką.
W ramach drugiego zadania musiały zaaranżować sytuację, w której podejrzany z własnej woli wpuści ich do swojego domu – tutaj z kolei pojawili się świadkowie Jehowy oraz specjaliści ze spółdzielni od awarii gazu i wody.

Potem w zasadzie pakowanie, drugie śniadanie, apel (przed którym szukałam wstążeczek podobnie jak beretu przed wyjazdem – i też nie znalazłam) i kurs na dworzec. Właśnie wypakowuję plecak, więc może się znajdą. Tak, owszem, wiem, że jest środa. Tak, wróciłam w niedzielę. Ale teraz mam coś, czego nie miałam wcześniej ;). CZAS.

Aaa, tytułu nie wyjaśniłam :D.
My się z Agą porozumiewamy językiem o wysokim poziomie abstrakcji. I się rozumiemy, więc tym bardziej to lubię. Wiecie, jakie to miłe, znaleźć wariata o podobnej diagnozie, co twoja własna? W każdym razie w czasie zimowiska dowiedziałam się, że preferuje dietę eskimoską, znaczy raczej kanapki bez warzywek. A że nie chciałam wyrzucać warzywek z obiadu, a tego nie ogarnęłyśmy odpowiednio wcześniej, na 5 minut przed wyjściem Aga dojadała sałatę z moją małą pomocą. Czy teraz tytuł jasny? 😉

Uwaga: śnieg istnieje, a w czerwonej też zdarzają się przygody ;)

Dopadło mnie dziwne uczucie wolności, bo jutro nie mam żadnych zaliczeń. Żadnych. Więc skoro dopiero pojutrze wybieram się na dwa egzaminy, pomyślałam, że czas już na wędrówkowe reminiscencje, które czekają od dwóch tygodni.
[dygresja: żyłam w kłamstwie używając słowa reminescencje… nie istnieje, właśnie to odkryłam i opłakuję].

Dobrze było pojechać.
Niby było nas superdużo (szczególnie w dwa ogniska), ale z każdego tak +/- pół składu, więc jednak nie perfekcyjnie. W każdym razie miałam w tamten weekend w perspektywie dwa tygodnie zaliczeń w rytmie: codziennie-coś-albo-więcej-a-potem-zimowisko, więc wyjazd z ogniem uznałam za fenomenalną koncepcję i okazję do tego, żeby dać sobie trochę luzu.

Zaczęłyśmy w piątek i aż dziwne, że w drodze z dworca do Różanki nikomu nie przyszło do głowy, żeby śpiewać “w ciemności idziemy, w ciemności”. #Takbyło #niekłamię. Niby byłyśmy oblepione odblaskami, ale i tak jakoś bardziej pocieszała mnie myśl, że Panu Bogu się nie opłaca tylu szefowych jednostek wytracić, więc raczej nic w nas nie walnie. Chociaż, jakby się dobrze zastanowić, połowa jednak została w domach, więc jakieś tam prawdopodobieństwo istniało ;). Koniec końców po niecałej godzinie dotarłyśmy jednak szczęśliwie do parafii na miejsce noclegu. Podzieliłyśmy się na pokoje (pełna dowolność się nie sprawdziła i z mojej perspektywy dobrze… jednak co własne ognisko, to własne. Akeeelo, ja chcem żebyśmy były razem w pokoju ;)). Zrobiłyśmy kolację, odmówiłyśmy kompletę, a reszta wieczoru upłynęła w myśl hasła: róbta co chceta, byle grzecznie :P.
Więc grzecznie pogadałyśmy z Asią o pompejance, potem równie grzecznie odmówiły jej jedną trzecią, a następnie grzecznie dołączyłyśmy do Basi i Julki (i Oli?), które w międzyczasie przemknęły koło nas i weszły do kuchni, nie bardzo wiedząc, czy mogą i jak mają obejść stół, który od 10 minut zdrowaśmariuje. Potem kuchnia stała się centrum przytulania czajników (zzzzimno trrroszeczkę bbbyło), wymyślania sztuki “Smol i ci” i opowiadania historii ze smolcowych grup rodem (albo bezpośrednio z życia Smolca, kiedy pośrednictwo grupy facebookowej nie było potrzebne).

– Przepraszam, czy coś się stało, że zajęcia potrwały dzisiaj dłużej?
– Pani Małgorzato, czuję się źle potraktowana przez Państwa szkołę. Argument choroby prowadzącego nie przekonuje mnie.
– Bo on musiał sobie zjeść obiadek, bezczelny! 😮 [#szok_i_niedowierzanie]
Dowiedziałyśmy się też, dlaczego w salach zajęciowych potrzebne są termometry.

Na sobotę plan był w miarę jasny. Pobudka, śniadanie, wyjście w trasę, obiad, powrót, Msza, kolacja, warsztaty… A kiedy już wyszłyśmy, zobaczyłyśmy… ŚNIEG. Prawdziwy. Sypiący się z nieba :). I tak go przybywało i przybywało, a myśmy sobie tak szły i szły. I tylko stopniowo zmieniały się krajobrazy i partnerzy rozmów. W międzyczasie trwała też niemalże wieczysta spowiedź u hufcowej -> rozmowy na temat przyszłorocznych funkcji. Że tak powiem heh. Nie do końca wiedziałam, czy też mam się spowiadać, czy nie, skoro rozmawiałam o tym z Agą pod koniec grudnia przez jakieś 2 godziny.

Zabawa zaczęła się, kiedy próbowałyśmy rozpalić ognisko… Wspominałam, że śnieg padał? To dość ważny szczegół… Jak się można domyślić, szło nam dość opornie, chociaż testowałyśmy przeróżne wersje zapłonu. Tylko trudno jest utrzymać ogień, kiedy wszystko jest mokre, zapałki zaraz też będą, więc robisz co w twojej mocy, żeby jednak nie były, plujesz sobie w brodę, że to naprawdę super, że masz świeczkę, tylko dlaczego została na plebanii, sprawdzasz, ile masz chusteczek, przeliczasz je na prawdopodobieństwo utrzymania płomienia, poznawszy wynik, wywalasz wszystkie patyczki z kelly i próbujesz rozpalić je na nowo, potem w przypływie nadziei tworzysz ognisko z zapałek, licząc na to, że może chociaż ono się rozjara, następnie próbujesz szczęścia z kolejną koncepcją stosiku, tym razem głównie z papieru i chusteczek, które przetykasz patyczkami (które dalej są mokre, bo dalej pada śnieg), a później, kiedy w przypływie desperacji obszukałaś już kieszenie, znajdujesz woreczek z papierowymi flagami krajów, w których jest FSE, ale nie pomaga nawet to, że zdecydowałaś się wkroczyć na drogę przestępczą, bezczeszcząc symbole narodowe wielu krajów (Polska na koniec jako ostatnia deska ratunku).

Na szczęście ogniskiem-ogniskiem obok zajmowali się inni ludzie (między innymi Karo <3), więc tam ogień zapłonął (przydał się apteczkowy spirytus). Reszta grzała rączki, jak było trzeba, zbierała patyczki i próbowała nie zamarznąć (uruchomiłyśmy kółko fitness dla wszystkich cierpiących, bliskich zlodowacenia). Chciałam powiedzieć, że wzięcie rękawiczek na wędrówkę zimową było kolejnym dobrym pomysłem, który niestety nie przyszedł mi do głowy. Za to świetną koncepcją (uwaga: ironia) było umycie brudnych rąk śniegiem. Śnieg jest zimny. Wydawało mi się, że moje ręce też. Ale śnieg był jednak bardziej.

Powiem tyle: taki obiad smakuje jak dar niebios. “Panie Jezu, nasze życie, dziękujemy za przeżycie” :D.

W drodze powrotnej zaliczyłyśmy jeszcze obrzęd wędrowniczki Oli, przyjęcie do ogniska Edyty Martyny, ładne widoki, dużo śpiewania na końcu wycieczki i trasę zjazdową na sankach bez sanek w wykonaniu księdza. Fragmentu o naszym różańcu, który transmutował w koronkę i mnie zablokował śpiewająco, przez litość nie rozwinę. Niby nic wielkiego, ale jednak lekka żenada.

Po powrocie można było poprzytulać się do kaloryferów, a kiedy przyniosło to już pożądany efekt (i zjadłyśmy herbatę i wypiłyśmy ciastka… coś nie pykło, ale zostawię, why not xD), była godzina światła, a po niej śpiewogranie. Lubię. Szczególnie kiedy są takie piosenki, w które wkładasz dużo emocji i możesz je śpiewać pełną piersią, bo można w nie włożyć głos. I nawiązywać kontakt wzrokowy z innymi muzycznie radosnymi oczami. Czyżby… “Ukojenie”? Owszem, magia, taka sama jak dwa lata temu…

Aa, wcześniej Msza oczywiście (a w niedzielę Aga uratowała psalm! organista chciał zjeść zwrotkę “bo miała dużo krzyżyków” (…), ja nie miałam siły przebicia, a ona nie pozwoliła :D!).  I już w ciemności i śniegu mianowanie dwóch asystentek. A i owszem, bo na wędro były HR-ki. I super :).

Po kolacji warsztaty z komunikacji zasługują na co najmniej kilka podpunktów.
1) żółtoskóry murzyn – uchodźca, który stał się symbolem jednej z grup ❤
2) nasza radosna twórczość ze ściętym drewnianym walcem inspirowana życiem xD
3) doniczka z kwiatkiem ratująca życie ❤
4) zakładka do książki ratująca życie ❤
5) przemytnik sztucznych szczęk ❤ ❤
6) Basia w roli przemytnika sztucznych szczęk <3<3<3

Potem już tylko kompleta, silentium (fajnie bardzo, że było… nawet w domu o taką ciszę trudno, a tak człowiek dostaje cały wieczór na pomyślenie i pobycie z samym sobą, a gdyby chciał w tym czasie też gdzieś się przed Panem Bogiem schować, to nie bardzo ma gdzie, bo wszystkie pilne zajęcia zostawił w domu, ups xD ).

Niedziela już w zasadzie stadium powrotne, więc chyba nie ma co się rozpisywać. W pociągu Karo wygłosiła mi wykład indywidualny o żeglarstwie, ale im bliżej Wrocławia, tym bardziej mój mózg umierał. Niby spałyśmy, a jednak zbliżający się dom był dla mnie jakoś dziwnie sennogenny.

Wędro w każdym razie bardzo pozytywna. Mogę częściej, szczególnie przed sesją :).

 

 

Taizé

Tak, wiem, tytuł mało oryginalny. Cóż poradzę? Liczy się wnętrze ;).
Uwaga, post typu częściowo-sentymentalny.

W sobotę byłam na kursie kierowników wypoczynku. A że w tym samym czasie mieli przyjeżdżać do domów ludzie z ESM, zerknęłam na ekran telefonu, żeby sprawdzić “czy to już”. I… to było już. Info od mamy brzmiało następująco: “Francuzki, w tym Bagheera”. Oookej, dziwne imię. Ale przestałam o tym myśleć, przeszłam do ćwiczenia resuscytacji, korzystania z AED i przypominania sobie, jak to jest fajnie, jak na obozie odwiedza cię sanepid.

Wróciłam i jeszcze zastałam dziewczyny. Śmieszna sytuacja, mamy w domu szarlotkę z meliską (Charlotte & niestety mam pojęcia, jak się pisze imię naszej drugiej “gościni”, w każdym razie brzmi ono Melis). Ale w takim razie gdzie jest Bagheera? Hm… Co tu się zadziało? Bagheera okazała się funkcją. Tak, w skautingu. Tak, skauci Europy. #sekta_forever #przypadek #niesądzę 😀

Tak sobie myślę o tym taizé, że skoro teraz siedzę i robię wpis, to znaczy, że było fajnie. Od strony organizacyjnej był stres. Do czasu. Bo jakoś tak Aga działa uspokajająco i przewartościowująco…
A tak btw, to dzięki temu, że Charlotte ogarnia skautorzeczy, mogłam łatwo wytłumaczyć, dlaczego nie będzie mnie z nimi w niedzielę na Mszy (inna sprawa, że kiedy po prezentacji parafii wyszłam z kościoła, czułam się trochę jak heretyk, który odstawił gości, gdzie trzeba, a teraz idzie w bailando :P). Jak to miło, że są ludzie, którzy od pierwszego kopa rozumieją, że spotkanie z matką drogi jest wystarczająco ważne, żeby odpuścić godzinę mszy konkretnie tej z pielgrzymami. Nie żebym miała problemy z innymi, ale gdybym chciała innym wytłumaczyć, co będę robić i dlaczego nie całkiem to, co ludzie myślę, że będę i że to jest okej, zajęłoby trochę więcej czasu :P.

Tak czy tak zresztą spinanie się mogłam sobie odpuścić aż do poniedziałku, bo wtedy było pierwsze nabożeństwo poranne, które miałam poprowadzić. W ogóle trochę kosmicznie to dla mnie dalej brzmi. Ale jestem bardzo wdzięczna tym wszystkim ludkom, które się włączyły (muszę im to tylko jeszcze napisać). Serio, gdyby nie Piotrek, który nas ogarnął od strony technicznej, nie mielibyśmy podłączonych mikrofonów, mikrofonu bezprzewodowego, otwartego kościoła już od 7.30, zostawionego dla nas po mszy. Gdyby nie drugi Piotrek, zwariowałabym, próbując najpierw zebrać do kupy tych wszystkich ludzi, którzy mieli czytać/śpiewać, a potem usadzić ich w kolejności i wszystko wytłumaczyć. Olga dzielnie ogarniała allelujowanie za wszystkich zagranicznych, którzy nie dotarli, Piotrek kyriowanie z christe-exaudi-nosem… No i Christoph, który nam spadł z nieba z gitarą. I z kolegą z drugą gitarą :). Maria z… zabijcie mnie… z Chorwacji? Która chciała pośpiewać z nami… Bardzo się cieszę, bo mam wrażenie, że nabożeństwa całkiem się udały, a od strony technicznej każde kolejne było lepsze od poprzedniego, więc pozwalało mi na więcej luzu i radości z tego, co robimy. I mentalne bycie, a nie wzrok utkwiony w kartce z nutami i mechaniczne machanie ręką do rytmu. Patrzenie na ludzi, ciśnięcie z tego, że mamy za wysoko, ale mamy też przeponę, więc może damy radkę, chociaż to pierwsza rzecz, którą śpiewamy rano… Zresztą machanie weszło za mocno i jak wczoraj siedzieliśmy z Piotrkiem w maku, to dyrygowałam też muzyce z radia :P.

Bo poza niedzielą, kiedy z Asią i Agatką (i paroma innymi osobami) byłyśmy na Rysiu, a potem dzielnie pilnowałam drzwi (które były do WYCHODZENIA, a nie do wchodzenia, ale trudno było to wytłumaczyć, bo za drzwiami do wychodzenia, które nie były do wchodzenia, była herbata, a jak ktoś wyszedł po herbatę, to zwykle chciał wrócić i to wrócić nie naokoło), były też inne cuda.

W poniedziałek Rysia sobie odpuściłam i poszłam spać. To był dobry wybór.

A we wtorek był dzień pełen wszystkiego. Myślę, że dobry. Dzień dobry, modlitwa poranna, już na spokojniej niż poniedziałkowa. Spotkanie w małych grupach – chyba nie mieliśmy protestantów, bo na koniec pogadaliśmy sobie o różnych spoko świętych :). W ogóle myślę, że grupka, szczególnie wtorkowa, ubogacająca.

No i cudowny dialog P. z dawno niewidzianą koleżanką z klasy:
– No, jak wróciłem w sobotę, to cośtam cośtam.
– Wróciłem? Ale… skąd?
– A… z seminarium.
#takasytuacja 😀

Chwila przerwy, a potem chcieliśmy jechać na modlitwę południową, chociaż zamiast 4, byliśmy tylko z Piotrkiem, a przed polską mszą znaleźliśmy się jeszcze z Dominiką. Trudno mówić o klimacie, dobrym, złym czy jakimkolwiek, kiedy mowa o mszy… Ale tak sobie myślę, że tysiące ludzi na trybunach w połączeniu z akustyką hali, śpiewając chwała na wysokości Bogu, brzmiało jak szykująca się do walki armia. Jak wielka siła. I to jest dość niesamowite, kiedy przy tej całej otoczce, że chrześcijaństwo umiera, młodzi odchodzą z Kościoła etc. można zobaczyć, ile jest młodych osób w Polsce, które są na tyle zaangażowane jakoś w religię, żeby wpaść na ESM. Cała Hala Stulecia. A też nie wszyscy religijnie kumaci byli na ESM, umówmy się. To daje siłę – to, że nie jesteś sam/sama, że chrześcijan nie jest mało, że na początku naszej ery było dużo mniej, a rozprzestrzeniło się na cały świat jakoś. No to teraz gorzej nie jest przecież.

Powrót do domu (Luśką 🙂 ), parę chwil przerwy przed modlitwą wieczorną o pokój, kiedy zderzałam się ze wszystkim po drodze, nie wiadomo czemu i zastanawiałam się, co jeszcze zrzucę albo w czym się pomylę… Chyba zmęczenie po prostu siadło. Ta modlitwa moim zdaniem wyszła najlepiej. (Nie rozumiem, dlaczego najlepiej i najswobodniej mi się machało, kiedy stałam na jednej nodze. Nie rozumiem xD).

Impreza sylwestrowa (okej, okej, sorry, święto narodów, zwał jak zwał) potrwała do 2.00 z kawałkiem, ale wystarczyło. Wróciłam i jedyne o czym marzyłam, to spać, bo na mszy rano też musiałam być wcześniej, żeby zapsalmić. I tylko moje dziewczyny nie wiedziały, czy śpię, więc wysłały sms, o której modlitwa. A ja stwierdziłam, że to pewnie życzenia noworoczne, więc olałam wibrujący telefon, żeby po pobudce o 8.20 napisać im, że msza 9.30… Ale nawet były już częściowo na nogach <3.

No i dzisiaj w przerwie między mszą a obiadem nauczyłyśmy dziewczyny grać w farmera, a potem przejrzałyśmy quiz o Polsce (w ramach koncertu życzeń – cieszę się, że życzenia były, bo przyznaję się bez bicia, nie za bardzo miałam pomysł na te dwie godziny). I pojechały. I jakoś pusto.

Dodam tylko, że karuzela lingwistyczna miała się świetnie (babcia Charlotte była Polką, Melice mówiła po hiszpańsku, uniwersalny był jednak w większym gronie angielski, ale mój ociec wykorzystywał również swoją germańszczyznę w połączeniu z wymowną komunikacją mową ciała) :D. Nudno nie było.

Mówiłam, że taize nie do końca moje klimaty. Nie wiem, czy to się zmieniło. Ale myślę, że ten czas spotkania, konferencji czy chwile na modlitwę w ciszy były dla mnie wartościowe. No i radość z tego, że się udało – że zrobiliśmy razem coś fajnego, chociaż (niektórym 😉 ) wydawało się to na początku kompletnie niemożliwe… grzeje serduszko.

 

 

Kiedy myślę “Euromoot”, myślę…

1) chaos

Ale stopniowo ogarniany chaos. Trochę strachu przed wyjazdem i próba uporządkowania świata. Kiedy będziemy, gdzie będziemy, do kogo trzeba zadzwonić, czy na pewno plecaki będą jeździć, czy na pewno będziemy mieć co jeść i pić. Takie klasyczne “Marto, Marto”, ale myślę, że nie tylko martowe. Szczególnie, że hot ploteczki, które doszły na obóz, mówiły, że ostatnia prosta przygotowań jest właśnie nieszczególnie prosta.

2) Włoszki

Nasze 5 zbliźniaczonych ognisk, z których bardziej miałyśmy okazję poznać jedno. Tak po prawdzie też nie do końca, ale miło się czasem po drodze rozmawiało. Miałyśmy szczęście, bo nasze całkiem nieźle mówiły po angielsku. I muszę przyznać, że odczułam niemałą satysfakcję, kiedy się okazało, że znały piosenkę, której próbowałam nauczyć ognisko ;).

3) Kontakt!

Hipcio. Myślę, że to wystarczy ;).

4) Asyż

To był super początek Euromootu, chociaż dojechałyśmy tam wcześniej niż później, więc już rano średnio zdążyłam ogarnąć zwiedzanie (tak, tak, wiem, rychło w czas). Ale w sumie po co, skoro w Edycie są franciszkowi eksperci ekspertów? 😀
Podjazd pod górę sprawił, że chyba wszyscy, którzy nie spali, zaczęli się modlić o przetrwanie. Ale dotarłyśmy. Camping był wysoko… Ale wokół była lawenda. Za to kocham kraje romańskie – można na nie patrzeć, można ich słuchać, ale i można je wąchać <3.

Jeśli chodzi o zwiedzanie, udało nam się dotrzeć do św. Klary, św. Franciszka, św. Rufina, a w końcu i do Porcjunkuli. Jakoś do tego ostatniego bardzo mnie ciągnęło. Trochę bardziej wiem, dlaczego taki niepozorny kościółek daje odpust całemu Kościołowi, chociaż chyba dalej nie do końca.

Docierałyśmy tam z przygodami, bo bazylikę widać z daleka i bardzo chciałyśmy wysiąść zanim trzeba było wysiąść. A potem zrobiłyśmy pętelkę. Ale spokojnie – chwila cierpliwości i faktycznie autobus wysadził nas bardzo blisko. Ciekawie się kupuje bilety po włosku (;.

Wnętrze kościoła – przepiękne. Trudno się zresztą dziwić. Włochy, kościół… jeżeli tylko nie jest malutkim parafialnym, to myślę, że oczywiste jest, że będzie ładny. Z ciekawostek: żółwie i turkawki. I czynna, ale nieczynna toaleta i obrażony długopis Zosi, bo pani się nie podobał i chciała ładniejszy.

Ach! Zapomniałabym o najważniejszym. O naszej super pionierce na kamieniach. Co, Rita nie da rady? Szpilki za Chiny nie chciały wbić się w ziemię. No nie dały. Więc zrobiłyśmy odciągi do kamieni. Ewentualnie cegieł. Namioty stanęły, a ja byłam dumna z naszego zmysłu praktycznego.

5) Siena

Ulewa. Kardynalski parasol, spanie w przedsionku i pioruny goniące się po niebie. No i jeszcze pierwszy skaut i wszechobecne w katedrze OPA.

To może po kolei. Siena to był nasz drugi przystanek – zaplanowany na 2 noclegi. Po przyjeździe od razu znalazłyśmy szefową punktu. Okazało się tylko, że po angielsku to ona nie mówi. Mówiła po francusku. Dla mnie bomba! Mniejsza bomba, że czasowo nie było pryszniców. Za to toi-toie służyły jako idealny sposób ochłody. Jak się tam weszło, a potem wyszło, temperatura na dworze przez chwilę wydawała się znośna.

Wyruszyłyśmy w miasto. W jedną stronę, potem zawróciłyśmy, poszłyśmy pod górę, zeszłyśmy na dół, potem znowu zawróciłyśmy… Doszłyśmy do wniosku potem, że nastąpiło jakieś zagięcie przestrzeni, bo kierunek centrum kompletnie nie zgadzał się z naszą marszrutą, a dopiero wtedy udało nam się osiągnąć cel. A jak już dotarłyśmy, Hania mogła się wyżyć jako przewodnik :).

Drugi dzień w Sienie zaczęłyśmy od polskiej mszy w podziemiach. Potem znowu w miasto, ale już od razu w płaszczach przeciwdeszczowych. Na dobry początek – nie mogło być inaczej – wizyta u św. Katarzyny. Przepraszam, ale stamtąd jestem w stanie zapamiętać tylko mega creepy witraże i jej głowę. Świętą mogła być fajną. Ale naprawdę nie rozumiem, dlaczego ktoś wpadł na świetny pomysł, żeby w nagrodę za piękne, proste i prawe życie ją zdekapitować, a czerep wystawić do adoracji…

Cieszę się, że kiedy pół ogniska poszło już na pizzę, mogłam z Olą, Hanią i Kają pozwiedzać katedrę. Znalazłyśmy tam przecudną salę z księgami. Kancjonarze, psałterze… Wszystko oczywiście pięknie ozdobione. Uwielbiam takie miejsca i dałabym się pokroić za możliwość oglądania tego. Zdobienia sufitu i ścian też robiły ogromne wrażenie dobrze oddaną perspektywą. Znalazłyśmy też na ścianie pierwszego skauta. Postać ubraną na granatowo, z “beretem” i białym, ośmioramiennym krzyżem.

6) “Słuchaj, kiedy śpiewa lud, gdy się u ludzi zbiera gniew”…
Pomogę wszystkim tkwiącym w błędzie. Euromoot nie był pielgrzymką. Nie był. No nie był. Choć czasem bardzo próbował :D.

7) Can’t you see the things talking?

W sumie praca naszych Włoszek, które przygotowały książeczkę twinningu domagałaby się trochę szacunku. Ale jednak Katarzyna Sieneńska w wersji mangi, dzicz i braterstwo w zamieszczonym tam rozważaniu tudzież osobliwie sformułowana zachęta do tego, by podziwiać piękno świata bardziej zapadła w pamięć.

8) Skoro już o Włoszkach mowa… ŁATAM CIU! czyli Montefiascone

O jeżu słodki. Włosi potrafią być głośni. Dlatego śmiałam się, że Pan Jezus jest chyba jedyną osobą na świecie, która jest w stanie utrzymać w ciszy tabun młodych Włochów, Francuzów i Hiszpanów (na adoracji była cisza). Ale jak miałyśmy z Włoszkami wspólne ognisko koło 22.00 na środku klasztoru, to już nie było ciszy. Było ŁATAM CIU! A ja myślałam, że tam umrę – przed wyjściem na spotkanie z naszym twinningiem położyłam się na karimacie, zaczęłam na raz się śmiać, płakać i dziewczyny musiały mnie zeskrobać z podłogi i domundurować.

9) Caffè e gelato

No masz, zaraz będzie, że jedyne, co mnie obeszło na tym wyjeździe, to to, czego doświadczył mój żołądek. Fcależenie. Lody. W Sienie nijak nie mogłyśmy się dogadać w lodziarni, a okazało się, że współwłaścicielką jest Polka. Rozpoznała nas – opłacało się być w mundurze.

Drugie ciekawe spotkanie z lodami miało miejsce w Montefiascone, kiedy usilnie próbowałam zamówić kawę z lodami. Taak. Nie próbujcie tego robić we Włoszech. Oni tego nie mają ;). Ale niezależnie od wszystkiego warto pamiętać, że “Pciuch zamieszkuje czas”.

10) Joan i Amaya

Moi Hiszpanie, którzy w lutym przywrócili mi wiarę w tę nację. Kochani <3. Prowadzili śpiew. Więc inne punkty euromootu, które z pewnością wryją się w pamięć to “Jesus Christ, You’re my life” i “Nearer, my God, to Thee”. Joan skomponował “Mary, You’re our Mother” – szanuję. I że kierował chórem na takim wydarzeniu, to też bardzo szanuję. I żałuję, że do niego nie dołączyłam. Ale z drugiej strony byłam wtedy z ogniem. A mózg parował mi tak bardzo, że trudno byłoby w tych okolicznościach przyrody śpiewać.

11) Makaron dla Polaków

Zacznijmy od tego, że w Montefiascone była siostra. Jedyna, z którą dało się porozumieć, bo mówiła po… francusku :). Najpierw bardzo się z tego cieszyłam. Mogłam zapytać, czy mogłybyśmy gdzieś wysuszyć namiot. Potem mogła mi wytłumaczyć, jak mamy się wpisać do księgi ewidencyjnej. W spokoju. Kiedy wszystko mogłam 2 razy powtórzyć, upewniają się, czy na pewno wszystko jest tak, jak powinno. A sis była zachwycona i pytała, czy jestem z Francji (miałam wtedy wrażenie, że świat się pomylił – uczę się w ograniczonym zakresie od 3 lat, więc nie wiem, jak mogłabym się komuś pomylić z Francuzką. Ale było to niewątpliwie miłe :)).
Potem było inaczej. Mniej spokojnie. Ale za to głośniej. Bo chociaż to nie był czerwony punkt zorganizowany przez ekipę euromootu, to skautów zrobiło się tam od zarąbania…
Siostry miały dla Polaków “pat”. Szybki proces myślowy: pat może znaczyć ciasto, może znaczyć pasztet i może znaczyć makaron. A nie, pasztet to “pate”, więc zostaje nam ciasto i makaron. Siostra wyhaczyła, że jestem w okolicy. Czyli że jest w okolicy ktoś, z kim uda się dogadać. Bardzo chciała wiedzieć, ilu było Polaków. Nie miałam bladego pojęcia, ilu było Polaków. Bardzo chciała nas zgromadzić na to “pat”, ale nie bardzo rozumiałam, gdzie. Bardzo chciała nas tym “pat” nakarmić, ale nie do końca docierało, dlaczego siostry mają dla nas “pat”, dlaczego mają ten “pat” dla Polaków i dlaczego chcą nas nim karmić. Z tym że kiedy o to zapytałam, to siostra się dość zdziwiła: “No jak to, jesteśmy siostrami, chcemy dać wam jeść” :D. Przez dalszą część wieczoru chowałam się za kimkolwiek, kiedy siostra pojawiała się na horyzoncie. Ponoć kiedy znalazła Polaka i doprowadziła do “pat”, który okazał się makaronem, zostawiała go tam i szła po następnego. Ale kiedy wracała z następnym, pierwszego już nie było. Chyba jesteśmy narodem wyjątkowo krnąbrnym ;).

12) Rita!

Znalazłyśmy Ritę! Dopiero w jakimś mniejszym kościółku w Montefiascone, ale była.
A ogólnie przesłanie euromootu jest jasne: jeśli chcesz znaleźć ognisko św. Rity, szukaj leżących na ziemi placków. Jak słusznie zauważyła Kaja, jesteśmy ogniskiem najbardziej lubiącym leżeć i w ramach aktywności dowolnych parę razy wybierałyśmy drzemkę ;).
Taki luźniejszy czas chyba zresztą w ogóle dobrze nam robił. Zintegrowałyśmy się. Basia ciachała nam na kawałki smoczego żelka i okazało się, że jest z niej mały śmiechowy troll.

13) ogień

Utwierdzenie w tym, że chociaż nie było źle, to wiosną podjęłam bardzo dobrą decyzję. Jak to było w pewnym sms-ie, “Ogień niech się pali” – jestem za to mega wdzięczna.

14) Mobile Scriptoria

Idea spoko. Zróbmy razem coś ładnego. Realizacja przy kilkuset osobach na punkcie? Nie było już tego klimatu. Ale zrobiłyśmy.

15) francuska konfa, włoskie msze

Czemu włoskie msze, to nie wiem. Chociaż dla mnie w sumie bez różnicy :P. Tylko szkoda jednak, że event międzynarodowy, a nie wszystko międzynarodowe.
Cieszę się bardzo, że poszłam na francuską konfę. Po pierwsze biskup Luksemburga umie mówić. I to mówić ciekawie. Po drugie miałam radochę z symultanki.

16) adoracje

Co prawda jedna wzięła nas z zaskoczenia… Ale bardzo to było miłe. Szczególnie że księża ogarnęli, że między Mszą a adoracją warto by wypuścić sztandary z prezbiterium ;). Druga zaplanowana, na żółtym punkcie. Już mniej zaplanowane było to, że na godzinę przed jej rozpoczęciem dostałyśmy do zrobienia na kolację wór kiełbas, 36 jajek, worek marchewek i makaron… Kiełby opchnęłyśmy z wielką radością jakimś wędrownikom, a oni stwierdzili, że z wdzięczności odmówią za nas cały różaniec. Myślę, że to jednak my w tym wypadku więcej zyskałyśmy :D. Uwaga, wychodzi ze mnie mały hejter: nie rozumiem koncepcji robienia sobie na adorację krzyży z light sticków… Wow, fajnie, połączyliśmy dwa świecące patyczki i krzyżyk wyszedł… Tylko w większości ludzie się nim bawili, bo tak świecił, że sam się o to prosił, to raz, a dwa, że (przynajmniej mi) do niczego nie był potrzebny i w niczym nie pomógł, a tylko był problem, gdzie go schować. No było toto dziwne.

17) żółty punkt

I deszczownice na nim! Duża ulga w upale. I tutaj słowa uznania dla naszej Akelki, która nas i miejscowych w tym wszystkim ogarniała. My w tym czasie jadłyśmy. Ale robiłyśmy jej kanapki ;).
W ogóle w Bolsenie mistrzostwem świata było siedzenie i jedzenie z niesłabnącym zapałem przez jakąś godzinę. Po tym śniadanio-obiedzie Basia nie musiała nam już mówić, że musimy więcej jeść. Raczej pojawiła się potrzeba, żeby iść dokupić chleb.

18) polowanie na kartki

19) (nie mogło nie być tego punktu) audiencja u Papieża

“Drodzy bracia i siostry, prosimy, nie stawajcie na krzesłach. Możecie spaść” <3. Chyba jednak fakt, że wstałyśmy o 3.30, żeby zwinąć namioty, dostać się do rejestracji i dotrzeć na rano do Rzymu przesądził o tym, że byłam trochę wypluta… Mam wrażenie, że spotkanie z Papieżem powinno na mnie zrobić większe wrażenie. Ale co to w ogóle znaczy “powinno” – człowiek czuje to, co czuje. Nie wydaje mi się, żeby to było źle… Cieszę się bardziej, że udało mi się tam spotkać Sandy (a jeszcze w Asyżu dziewczyny z mojego zastępu z CEP-u 2016). Musiałabym wrócić do tłumaczenia przemówienia Franciszka, żeby pamiętać, co nam mówił. Chyba nie dałam rady wczuć się w ten klimat. Nie wiem, dlaczego… Zwalmy na zmęczenie ;).

20) Rzym!
Na szczęście zwiedzanie Rzymu z Ritą udało się lepiej niż zwiedzanie Paryża z drużyną. Tym razem nie ominęłyśmy głównego zabytku miasta :D. I ten dzień był super, mimo zmęczenia. Obowiązkowa wizyta w Macu, schody hiszpańskie, koloseum, Il Gesu, panteon… Muzeum dusz czyśćcowych. Mimo rebelii wstępnej, myślę, że sprowokowane tym rozkminy eschatologiczne okazały się całkiem wartościowe. Chociaż dalej uważam, że niezbyt budują moją wiarę informacje o tym, że do kogoś przyszła zmarła teściowa i kazała mu chodzić na msze – może muszę do tego dorosnąć, a może po prostu nie moje fale. Różne są ludzkie doświadczenia, nie zaprzeczam im, a jednak powoduje to u mnie bardziej śmiech, niż mną wstrząsa. Zresztą mamy Łk 16,31. Ważne, że ksiądz był zadowolony i będzie miał materiał do artykułu na listopad.

21) parkingi dla chrześcijańskich górników

22) jutrznie, z których jedną raz nawet udało się poprowadzić urozmaicenie i bezbłędnie 😛

23) śpiewanie ❤

z Jelenią, z Ritą… szykowanie pieśni na Mszę. Nie szkodzi, że nie wypaliło. Ale jakim cudem Włosi nie znają części stałych po łacinie? 😮 Myśmy chciały tak z miłością, żeby się mogli włączyć, a tu klops :P.

24) mundury

A u niektórych w ważnych momentach raczej ich brak. Bądź stan.

25) śliczne francuskie pieśni i Angelus

26) pasztet, konserwa i owsianka 😉

27) ciepłe noce i niebo w gwiazdach

28) umieranie z gorąca, ale przynajmniej w dobrym nastroju 😛

Było dobrze. Było warto. Amen ;).

 

 

 

 

Przejechane walcem – 12

Jakoś tak tytuł chciałam skojarzyć z Poparzeni kawą 3, ale pewnie nie wyszło ;).

Wpis depresyjny już był. Nie, nie tutaj. I tutaj go nie będzie. Kto był, ten zna nasze cierpienia i wylewane frustracje. I wie, dlaczego adekwatnym tytułem jest “przejechane walcem”. Tutaj chciałabym trochę od innej strony.

Jak mówiła na obozie z radością Aga: “Nasz dom wariatów, każdy robi swoje”, a Basia, chodząc po obozowisku w pomarańczowej kamizelce odblaskowej, worku na śmieci i kokardce z biało-czerwonej taśmy ostrzegawczej: “Dzieci się już chyba przyzwyczaiły, że mają nienormalnego kraala”.

Pomyślmy więc, co jest warte zapamiętania (oprócz tego, że potrzebujemy turnusu rehabilitacyjnego w SPA, ewentualnie w Ciechocinku).

  • Bogowie ziemiankiZgodnie z fabułą, harcerki miały podczas wielkiej gry znaleźć skarb. Jaskinię skarbów. Jaskinię pełną pluszaków owiniętych folią i spryskanych na złoto. Taaak, to zupełnie normalne, że kiedy już wróciły z explo, wieszałyśmy przytulanki owinięte szczelnie stretchem na sznurze na pranie i traktowałyśmy sprayem. I mówiłyśmy dzieciom, że hodujemy imbir. Taki zmutowany. I że skręcałyśmy się przy tym ze śmiechu. Standard przecież, o co chodzi?
    A dlaczego bogowie ziemianki? Raz, że niby-bóstwa olmeckie, więc bogowie. Dwa, że to bogów ziemianki na tym obozie chciałyśmy czcić ofiarami całopalnymi. Bo pojawiły się wątpliwości co do tego, czyśmy harcerstwem katolickim.
    Dodam tylko, że Basia z niepokojącą radością, siedząc w swoim kojcu, owijała ich szyję folią spożywczą. Robiła to jednak po mistrzowsku – farbą pobrudziła się tylko kula, którą zabezpieczałam sama.
  • Co? Kto to powiedział? Pewnie jakaś wredna małpa. Inside joke’i w kraalu zawsze w cenie. Biedna drużyna chyba dalej nie wie, dlaczego na następny obóz mam wziąć miotłę.
  • Czasem warto robić scenkę kraala. Czasem trzeba odreagować. Wszak kto zna się na lesie lepiej, niż leśniczy. I czegóż chcieć więcej, gdy ktoś nas rozumie, prawda?
  • Wyobraź sobie, że chodzisz po supermarkecie i słyszysz: “Niee, przecież czapla tyle nie zje. I pamiętaj, że jeż jest bezglutenowy”.
  • A teraz wyobraź sobie, że siedzisz na stacji benzynowej na kasie. Podchodzi jeden ktoś i mówi: “Dzień dobry, poproszę sześć dużych latte”.
  • Spokojnie, tamto to była rozgrzewka. Wyobraź sobie, że siedzisz na stacji benzynowej na kasie. Podchodzi ktoś z identyfikatorem FBI i podobnym, choć nieudolnym napisem na koszulce i mówi: “Dzień dobry, poproszę sześć dużych latte, jeden duży napój czekoladowy i paliwo z szóstki”.
  • Wyobraźnia hula? Super. No to teraz dzień ewakuacji numer dwa. Ewakuacja w porze obiadowej, zanim harcerki zdążyły cokolwiek obiadowego przygotować. W świetlicy dostały chleb z pasztetem, ale mimo to, kiedy wróciłyśmy koło 22.00, były głodne. Tylko że śniadaniowo/kolacjowych rzeczy nie ma – miał być obiad, kończymy obóz, więc kończymy też zapasy. Za sprawą tego, co wyżej wymienione, w środku lasu o 23.00 rozlega się wołanie: “Maaarta, daj dzieciom obiad”.
  • Dzień agapy. Basia podjeżdża do pizzerii. “Dzień dobry, chciałabym odebrać pizze”. Pan z lekkim rozbawieniem: “Te 9, czy te 6?”.
  • Powiedzmy, że to taka radość w zmęczeniu, niepewności i potrzebie odreagowania… Cytat z kraaloposzkodowanego: “Niedobrze mi, znajdę sobie jakiś woreczek. (Wyjmując z plecaka świeczkę kaktusa w doniczce z betonu) A co to jest!? I czemu jest w moim plecaku!?. Pięć minut później… (a teraz, czytelniku, przeczytaj ten punkt jeszcze raz).
  • Mszalna playlista na po przejściach:
    – Jak ożywczy deszcz
    – Panie, ogień pal
    – W lekkim powiewie
    – Ześlij deszcz
    – Błogosław, duszo moja, Pana
  • No, bo każdy czasem grzeszy, na przykład spóźnia się na mszę świętą, prawda, druhno drużynowa? (10 minut później) No, i może kiedyś wszyscy spotkamy się w niebie. Nawet z naszą siostrą Joanną.
  • Byłam królikiem. Martwiłam się, czy nie zgubię mojego ogonka. Zgubiłam uszy…
  • Podczas KK malowałam sobie koszulkę FBI. I myślałam: żeby tylko nie napisać FSE, żeby tylko nie napisać FSE… Gadamy, mamy głupawkę (aż potem na radzie harcerki pytały, co nam się stało). Patrzę na moją koszulkę i na znajdujący się na niej piękny napis “FSE”.
  • Dajcie kraalowi balony z wodą i brokat. I enjoy the show.
  • Harcerka na swoim drugim obozie w rozmowie z sanepidem: “No, a jak jest zimno, to grzejemy sobie na kuchenkach wodę do mycia” <3.
  • Siedzimy przy pierwszej ewakuacji pod świetlicą, Karo jako pies pasterski już zagoniła harcerki za bramę. Po czym wraca, z radością na twarzy: “trzódka nakarmiona”.
  • Czy możemy zwołać cały obóz, żeby podziwiał obozowisko Jeża?
  • Fajnie mieć harcerki, które mają ubaw, jak im mówisz, podwożąc na explo, żeby zapamiętywały trasę powrotną, bo zamierzasz zostawić je w lesie ;).
  • Wydra – K-A-K-A-Ł-O!
  • A gdyby tak Basi do kojca dać róg albo patelnię…
  • Dość śmiesznie jest spotkać w Pepco strażaka po cywilu, który 3 godziny wcześniej nie po cywilu przyjechał cię opieprzyć. Kupował skarpetki.
  • Aga (chyba) zaginająca księdza. “Przepraszam bardzo, czy to jest portatyl?”
  • Zdejmę Panu dziki, Twą twarz, kosmatą twarz
  • Rodzice 2 i 10 DW zbliżający się do kaplicy (przez środek obozowiska kraala 6dw, ale co tam). Rodzice słyszący z kaplicy pieśń po czesku. Rodzice w odwrocie.

Drodzy moi, tak, ja wiem, że ten post jest mocno hermetyczny. Jeśli macie ochotę się spotkać, jest spora szansa, że sporo powyjaśniam ;). A nieobecnym wyjawię też tragedie dnia codziennego przejechanych walcem.

Pozdrawiam

 

Przerwa na reklamy

W sumie niezbyt reklamy, ale niestety jeszcze nie kolejne harcowe odcinki.
Byłam wczoraj na spektaklu na Brucknera, przygotowanym z okazji 30-lecia parafii i Dnia Matki. Był ładny, siedzi mi w głowie i tak pomyślałam, że nie zaszkodzi o nim kilka słów :).

https://www.youtube.com/watch?v=1x1UajPHX9w (Maryja śpiewa ładniej :P)

“Byłam i zawsze będę Twoją Mamą”

To ostatnie słowa, które padają w przedstawieniu, a w pewien sposób nawiązują też do jego początku. Początku, w którym mała dziewczynka z domu dziecka pyta Maryję z kościelnego obrazu, czy zostanie jej mamą. Podczas spektaklu obserwujemy jej dalsze losy. Anetka rośnie, wychodzi za mąż, w rodzinie przychodzi na świat dziecko. Jak to w życiu – nic nie jest idealne i wkrótce bohaterowie muszę poradzić sobie jakoś z łataniem dziur w domowym budżecie. Żeby opłacić rachunki, mąż decyduje się wyjechać do pracy za granicę i z tej pracy nie wraca. Do domu, razem z jego paczką, przychodzi wielka radość, ale też smutek i strach przed przyszłością. Bartuś bardzo się cieszy, bo tata przysłał mu żołnierzyki. Aneta czyta list, z którego dowiaduje się, że nie zobaczy już męża, bo ten w Wielkiej Brytanii związał się z kimś innym. Kobieta modli się do Maryi. Pyta, czy ona też miała podobne problemy z mężem albo synem… Na pewno nie! Przecież życie rodzinne Najświętszej Panienki było idealne, pozbawione jakichkolwiek trosk, które są udziałem “zwykłych” ludzi… Szybko jednak przypomina sobie, jak Jezus zgubił się w Jerozolimie, a także to, że umierał na oczach Matki, brutalnie zabity. Maryja doskonale rozumie matczyne uczucia, także te najtrudniejsze.

Widz ma nieco ułatwione zadanie, jeśli chodzi o dostrzeżenie tego – podział sceny na część górną i dolną uwydatniał paralelizm między macierzyństwem współczesnych kobiet a NMP w roli mamy. Kiedy Aneta śpiewała synkowi kołysankę, Maryja także kładła do snu małego Jezusa. Gdy spędzali czas ze św. Józefem, współczesna nam rodzina zrobiła z kaset i zeszytów zestaw do gry w ping-ponga. Kiedy Matka Boża martwiła się o Syna, gdy ten odłączył się od rodziny podczas święta Paschy, samotna matka niepokoiła się o Bartka, który wychodził sam wieczorem biegać i marzył o byciu żołnierzem. Maryja poprosiła Jezusa o pomoc podczas wesela w Kanie Galilejskiej – Aneta, by syn przed wyjazdem na misję ostatni raz zaśpiewał w scholi. Jak się okazało, między rodzinami nie było aż tak wielu różnic, jak się mogłoby się wydawać, a podobieństwa można by długo wymieniać… Dodam tylko, że aktorzy dobrze poradzili sobie ze śpiewanymi partiami (również na głosy) i bardzo przyjemnie się ich słuchało :).

Czy historia ma happy end? W przypadku Jezusa wiemy, że owszem. Jeśli zaś chodzi o Bartka, ginie on na misji w Namibii. Żołnierze, z którymi służył, przynoszą Anecie jego szczątki i list, którego nie dokończył. List do mamy. Z podziękowaniem za to, że się nie poddała i mimo tego, jak wyglądało jej dzieciństwo, zawalczyła o normalny dom dla niego.  Za to, że przekazała mu wiarę. Że walczyła również wtedy, gdy została sama. Mimo tego, że autor listu dorósł, ewidentne było, że zawsze jest i będzie wobec niej taki sam – stosunek dziecka do mamy nie zmienia się, nawet gdy już jako dorosły, żołnierz pisze jej, że boi się wojny.

W tym momencie najwyższego napięcia znów widzimy Anetę modlącą się. Bohaterka prosi Maryję, żeby zajęła się Bartkiem. Żeby było mu dobrze tam, gdzie jest. Że choć być może dla niej samej nie była matką, niech stanie się nią dla Bartusia.
Maryja, która niezauważona powoli się zbliża, po tej prośbie delikatnie ją obejmuje.
“Zawsze byłam i będę Twoją Mamą” – mówi.

Myślę, że nie trzeba dużo dodawać. Dość łatwo wzruszam się w takich momentach, ale mam nadzieję, że dzięki temu uda mi się zapamiętać ten spektakl i raz na jakiś czas przypomnieć sobie, że Maryja jest też moją mamą. Że też była człowiekiem, że wszystko rozumie i naprawdę można na nią liczyć.

Wydaje mi się też, że spektakl spełnił też swoją rolę “uhonorowania”, jeśli można to tak określić, wszystkich mam za ich miłość i wysiłek. Pokazał to, co najpiękniejsze w relacji rodzica z dzieckiem – troskę, czułość, niepokój o ich los, walkę z samym sobą, by dać im to, co najlepsze, ale także to, ile dobra wypływa z takiej miłości.

Aga świetnie to ogarnęła, zresztą nic dziwnego ;). Dziecka też wyglądały na nieźle zintegrowane i zajarane przy okazji.

No dobrze,
to pisałam ja, w przypływie weny i rozrzewnienia.
Dobranoc, czy tam dzień dobry, co kto woli (;.