Święta, święta i… po świętach!

Tak, wiem, tytuł niezbyt kreatywny i nazbyt powielany, ale cóż – tak bywa, Jak wymyślę inny, może zamienię 🙂

Przez święta nie robiłam w sumie nic niezwykłego. To co zwykle się robi w święta 🙂 czyli opychałam się mazurkami i makowcem i spędzałam czas z rodzinką :). Co prawda miałam plany odbycia Triduum Paschalnego, ale, jak to się zwykle raczej nie mówi, choć można, ze względu na wzgląd nie wyszło.

W Wielki Piątek byłam na drodze krzyżowej, teoretycznie z drużyną, a praktycznie z reprezentacją Sarny i Renifera oraz, sprawa jasna, z Tereską :).  Ponieważ w czwartek ze mszą nie wyszło, to pomyślałam, że może pójdę po drodze. Cóż… Pomyślałam? Wpadło mi do głowy, bo z myśleniem nie miało wiele wspólnego. Wyszłam jakoś na początku mszy, z przekonaniem, że jeśli tego nie zrobię, to zaraz się rozpłaczę, albo zemdleję (gdyż stwierdziłam, że co z tego, że post ścisły obowiązuje od 18 roku życia..). Ale wróciłam do domu, zjadłam kalorycznego banana i świat stał się piękny i kolorowy ;).

A w sobotę były warty przy Grobie Pańskim. Znów z reprezentacją Sarny i Renifera, tylko w odróżnieniu od dnia poprzedniego u nas nie było Agi, a w Sarnie zamiast Beaty, Natka. Pomijając to, że zabrałam ze sobą tatę, babcię i dziadka, żeby poświęcili pokarmy (:P), a okazało się, że pierwsze święcenie zaczyna się godzinę po rozpoczęciu naszej warty i na początku nie mogłyśmy z Alą ogarnąć, jak podchodzimy i że kiedy Magda salutuje, to my NIE, to było świetnie :). Nieco zniechęcona przez wydarzenia z piątku, Triduum sobie odpuściłam :). Wieczorek jeszcze robiłam drapanki, łamiąc kultywowany zwyczaj monopolu dla pisanek. Kot i kwiatek wciąż czekają na uwiecznienie :). Zadzwoniłam do Anki, dowiedziałam się, że na święta wróciła ze szpitala rehabilitacyjnego w Zgorzelcu oraz że ona też przeciwko słownikowi uważa, że prycz, to prycz, a nie prycza, a także że po święconce post już nie obowiązuje, co podsumowała jednym, krótkim “To na co ja jeszcze czekam?!” :D. 

W niedzielę wreszcie Święta :). Rano zagościli u nas dziadkowie. Co się działo potem? Górę wzięło, podobnie jak w poniedziałek zresztą, wspomniane we wstępie, słodkie lenistwo :). Następnego dnia wieczorem, po spacerze z tatą i z psem oraz grze w Scrabble, którą po raz kolejny okrutnie wygrała mama, zorientowałam się, że w sumie to nie wiadomo, czy planowana na dzisiaj zbiórka się odbędzie, bo dla trzech osób organizować się raczej nie opłacało :).  Magdalena z wyciszonym telefonem go nie odbierała, ale ponieważ egzystencja zbiórki zależała od obecności na niej Agnieszki, postanowiłam skontaktowaź się z nią. Numery rodziców w takiej sytuacji niewymownie pomagają :). Aga stwierdziła, że “raczej będzie” czyli zbiórka również otrzymała podstawy zaistnienia. Tego wieczoru robiłam jeszcze kartkę na urodziny dla Ali i piekłam sernik :).

Dzisiaj obudziłam się o 7.00 i około godziny później rozpoczęłam podróż komunikacją miejską z sernikiem na kolanach :). Na Placu Grunwaldzkim spotkałam Karolinę, która również nie mogąc w poniedziałek dodzwonić się do Magdy zadzwoniła do mnie, uprzedziwszy o swej miłej, nieoczekiwanej obecności :P. Ja z kolei przekazałam to Magdzie nieco później na facebooku. Kiedy czekałyśmy na autobus, zadzwonił do mnie Andrzej, pytając, czy dzisiaj już idziemy do szkoły… Uwielbiam takie ogarnięcie :). Pod kościołem zjawiłyśmy się chwilkę przed czasem, chwilkę później, punktualnie przyszła Magda, potem Ala, a o 9.10 zaszczyciłam tatę Agi kolejnym telefonem. Okazało się, że Agnieszki “raczej nie będzie”… xD. W każdym razie poszłyśmy na wał, mijając Orła z 1DW. Nad Odrą Magda podarowała nam karteczki z grą o Baden-Powellu, którego musiałyśmy narysować, Jamboree i Eurojam-ie :P. Karolina postanowiła po raz kolejny zrobić sobie ze mnie kanapę, a z mojego plecaka podnóżek. Mogę tylko powiedzieć, że dzisiaj już nie było tak łatwo, udowodniłam, że jestem w stanie bez problemu ją zrzucić na ziemię… 🙂 Potem grałyśmy w lekarza – kiedy zgadywałam, to oczywiście nie mogłam szukać prostych i logicznych wyjaśnień, tylko stworzyłam odpowiedź wyliczając każdej z dziewczyn, ilosylabowych udziela odpowiedzi ;P. W sumie gra polega na tym, że odpowiada się na pytania według pewnego klucza, a osoba, która go nie zna, zadaje pytania i musi się go domyślić. Swoją drogą twórczo się wymyśla 3-sylabowe odpowiedzi na pytania: “Dlaczego nosisz okulary?” (bo muszę, złe oczy, chory wzrok), “Dlaczego niebo jest niebieskie?” (Bóg tak chciał) czy też “Czy kochasz swoją mamę?” :). Wymyślając po raz kolejny potrawy na konkurs kulinarny, doszłyśmy do tego, że prawie nic się nie nadaje, bo albo jest za proste, nie spodoba się komendzie, albo było w poprzednich latach (z dedykacją dla Magdy – chyba że to będzie zupa z darów lasu, jak dajmy na to, gałązki 😉 ). Idąc do domu Magdy, zrobiłyśmy zakupy, potrzebne do ugotowania czegoś z naszych, jakby nie było, ambitnych pomysłów na obóz. Udało się, choć wchodząc do sklepu nie miałyśmy pojęcia, co włąściwie chcemy konkretnie zrobić. Po jakimś czasie spędzonym w kuchni były gotowe 2 sałatki :). Jedna prosta, chociaż dobra z tuńczykiem i druga, w miarę klasyczna, z pomidorów :). Potem, mimo próśb przedstawionych przy wejściu Ala i Karo poszły do pokoju Magdy, gdzie na parapecie leżał prezent dla tej pierwszej :). Chyba go nie zauważyła, więc we dwie wróciłyśmy do kuchni (już z prezentem), kroić sernik i szukać świeczki :). Po przeczytaniu legendy o Świętym Graalu zaliczałam zadania (i zostało mi jakieś 5 🙂 ), a Karolina z Alą w pokoju obok bawiły się w ciuciubabkę i grały w siatkówkę, tylko odrobinkę wyprowadzając zastępową z równowagi :).

Wyszłyśmy razem, prawie od razu podjechał autobus, więc razem z Karo opuściłyśmy Alę.  Po dwóch przystankach zdecydowałyśmy się przesiąść na tramwaj, który za nami jechał. Karolina wysiadła. Ja nie zdążyłam. 2-ka zjechała do zajezdni. Karolina wsiadła w następną. Ja wysiadłam przy Hali Stulecia i dosiadłam się do Karo, która to z kolei opuściła mnie na Placu Grunwaldzkim. Według pierwotnych planów Magdy ta zbiórka miała być krótka. 5h to w sumie nie tak dużo, prawda? 😉  

Notka powstała u dziadków, pisana czarnym długopisem w rozpaczy, ponieważ babcia chciała zadzwonić do mamy, żeby podziękować za ciasto, a dziadek spytał, czy robiła je jego swatowa, a kiedy się obraziłam, żeby mnie udobruchać, spytał, czy pomagałam… Czuwaj! Dziś czeka mnie jeszcze pisanie recenzji… 🙂

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: