Znowu się nazbierało :P

A więc na początku streszczenie wycieczki i tego co przed nią, a sobota potem :).

Dnia 09.06 zebrałyśmy się we 3: Magda, Anka i ja. Poczekałyśmy 20 minut na siostry, które ostatecznie nie przyszły, poszłyśmy nad Odrę, uzgodniłyśmy jeszcze parę spraw odnośnie obozu, pograłyśmy w chusty (2 na 1, wyzwanie niezłe, ale, że tak sprawę postawię, powodzenia 😛 ). Później rozwiązałyśmy grę Magdy, odbyłyśmy apel ewangeliczny, rozeszłyśmy się do domu, po jakichś 3 godzinach :].

11.06 była Spartakiada, szkolne zawody sportowe na stadionie olimpijskim, nasza klasa może się poszczycić pewnymi sukcesami :). 2x 3. miejsce w biegu na 100m i 1. w pchnięciu kulą dziewczyn (tak skromnie mówiąc by ja ;] ).

13.06 wyjechaliśmy na wycieczkę. No właśnie :)…

Moim zdaniem była świetna, bogata w nieoczekiwane wydarzenia i zwroty akcji :). Z perspektywy nasza klasa może się wydać nieco patologiczna, ale kiedy się jest przy takich przypałach, to z jednej strony człowiek faktycznie lituje się nad ludzką głupotą, a z drugiej wywołuje uśmiech. Choć politowania, to przynajmniej nie jest nudno.

W środę o 6.44 wsiedliśmy w pociąg do Międzylesia. Usiadłam z Mileną, Patrycją i Monią. Ja czytałam “Szatę”, Milka “Władców much”, Patka zbiór opowiadań science-fiction, a Monika (za zgodą) notes Mileny.

W połowie podróży do naszego wagonu wbił Andrzej z Robertem. Ten drugi pośmiał się trochę z tego, że tworzymy funclub Sabatonu (no, ta, jasne, już się zbieram w sobie i podnoszę z kanapy), bo to generalnie aktualnie powód do jechania mnie… -.- Andrzej wyciągnął/wyrwał, bo ciężko to zinterpretować,  mi książkę z ręki i zaczął czytać na głos, a Robert dopiero po chwili się zorientował, że tak zasadniczo to to powieść, którą prezentował jako swoją ulubioną na polskim.

Wysiedliśmy, zwiedziliśmy Bystrzycę Kłodzką, (przy czym Andrzej czepiał się przewodnika, że pokazuje nam DREWNIANĄ KAMIENICĘ), a w niej muzeum filatelistyczne (w skrócie sztuki wzniecania ognia), a potem podstawionym PKS-em udaliśmy się za granicę czeską.

Przyszedł czas na zakwaterowanie i pierwsze zakupy. Tak wyszło, że kilkadziesiąt metrów od pensjonatu do sklepu przyszło mi i Moni przejść w asyście Roberta. Przyznał się, choć chyba bardziej pochwalił, że przywieźli do Lasówki kajdanki z różowym futerkiem, prezerwatywy i 2 książki o wiadomej tematyce, porozwalali po pokoju, a wrobili w to wszystko Andrzeja… Szkoda go, w sumie inteligentny, ale się daje wkopywać jak dziecko.

Po obiedzie przyszedł czas na “krótki” 7-godzinny spacerek po górach (tak około 20 km, a to i tak 2/3 normalnej trasy. Lało jak z cebra, więc buty przemokły wszystkim, tak że kiedy wracaliśmy z ogniska nie było co się wygłupiać i biegaliśmy po stworzonych przez naturę strumieniach.

W trasie na wysokości Natce znowu zaczęło dokuczać biodro , ostatecznie Robert i Bartek znieśli ją na rękach (“Andrzej, gdzie masz tę szmatę z napisem knebel?”), a na ognisko we trójkę podjechali autem. Kiedy wszyscy się grzali i suszyli co się dało nastała burza… Wypiliśmy herbatę, zjedliśmy kolację i w strugach wody wracaliśmy do “Lesovny” całkowicie przemoczeni. Kilku chłopaków olało przewodniczkę i poszli “na skróty” napotykając po drodze niewinną przeszkodę w postaci Orlicy. W wiosce przy chyba przystanku albo sklepie albo czymś w tym guście stał Sebastian i ostrzegał nas, żebyśmy nie patrzyli w prawo, bo wtedy na pewno umrzemy. Andrzej tuż przy drodze postanowił wykręcić z wody spodnie…

Doszliśmy i pojawił się pewien problem. Wszyscy chcieli wysuszyć ubrania, czemu trudno się dziwić. Można? A no teoretycznie. Rzeczy na kaloryferach kłaść nie wolno, grozi pożarem, a i maszyny raz się włączają, a raz nie działają i już. Po spacerku ludzie zmęczeni, marudni i mokrzy, a tu bach! Godzina 21.30 – pokaz przeźroczy o survivalu i przyrodzie sudeckiej oraz australijskiej… Na mecz choćbyśmy chcieli, nie zdążymy, a nawet gdybyśmy zdążyli, to nie działa telewizor. W sumie lepiej, będzie można iść spać :P.

W nocy p. wychowawczyni szukała Andrzeja i Bartka podobno we wszystkich pokojach i znaleźć nie mogła, rano się pytała, w której szafie się chowali.

To tak jakby pierwszy dzień :P.

Drugiego dnia pobudka w sumie o której chcemy, byle by zdążyć na śniadanie o  9.00. Część na nie poszła, część została. Nie było złe, górowały klasyczne czeskie rohliki :).

Padał deszcz, więc Robert zbierał po drodze dżdżownice i straszył nimi naszą wychowawczynię (a także grożąc, że w nocy wsadzi jej parę do łóżka), a potem z panem Pawłowskim poszedł nad staw łowić ryby. Rozumiem, pasja pasją, ale chyba można sobie czasem odpuścić… ;P

Później jeszcze chwila na oddech, bo wyjście zaplanowane na 12.00 udało się o 13.00. Ta część, która chciała, poszła na podchody, ta druga chora i zniechęcona oraz nie przerażona perspektywą pewnej w mojej opinii nudy została w ośrodku. Strzelaliśmy z łuku i z wiatrówki, mamy kilka genialnych zdjęć, naszych i wychowawczyni. A po obiedzie czas na podchody właściwe.

Dostaliśmy mapy i rymowanki ze wskazówkami, gdzie szukać punktów z zadaniami. Normalnie nastroik wielkiej gry :]. Zbudowaliśmy filtr oczyszczający wodę i próbowaliśmy krzesiwem rozpalić ognisko. Zapaliło się, paliło się i zgasło, przewodniczka stwierdziła, że drugiego podejścia nie mamy.

Gdzieś w połowie trasy mieliśmy wypuścić przed się w świat zwiadowców. Gdyby zobaczyli przedstawicieli drugiej drużyny, wróciliby do nas, schowalibyśmy się w lesie i na tę drugą grupę z zaskoczenia wyskoczyli. Cóż, zasadzka trochę nie wyszła, bo widzieliśmy się bez przeszkód wszyscy (pomijając to, że na początku jeden nasz zwiadowca został wzięty na zakładnika, ale go wypuścili, bo chciał pójść po nóż i ich pozabijać xD). Wkrótce nasza grupa wyszła z kryjówek, pośród drzew pozostał jednak Andrzej, który, jak się wkrótce okazało, “zgubił się” i wracał sam do ośrodka. Pani się zdenerwowała, dzwoni do niego, Andriejka (tak, zdecydowanie potrzebuję zamienników do imion) nie odbiera. Pani się wkurza, Tadek, który plan znał doskonale, się śmieje, Andrzej nie odbiera w dalszym ciągu. Dodzwoniła się do niego dopiero Kamila, która została w pensjonacie.  Pani zagroziła powietrzu obniżeniem oceny z zachowania (z nieodpowiednim się zdaje?) oraz spędzeniem nocy w pokoju pana Pawłowskiego, nasza grupa poszła dalej. Zrobiliśmy zadania, wróciliśmy pod altankę i czekamy na 2. drużynę, ciesząc się przez godzinę z tego, że jesteśmy pierwsi. Był tylko jeden problem ;). Oni rozpalali ognisko ze 4 razy, no to mi wleźli na ambit, przewodniczka pozwoliła nam spróbować jeszcze po kolacji. Wszystko mokre, no ale co tam, niech będzie, co to dla nas. Milka i Patka nas zostawiły, ale zostały ambicje osób pięciu. Rozpaliło się. Paliło się. Zgasło. Rozpalić już się nie chciało. Przewodniczka poszła po herbatę, Julita po zapalniczkę, ale wróciła z 3 zapałkami od przewodnika (“ważne, że znacie metodę, ratujcie honor przed klasą”). Jak ogień rozpalił się z krzesiwa, tak z zapałek nie miał zamiaru… Robert się z nas z daleka nabijał tak, że słychać było te 60 m dalej wszystko. Dobra… głównie ze mnie xD. A w ogóle to śmiej się zdrów, ja sobie wydrukuję i postawię na biurku twoje zdjęcie, kiedy śpisz przywiązany do łóżka ze skopanym prześcieradłem (tak, takie akcje też były, a zdjęcia na picassie ;D) .  Julita wkrótce straciła cierpliwość i wróciła pod altankę, opowiadając wszystkim historię o zapałkach -.- … Chwilę potem przyszedł po nas Robert, mówiąc, że woła nas wychowawczyni i musimy kończyć. Jak chcę, mogę sobie wziąć ognisko na wynos i rozpalić po drodze. Do p. mgr. inż (wychowawczyni jeden z pseudonimów ;P) zadzwonił Andrzej, który już dostał reprymendę od nauczyciela w Lasówce, troszkę przestraszony, bo teraz zgubił się już naprawdę.

Wracając zaczęłyśmy robić fikołki na zboczu, nasza wychowawczyni też się załapała. Stwierdziła, że wyglądamy jak naćpane, wracałyśmy śpiewając (czasami nawet razem z nią) hity Perfectu, Łez, 2+1, Na dobre i na złe, a nawet 4 Pancernych i Marylę Rodowicz.

Dobranoc.

Pobudka, śniadanie, pakowanie, moje rozpaczliwe szukanie paszportu, który uznany za zaginiony znalazł się dziś, w zeszycie od fizyki. Bartek, ogarnąwszy swój pokój, poszedł do łazienki do Tadka, ten o tym nie wiedział, zamknął drzwi i zgubił klucz.

Poszliśmy tam, gdzie przedtem ogniska i strzały na paintball i tyrolkę. Kiedy zjeżdżał i wspinał się Andrzej, przewodnik zaczął huśtać liną, a inny gościu polewał go wodą z węża. TO wszystko z hasłem, że w górach burza i ulewa, a zaraz będą pioruny, czyli że niby petarda.

Obiad, podsumowanie podchodów, wyjazd PKS-em. Wyjazd pociągiem – Anita zostawiła walizkę na dworcu, ale, jak to określiła Marysia, telefon i książkę miała przy sobie, więc świat pozostał w równowadze.

Koniec.

P.S. Tadek zarąbał z kuchni nóż. Słodko z nim wyglądał na peronie.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: