Monthly Archives: February 2012

Hah, sto lat staruszkom, którzy mają 23 urodziny :)

No 🙂 Miałam zamiar napisać przedwczoraj, ale trochę nie wyszło  ;P Grunt, że ten wpis jest pierwszym napisanym przez 14-latkę ;]

W niedzielę była jeszcze msza z drużyną, której honor ratował Renifer ;] Razem z drużynową jest nas 26, a na mszę przyszło 20% ;P My 4 z Renifera (Magda, Anka, Ala i ja), 1 dziewczyna z Sarny i nasza kochana Tere 🙂

Po odbyciu obowiązku chrześcijańskiego pojechałam do Anki, żeby ogarnąć projekt z fizyki, bo byłyśmy przekonane, że przedstawiamy w poniedziałek, a praca leżała i kwiczała (w sumie dalej leży i kwiczy…).  Zadzwoniłam do taty, który przywiózłszy mnie spacerował przez godzinę po Biskupinie, czy mógłby nie podjeżdżać teraz pod kościół, tylko za 20 minut pod dom Ani… Cóż, 20 minut później zadzwoniłam do niego, gdzie jest i że mogę już wracać i dowiedziałam się, że aktualnie robi zakupy na Psim Polu ;D. Porozmawiałam jeszcze chwilę z “czołową mojej zastępowej” i dowiedziałam się, że kiedy wygrzewaliśmy się w Hiszpanii odwiedziła ich nasza wuefistka, która odeszła na urlop macierzyński. Pokazywała na zdjęciach swoją córeczkę… Soł słit 🙂 Nie mogę się doczekać, wraca za 35 lekcji 🙂

Wieczorem było jeszcze spotkanie do bierzmowania—> czyt. ciąg dalszy nauki śpiewu, podchodzenia, etc.

W poniedziałek obudziłam się chwilę przed budzikiem, słyszałam z kuchni rodziców, chwilę potem mama przyniosła mi kakao, chcąc nie chcąc wstałam, ubrałam się, spakowałam i poszłam do szkoły. Byłam w niej godzinę wcześniej niż zwykle, bo wydawało mi się, że mam pisać sprawdzian z matmy… Tak, wydawało mi się to dobre określenie, bo pani powiedziała, że mówiła mi, że najpierw sprawdzi testy już napisane, a dopiero potem napiszę ja… No nic, odrobiłam zadanie z biologii, Milena złożyła mi życzenia, Anka złożyła mi życzenia, Monia złożyła mi życzenia 🙂 A poza tym mam dziwne wrażenie, że spełniło się moje zdmuchiwane na pierniku życzenie ;]

Po powrocie poszłam do Rossmana, a poza tym chciałam kupić zawieszkę do bransoletki… Nie przewidziałam, że sklep o 18.30 może już być zamknięty… ;P

Wtorek minął w miarę po ludzku, po szkole tylko poszłam na spotkanie z księdzem (dopuszczające do bierzmowania), który koniecznie chciał, żebym przyszła na próbę śpiewu… 🙂

A dzisiaj miał być sprawdzian z fizyki i kartkówka z geografii. Pierwszy był, ale bardzo prosty, w porównaniu do tego, które zwykle robi nasza wychowawczyni 🙂 A drugiej nie było. Bardzo dobrze, bo na minutę przed lekcją dowiedziałam się, że nauczyłam się nie tego tematu co trzeba. Poza tym nie miałam książek, musiałam pożyczać od 2bg 🙂 Dziękuję za książkę Basi, a Asi za ćwiczenia 🙂 🙂

Okazało się, że udało mi się zapomnieć też książki do religii. Poszłam na lekcji do szafki, a kiedy wróciłam, pani mówiła coś o jakimś konkursie recytatorskim poezji Jana Pawła II. A że mam taki jeden wierszyk, co go lubię, to się zgłosiłam… Mam go przedstawić jutro na długiej przerwie 🙂

Poza tym udało mi się wypożyczyć legendy o królu Arturze (które będą fabułą naszego obozu).

Wróciłam do domu (po drodze kupując zawieszki do bransoletki ;] ), gdzie zastałam koleżankę mamy z Holandii razem z córkami (jedna jest w moim wieku, druga ma prawie 5 lat) i w sumie grałyśmy i rysowałyśmy na i-phonie i na moim telefonie a Zosia (ta-co-ma-5-lat) robiła lody, lizaki i ciastka.

Pojechałam do Wandy na próbę Zemsty, ale Patrycja nie zadzwoniła do mnie i nie powiedziała, że jej nie będzie (czyli że nie będzie próby), więc ostatecznie po niecałej minucie wróciłam do auta i pojechałam razem z tatą odwieźć gości do hotelu. W aucie Zosia nie wiadomo czemu ochrzciła mnie Kasią… Cóż, ładne imię, ładne ;]

Obejrzałam nagrany odcinek sędzi, dostałam sms-a z pytaniem, czy mogę wziąć rower (bo napisałyśmy w planie idealnej zbiórki, że ma być rowerowa), popodziwiałam naszą kreatywność, odpowiedziałam, że tak, aczkolwiek był to pomysł bardziej na maj i wlepiłam oczy na powrót w ekran 🙂

A artykułując swoje myśli w tym wpisie rozmawiałam z Magdą i okazało się, że w sobotę jedziemy na zbiórkę całodniową, do jakiejś fajnej wioski na s, której nazwy zawsze zapominam 🙂

Dobrze. Zatem. Azaliż. Spełniwszy swoją powinność wpisu idę odrabiać matematykę 🙂

Czyli o tym jak przez 45 minut byłam zastępową :)

Na spotkanie o 9.00 dojechałam nawet chwilkę wcześniej, co bardzo mnie zdziwiło, bo czekałam dość długo na autobus (wszystkie tramwaje zmieniły trasę…). Z przytulnego przedsionka księgarni wyszłyśmy na dwór, czekając na Agę, która nie odbierała telefonu. Kiedy jeszcze chwilę nie przychodziła, po prostu zaczęłyśmy zbiórkę 😉 Anka z Magdą zaczęły rozmawiać, jakby kompletnie nas nie zauważając, o tym, że mogłyby założyć żeński zastęp, że to szalony pomysł, ale może się udać etc. . Po upewnieniu się, że chcemy zostać harcerkami, postanowiły sprawdzić, czy się nadajemy.

Najpierw wzięły na bok mnie, dowiedziałam się, że przez najbliższe 45 minut będę zastępową, i że mam wybrać sobie czołową 🙂 Następnie swoją funkcję odkryła właśnie ona, czyli Ala. Zuzka otrzymała na swe barki pionierkę, a Karo kuchcika.

Zabrawszy od Magdy kompas, mapę i zadanie, a następnie je odszyfrowawszy ruszyłyśmy w drogę, rysując szkic topograficzny prostoliniowy 🙂 Współpraca w pełni, znaczy ja rysowałam, Ala liczyła parokroki, Karolina ogarniała mapę, a Zuzka azymuty.

Po kilkudziesięciu metrach (czy inaczej 30 parokrokach) zatrzymałyśmy się na chwilę, udowadniając, że harcerek nic nie zatrzyma [tak, to zdanie ma sens, choć pokrętny] 🙂

Zdobyłyśmy wszystkie punkty, choć trochę po czasie, przygotowałyśmy scenkę, plan idealnej zbiórki, potrawy na konkurs kulinarny, odpowiedziałyśmy na 5/7 pytań z quizu, przy czym na jedno zareagowałam krótkim facepalmen i “ja pitolę…”… Po odbieraniu wiadomości semaforem i wpisania do pamięci tymczasowej zrobienia projektu pionierki obozowej byłyśmy już w pełnym składzie (przedtem Magda z Anką stały na punktach) i poszłyśmy do kaplicy, żeby razem z Wilczkami (takie Zawiszackie Zuchy) świętować Dzień Myśli Braterskiej (który de facto był w środę). Niespodzianką dla nas było to, że jako goście przyszła trójka seniorów, żeby opowiedzieć o swojej harcerskiej przygodzie (jeden z nich składał Przyrzeczenie wiosną 1939! ). Chrupałyśmy ciasteczka, przeglądałyśmy zdjęcia z obozów z lat 50., piłyśmy herbatę, przeglądałyśmy kronikę z lat 50., porównując ją do naszych i załamując się psychicznie ;]

Część poszła posprzątać do kuchni, Anka ze mną została w kaplicy, choć za chwilę poszłyśmy my też 🙂 Sto lat na moją cześć zostało odśpiewane (no bo już pojutrze będę z punktu widzenia prawa młodzieżą ;P ), piernik nadgryziony, a cukier obroniony przed Basią z Charta 😉

Potem przyszedł czas na apel, gdzie Chart dostał wstążeczkę na proporzec za wygranie Wielkiej Gry na zimowisku i została uroczyście mianowana przyboczna 2DW 🙂

Jakoś zebrałyśmy się do domów, choć powoli, to jednak 🙂 Dotarłam do dziadków, zjadłam obiad, poopowiadałam nieco o zagranicznych krajach, a potem przyjechał po mnie tata i zabrał do kręgielni na urodziny kuzynki.

Nie powiem, że byłam optymistycznie do nich nastawiona, bo nie bardzo wiedziałam, co mogłabym robić pośród chmary 11-latków, ale w sumie poznałam chłopaka rok młodszego ode mnie, ścigaliśmy się na punkty (on oczywiście wygrał, ale tylko dlatego, że grałyśmy bez barierek [takich, żeby kule z toru nie spadały]). Teraz już jak widać jestem w domu, jutro o 11.00 jest msza z drużyną, znów na drugim końcu miasta, a poza tym czeka na mnie na biurku zeszyt z bilogii. Czeka i czeka i nie może się doczekać, żeby go przepisać… 🙂

No nic. Miłego dnia życzę i się odmeldowuję 🙂

Viva España!

Na początku pragnę przeprosić iż odzwyczaiłam wiernych czytelników (mam nadzieję, że tacy istnieją 🙂 ) od rytmu sobotnio – niedzielnego. Usprawiedliwienie mam bardzo proste: w dniach 11.2.2012 – 19.2.12 byłam poza granicami naszego szacownego kraju, czyli, pomijając podróż, w Hiszpanii na wymianie 🙂

Pierwsze dwa dni spędziliśmy w autokarze (chyba można powiedzieć,  że grzecznie…) z przerwą na nocleg w Lyonie. Drugiego wieczoru nasza matematyczka zarządziła pół godziny medytacji. W praktyce wyglądało to tak, że cały tył gadał, a my (szczęśliwe posiadaczki miejsc tuż za nauczycielami) pisałyśmy na telefonach [matematyczka postanowiła spać].  Dojechaliśmy do Getafe 13.2 około godziny 00.30, po uprzednim błądzeniu w Madrycie i szukaniu noclegu dla licealistów. Odebrani przez rodziny hiszpańskie pojechaliśmy do domów. Pod koniec trasy atmosfera w autokarze zapłonęła, gdyż rodzice jednego z Hiszpanów zapytali jednej z nauczycielek, czy czasem nie jesteśmy niebezpieczni, (że szukamy sobie kompanów do picia… :/ )…

W każdym razie półżywa o godzinie pierwszej glebnęłam się na łóżko wspominając jak w drodze mój mózg pracował na fali: co-ci-ludzie-właściwie-do-mnie-mówią-po-jakiemu-jak-ich-zrozumieć-o-cholera-prawie-pierwsz-ej-nie-mówcie-do-mnie-tyle-bo-nie-ogarniam. Ale było miło, bo przyjechali po mnie prawie wszyscy: tata, moja hiszpanka, jej 11-letni brat, jej 17-letnia siostra 🙂

Na godzinę 9.00 mieliśmy zjawić się w szkole. Pojechałyśmy metrem z Julką i Albą (her interchange partner ;]). Katecheta Marcelino z Indonezji przywitał nas piosenką (podobno często śpiewa na lekcjach), ogólnie było bardzo miło, strasznie ładnie śpiewał i ogólnie wydawał się w porządku 🙂 Nauczyciele zabrali nas z lekcji i przeszliśmy się po Getafe. Chyba największe wrażenie zrobił na nas wielki mural i pomarańcze na drzewach (w lutym!, na drzewach!).

Nie pobyłam za długo w domu, pojechałam z Aną na lekcję gry na pianinie. W sumie to ona grała, a ja pisałam opowiadanie, o które potem ze 3 osoby systematycznie mnie męczyły, żebym dała przeczytać… 🙂

Następnie wieczorem Hiszpanie zabrali nas do Parque Sur (taki pasaż handlowy, z zewnątrz niepozorny, a w środku wielki) i graliśmy w kręgle ;]. Ogólnie było nas ponad 20 osób.  Potem jeszcze łaziliśmy po tym centrum, weszliśmy do sklepu Apple i “testowaliśmy” I phone’y.

Z centrum zabrał nas tata Any, tym razem na próbę skrzypiec (z koleżanką zza pianina).

We wtorek pojechaliśmy do Toledo. W sumie ludzie obywatelstwa hiszpańskiego jeździli z nami, osobnym autokarem, ale nie zwiedzali, tylko na nas czekali, więc układ był nieco dziwny… Obejrzeliśmy jakieś trzy kościoły, w Katedrze zbierałam z podłogi szczękę i z wrażenia nie robiłam zdjęć (no dobra, tylko kilka…) na zakupach wypiłyśmy kawę mrożoną i kupiłyśmy marcepan, porobiłyśmy zdjęcia uliczkom i widoczkom i w ogóle 🙂 A po powrocie do domu poszliśmy znowu grupą 20 osób na churros (takie faworki z czekoladą przypominającą budyń), tematem dnia (no bo przecież walentynki) było to, że Sam-Wiesz-Kto (jak go później zaczęto podczas wymiany nazywać) ma dziewczynę (oczywiście Hiszpankę) ;)) Po churros poszliśmy do parku przy szkole i siedzieliśmy tam bez celu jakieś 1,5 h. Ten dzień nie był za długi, wróciłyśmy do domu, poszłyśmy spać, obudziłyśmy się w środę z błogą świadomością podróży do Madrytu.

Po dwóch lekcjach wyjechaliśmy. W stolicy najpierw odwiedziliśmy muzeum sztuki współczesnej Reína Sofía, gdzie (z hiszpańskim przewodnikiem !) obejrzeliśmy słownie 4 obrazy i dostaliśmy 15 minut czasu wolnego, żeby sobie zobaczyć więcej. Najlepsze było interpretowanie tejże sztuki. Podchodzę ci ja do rzeźby i mówię: to kobieta w ciąży. Patrzę na tabliczkę, a tam, ni mniej ni więcej: pojazd rekomendowany dla 4-osobowej rodziny…

Następnie udaliśmy się na dworzec Atocha (główny, najgłówniejszy węzeł komunikacyjny, według różnych wersji w Madrycie lub w Hiszpanii), gdzie była palmiarnia, żółwie, wystawa kolorowych rolek po papierze toaletowym i zamach 11.3.2003.  Stamtąd na spacer po Parque del Retiro, gdzie zrobili nam łaskawie przerwę na śniadanie. Nie dane jednak było z niej skorzystać w całości, bo nasze Hiszpanki chciały nam pokazać Palacio Cristal 🙂

Następnym przystankiem było muzeum Prado (co jakiś czas wznoszono okrzyki: O! Panny Dworskie!, O! Karzeł! bądź O! Ale mnie nogi bolą! Posiedźmy i pokontemplujmy!) . Jak szaleć to szaleć – w łazience utopiłam telefon. Trochę przestał działać…

Mieliśmy iść zobaczyć Katedrę i Palacio Real, ale nauczyciele dali nam czas wolny i puścili samopas po Gran Via (czytaj bulwar zakupowy). Zmusiłam grupę, która koniecznie chciała do Starbucksa, żeby poszli ze mną do księgarni, kupiłam Małego Księcia (moja mama kolekcjonuje w różnych językach 😉 ) i grzecznie udałam się za wszystkimi wężykiem do kawiarni, troszkę podłamana psychicznie (bez telefonu jak bez ręki… O cholera! Nie mam ręki!). Nie mając zielonego pojęcia, że jeszcze zostajemy w Madrycie chciałam koniecznie iść na pocztówki (które z kolei zbieram ja), a moja Hiszpanka poszła do jakiegoś sklepu z ciuchami, co podłamało mnie psychicznie jeszcze bardziej. Poszłam po kartki, wróciłam i stwierdziłam, że gwiżdżę na Anę. Od tego gwizdania przeszło potem do płaczu (no cóż, każdy może mieć gorszy dzień…) ale w sumie jak na mnie to w miarę szybko się uspokoiłam 🙂 Grupą teraz 40-osobową poszliśmy na rynek, tam po 40 minutach czekania na osoby, które poszły do toalety, czekając na osoby, które poszły do toalety, czekając na osoby etc.  odłączyła się od nas spora grupa, która wróciła do Getafe.  My w chyba 8 osób poszliśmy zobaczyć katedrę i Palacio Real 🙂

Padnięte wróciłyśmy do domu o 21.00. Poszłyśmy spać z błogą wizją Segovii następnego dnia.

W Segovii zwiedziliśmy praktycznie sam Alcazar (na który niemal zawsze mówię Alcatraz…), z zewnątrz obejrzeliśmy katedrę w stylu Mudejar i pobiegliśmy na zakupy wydając ostatnie euro, zabytki pozostawiając mniej szalonym turystom 🙂 Z wypchanymi torbami wepchaliśmy się do autokaru pozostawiając za plecami akwedukt. Po drodze widzieliśmy z autokaru Cuatro Torres (takie 4 wieżowce 🙂 ) i Puerta de Europa (czyli takie dwa wieżowce skrzywione do siebie pod kątem 15* ). Zrobiliśmy przerwę przy stadionie Santiago Bernabeu, i z Olą doszłyśmy do wniosku, że Polacy są wszędzie i że raczej powinnam uważać i nie padać pod autobus ;P Wysadzeni przy stacji metra w Getafe Central dowiedzieliśmy się, że z tymi napakowanymi torbami teraz właśnie idziemy do parku. Cóż, nie najpiękniejsza wizja, ale było warto 🙂 Miejsce naprawdę piękne, choć Polacy co prawda nie mają we krwi bezczynnego leżenia na trawie przez 2h (po których—? WRÓCILIŚMY DO DOMU ;D )

W piątek nauczycielki znowu wyrwały nas ze szkoły, poszliśmy zrobić zakupy na drogę. Wyszłam z marketu z dwiema siatami, aż się Ola śmiała, po co mi tyle tego. Hm… w pewnym sensie miałam nosa. Na 2 minuty przed wyjściem moja rodzina zapytała mnie, czy chcę coś na kolację, inaczej jedzenia na drogę bym nie dostała… Po zakupach został nam czas, posżłyśmy znowu na churros dopychając się czymś takim jak fresón (w potocznym tłumaczeniu truskaw) [serio, najmniejsze były wielkości 1/4 dłoni].

Wieczorem, kiedy byliśmy już spakowani, pojechaliśmy na imprezę przygotowaną przez naszych kochanych Hiszpańczyków, która od zeszłej niedzieli była tajemnicą Poliszynela 🙂 Potańczywszy trochę w sali, w której nie było wolno tańczyć, ale nie dało się gdzie indziej, bo na korytarzu nie było nagłośnienia, wypiciu lodu z colą, porobienia setek zdjęć, podrzucaniu w górę kilku osób i porobienia setek innych dziwnych rzeczy wróciliśmy po bagaż. Wzięłam prysznic i zeszłam do kuchni, wyszliśmy z domu o 20.45, o 21.30 mieliśmy być za Madrytem. Byliśmy… Błądząc i szukając miejsca noclegu licealistów…

A potem tylko upojna noc w autokarze, dwa urocze dni jazdy, i kolejne 2 tłumaczenia mojemu żołądkowi, że już spokojnie, jest w Polsce, nie będzie chipsów na śniadanie, obiad i kolację… ;]

Pozostaje pytanie, co będziemy robić jak oni przyjadą do nas w kwietniu 🙂

Zdecydowanie potrzebuję drugiego weekendu…

Jak w tytule. W ogóle nie czuję, żeby cokolwiek było inaczej niż w tygodniu, bo tempo miałam mordercze 🙂 W piątek po lekcjach jechałam do Wandy na próbę inscenizacji “Zemsty”, na którą nie przyszła Patrycja, więc pierwsza i od razu generalna będzie na 2,5 godziny przed występem na lekcji…  Poszłam grzecznie spać mniej więcej o 23.00, przedtem tworzyłam grę o życiu Maryi, na którą miałam cały tydzień, ale wyszła i tak dość kreatywna, obudziłam się o 5.58, a potem tylko drzemałam, alarm właściwy poderwał mnie godzinę później i tata zawiózł mnie gdzie? Na BISKUPIN ;D Jestem baaardzo przewidywalna, ale to lubię ;). I co dziwne uwielbiam mieć dużo na głowie ;P.

Tym razem nikt nie spóźnił się tak kosmicznie jak wcześniej, a gdybym miała nadać całej sobocie tytuł, to byłoby to albo “Dzień gier” albo “Epic win – epic fail” lub też “Dzień świadectw”… Weszłyśmy do kaplicy i na początku po prostu bawiłyśmy się w co nam tylko przyjdzie do głowy, tańczyłyśmy do ździebko bezsensownej piosenki o tym co się robi z bananami, doszło nawet do o made made i a lele mido (tak, wiem, brzmi to jak z innej galaktyki… W sumie to są takie zabawy z uderzaniem nawzajem w dłonie, jakich jest na świecie milion). Biedna Magda dostała ode mnie z chusty w twarz przy kolejnej zabawie, błądziłyśmy po sali z zawiązanymi oczami szukając Goofy’ego, aż nadszedł czas na gry bardziej kreatywne.

Najpierw Ala wyprosiła nas na korytarz i rozłożyła po sali. Szukałyśmy karteczek, na których były zaszyfrowane pytania i odpowiedzi oraz narysowane miejsce ukrycia kolejnej zagadki. Ostatnim punktem była czekolada ukryta za kaloryferem. Uznałyśmy, poniekąd logicznie, że jedyne co można zrobić z czekoladą to ją zjeść, więc wyjęłam z torby pracowicie upieczone z babcią w czwartek ciasteczka w kształcie reniferów 🙂 Była uczta ;P.

Następnie grę własnej produkcji przeprowadziła Karo, szyfrując z okrutnymi błędami ortograficznymi informacje o “ptarznikach” i kotach.

Potem przyszedł czas na Magdę, z tym że jej gra była bardzo rozwojowa. Musiałyśmy wymieniać zastępy pierwszej drużyny wrocławskiej, drużynowego, jak najwięcej nazw zastępów, scenki (takie, prawda, slajdy) o powstaniu harcerstwa, w każdym razie poczułyśmy się bardzo do-, a może nawet trochę przecenione, na szczęście wiedzą wykazała się Karolina 🙂

Następnie poszłyśmy do parku, gdzie w pudełku po lodach wymieszałyśmy gips z wodą i wylałyśmy na ślad psiej łapy (szukałyśmy go z 10 minut, a gdybyśmy poszły odrobinkę w przeciwnym kierunku…). Uznawszy, że nie opłaca nam się czekać aż zaschnie wróciłyśmy do przedsionka księgarni, kupiłyśmy w automacie coś ciepłego do picia (po dwóch napojach skończyła się grudniowa promocja… :(), a ja rozłożyłam moją grę ;] Twórczość radosna reszty zastępu leży sobie właśnie u mnie na biurku w kronice, a odlew, po który biegłam razem z Karoliną, która miała czas, bo kiedy biegły z Zuzką do autobusu, to spadł jej but i nie zdążyły, i której się chciało (bo Anka z Zuzią jednak postawiły na ciepłą księgarnię) na regale w przedpokoju (cały w ziemi).

Mateusza nie było na próbie, ale za to ja, Anka i Monia doszłyśmy niemalże do perfekcji 😉 O 18.00 miało być kolejne spotkanie (w grupie z Wandą i Patrycją, która odezwała się w tej sprawie dzisiaj o 2.00 nad ranem na facebooku… ;P).

Dzisiaj z kolei obudziłam się około 7.30, poszłam do kościoła, zjadłam obiad i pojechałyśmy z Moniką do Anki, żeby (po raz drugi-trzeci z Mateuszem) ćwiczyć “Zemstę”. Wróciłam, skończyłam niezbędne na jutro lekcję i piszę 🙂

Ps. Rozmawiałam z dziewczyną, u której będę mieszkać na wymianie w Hiszpanii 😉 Fajnie się usiłuje klecić zdania ;P.

I jedno słowo wyjaśnienia —> Dzień świadectw, bo w trakcie weekendu usłyszałam co najmniej dwa i to naprawdę o niezłej sile rażenia ;D

No, to dobranoc 🙂 Mam nadzieję, że jutro o tej porze będę słuchać piosenek zespołu Barón Rojo zgranych od nauczyciela konwersacji 😉