To teraz już bardziej aktualnie ;]

Cóż, jak nie napiszę dzisiaj, to znowu będzie przestój, więc… Tworzę, chociaż najchętniej bym nie robiła nic :). Ale w życiu nie ma tak łatwo. Odsłoną pierwszą niech będzie dzień wczorajszy ;]

O godzinie dziesiątej, znów nie do końca ogarnąwszy system Mpk, wbiłam do sklepu nieopodal kościoła w celu kupienia czekolady, mającej mieć zastosowanie na ognisku, które w czwartek pracowicie wymyślałam z  Anką, którą w tym sklepie właśnie spotkałam. Zdanie zagmatwane, ale, że przedstawię najczęściej chyba używany w czwartek i dziś argument: jest za gorąco na myślenie ;P.

Później razem, w komitywie i po zakupach potruchtałyśmy piechotą pod jakże znany budynek sakralny :>, powtórzę, jest za gorąco na myślenie, więc styl należy mi wybaczyć :> . Przed przejściem zauważyłyśmy jeszcze Alę. Posiedziałyśmy pod kościołem ze 40 sekund, po czym Anka z Alicją wróciły się do sklepu, jedna po żółty ser, druga po patyczki od szaszłyków. Ja zostałam pilnować rzeczy. Magda przyszła chwilkę później, dziewczyny wróciły bezproduktywnie, więc uznały(śmy), że ja i Magda poczekamy na Ankę i Alę przy ogródku, a one pójdą po ten ser jeszcze gdzie indziej.

Na ogródku miała się odbyć gra Alicji, czekająca na przeprowadzenie od tygodnia. Hm… miała, ale pojawił się problem w postaci zamkniętej furtki i Nietoperza z 1DW, który w postaci zastępowego z czołowym zignorował problem wbijając przez płot.

My 2 z kolei oczekując reszty po prostu sobie pozamulałyśmy. Nie brzmi zbyt pięknie, ale… jest za gorąco, żeby myśleć? ;P Dobra, aż tak to nie, ale mój mózg do tworzenia wpisów na Nobla dzisiaj się nie nadaje na pewno, a czy w ogóle się nadaje to inna historia.

Kiedy przyszła Anka z Alą zaplanowałyśmy warsztaty na obóz, a później ta z właściwej strony lustra (potrzebuję zamienników do imion -.- xD) rozłożyła swoją grę, choć co prawda poza ogródkiem. Drogę wskazywały nam liście mleczy (bo siłą płotu nie mogła mapa). W międzyczasie dostałyśmy od Nietoperza połowę roztrzaskanego arbuza. W sumie nie jadła go chyba wcale tylko Magda uznając, że to nie jest normalne zachowanie, a chłopcy lubią robić z ludzi idiotów i przekonując Ankę, że ten arbuz nie wygląda jak roztrzaskany tylko jak gryziony.

Poczułam się zagięta po raz pierwszy, kiedy nie mogłyśmy dojść do tego, jakim szyfrem jest napisany tekst, który Ala nam dała na początek. Anka poczuła się zagięta, w zagadce zapałczanek interpretując 100 jako 100, a nie sto, które trzeba było ułożyć 1 zapałkę przekładając ;P. Poczułam się zagięta po raz drugi, kiedy  nie mogłyśmy znaleźć ukrytego przez gry autorkę skarbu (zaczęłyśmy szukać nawet pod autami, a był ukryty za małym krzaczkiem).  W końcu się udało, skrzatowi – Ali oddałyśmy skarb w nagrodę otrzymując wafelki.

Później, wezwane przez dzwony odmówiłyśmy Anioł Pański, a następie nauczyłyśmy się piosenki zaklinającej deszcz, chociaż przeczekując dzwony, uznając je za piękny, aczkolwiek jednak odzowny <neoneoneologizm jakich wiele> akompaniament odbyłyśmy rozmowę poglądową na temat Reniferowi do bólu znany :P.

Ponieważ Magda chciała skończyć wcześniej (według planów do 13.00, hehe ;P) od razu potem zaczęło się nasze ognisko. W sumie to była jakby gra. Magda z Alą robiły zadania, ja i Anka w przerwach pomiędzy ‘prowadzeniem ogniska’ grałyśmy w siatkę usiłując nie wybić okien. Zgodnie z zapowiedzią, jakoś w połowie gryska (które moim skromnym zdaniem jest ładniejsze od ogniry) dołączyła do nas Karo. Ostatnim punktem naszego gryska o tematyce obozowej była agapa, przy której czekoladę roztopioną już co prawda piłyśmy/ jadłyśmy z kubka.

Poszłyśmy do Magdy, w miarę sprawnie… no… w miarę zrobiłyśmy kotlety de vollaile z sosem pieczarkowym i ryżem i około 15.45 się rozstałyśmy ;P ).

Przyszedł czas na spotkanie powtórne dzisiaj, pod kościołem św. Faustyny. Prawie wszystkie niewyspane, bo mnie pies wyciągnął ok. 7.00 na spacer, a Ala i Magda balowały do 24.00 u Wiktora.  W sumie sprzedawałyśmy wypieki razem z Sarną, Koszatki ostatecznie nie było. Jak zaczęłyśmy o 9.40, tak skończyłyśmy koło 13.

Ustawiłyśmy stoły, jeden przykryłyśmy obrusem, pokroiłyśmy ciasta, przyszła Tereska i wracała się do domu po obrusy dla nas :). Po pierwszej mszy ludzie nie do końca ogarniali, co my w ogóle robimy, na co zbieramy i o co chodzi, wychodzi, że ksiądz o nas w ogłoszeniach zapomniał, ale później już był ruch :>.

W tak zwanym międzyczasie udało nam się nawet być na mszy szczepu :>.

Magda normalnie nakładała ciasta łopatką, raz jeden wzięła kawałek na nóż i przytrzymawszy ręką dała na talerzyk.  Ciasto powędrowało do byłej pracownicy Sanepidu, która stwierdziła, że jest to bardzo niehigieniczne i podarowała Magdzie foliową rękawiczkę ;D.

Anka stwierdziła, że stanowiska nie opuści i chowała się do cienia – głowę pod stół :].

Ale w sumie zebrałyśmy całkiem sporo ;]. No, ponieważ braki w blogu nadrobione, czas na geografię? Kurczę, myślałam, że może uda się tego uniknąć chociaż dzisiaj :P.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: