Po przerwie… lub inaczej: zaginam czasoprzestrzeń xD

Dosłownie i w innym dosłownie, bo właśnie zadzwonił dzwonek… 🙂 (odnośnik do czasu pisania nr 3)

Ostatnio coraz częściej odpowiadam sobie na pytanie: kiedy? , kiedy postanowię że coś zrobię. Muszę jednak przyznać że nie przypuszczałam, że ten post powstanie:

1) kiedy tylko troszkę zmordowana po całym dniu będę o 21.30 leżeć w moim pokoju na podłodze zastanawiając się, czy Hiszpance, która leży obok na moim łóżku nie przeszkadza moje stukanie w klawiaturę telefonu

2) kiedy o 8.00 będę siedzieć w szkole po odstawieniu Hiszpanki na zbiórkę

3) na lekcji informatyki, kiedy wpiszę gotowy post do komputera, a zapisze się z niego 13 słów, bo przy publikacji się zatnie

4) na lekcji grafiki, kiedy będę wklepywać go po raz kolejny

5) w domu, kiedy będę kończyć

Na początku jeszcze muszę z czystej przyzwoitości zawrzeć 2 przeprosiny:

pierwsze skierowane do Magdy, za to, że bezczelnie pochrzaniłam datę jej urodzin i nie złożyłam jej w sobotę ani 0,5 g życzeń, chociaż widziałam się z nią 6,5 godziny,

a drugie do ogółu społeceństwa, że znów zaburzyłam harmonijny, co niedzielny porządek bloga.

A teraz po kolei 🙂

Tydzień temu (w zeszłą sobotę znaczy) była zbiórka drużyny w pakiecie z 1DW. Zaczęłyśmy jednak same, w żeńskim składzie. Sarna i Chart przedstawiły scenki o udziale w ogólnopolskiej grze harcerskiej “Owca”. Pobawiłyśmy się jeszcze chwilę i powędrowałyśmy na Wyspę Opatowicką, gdzie chłopcy właśnie rozpalali ogniska . Przyniosłyśmy trochę chrustu, ściemniło się, przedstawiłyśmy scenki, przy czym nasza została później i nieoficjalnie zjechana… U komendy odtwórca roli Elwooda (temat scenek już kiedyś wspomniany, a mianowicie Blues Brothers) zabił naszą Tereskę 😦 choć to ona chciała najpierw zabić Elwooda:). No proszę, jaki los bywa zmienny 🙂 . A potem po ciemku wracałyśmy pod Rodzinę.

Następne o czym z racji specyficznej tematyki bloga warto wspomnieć,  to czwartkowa msza. Przed nię byłam jeszcze u Magdy, żeby ogarnąć grę fabularną o Królu Arturze. Krocząc w mundurze przez Biskupin nieco zdziwiłam Marysię, która właśnie szła do parku pobiegać i przez chwilę zastanawiała się czy nie pomyliła godzin. Oj, przekonałam się, że szukanie jak najdłuższej drogi i przemierzanie 100 metrów tip-topkami bywa twórcze… W skrócie: razem ze zmartwychwstałą Teresą z drużyny osób 5, psalm mój i sądzę, że relacja skończona :).

W sobotę zbiórka, teoretycznie rozpoczęta o 9.00, praktycznie spotkałam się z Magdą o 8.30, a jeszcze inaczej praktycznie  cała reszta ogarnęła się o 10.00. Kiedy około 9.15 nikt nie dzwonił, żeby zapytać, gdzie my do licha jesteśmy, zaczęłyśmy się zastanawiać, czy kartka wisząca na drzewie z wielką wizytówką RENIFER została dostrzeżona i czy w ogóle ktoś z naszego zastępu przebywa we wskazanym miejscu. Gdyby chcieć opisywać jak zbieranie się w jedną, spójną grupę w całości, to że tak powiem ło matko :).

Po upewnieniu się, że kartka przy wielkim RENIFER jest dla nich, Ala, Karo i Zuzka zaczęły grę. Ja siedziałam na punkcie i kiedy je zauważyłam, zgodnie z planem zemdlałam :). Zanim mnie dostrzegły, obeszły kawałek jeziorka, ale w końcu pomoc nadeszła :). Zuzka do rannego, średniowiecznego rycerza wezwała karetkę, po czym zostałam ułożona w 3 różnych pozycjach bocznych bezpiecznych:). Kiedy zdecydowałam, że mogę już się ocknąć, dziewczyny dostały jeszcze jedno zadanie: usztywnić złamaną rękę. A w czym sęk? W tym, że nie ma apteczki.  Ala od razu wpadła na to, że można użyć chusty, więc pożyczyłam im arafatkę, żeby zwijać i rozwijać nie musiały, skoro spełniły moje oczekiwania :). Z drobną pomocą i przy sugestywnym “au?”, wyartykułowanym kiedy siostry podziwiały staw  zostałam opatrzona :).

Okazało się, że to dopiero ich 1. punkt, więc wróciły szukać poprzedniego, którego i tak nie mogły znaleźć (czyżby dlatego, że przy rozkładaniu karteczek nie miałyśmy mapy? 🙂 ). Bardzo kreatywnie, bez kompasu, wyznaczyły północ po słojach na pniu drzewa , zamiast przekroczyć ulicę Kopernika poszły nią aż do Mickiewicza, ale w końcu dotarły do punktu Magdy :). Namiot zostało rozbity, potem zbity z powrotem. Kiedy stał, przyszedł czas na finał, czyli grę w chusty: wojska Artura przeciwko siłom nieprzyjacielskim. Zderzyłam się z Zuzką, trochę mi krew leciała, a Karo w tym właśnie momencie koniecznie chciała:

1) zjeść ciasteczka

2) zjeść czekoladę

3) zagrać w zwierzątka

4) iść do domu

W międzyczasie doszła jeszcze kwestia dojazdu sióstr na Harce, także ogłaszam oficjalnie, że dla dobra ogółu należy trzymać kciuki za zdrowie wszystkich, a szczególnie wrocławskich pojazdów mechanicznych :).

Później poszłyśmy do Magdy, zabierając po drodze to z zadań, które było trochę gdzie indziej. Wypiłyśmy herbatkę, ułożyłyśmy jadłospis, siostry uciekły (prawie dosłownie) na autobus, bo zgodnie z przykazaniem mamy miały być w domu przed 14.00 I w sumie zeszło jakoś do końca dnia :).

W niedzielę przylecieli do nas Hiszpanie z wymiany, o nich obszerniej będzie później 🙂 Teraz jednak odchodzę with dignity robić coś, co zapewne jeszcze mam na głowie :).

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: