Monthly Archives: July 2012

“Przy innym ogniu, w inną noc,do zobaczenia znów”

W sobotę Olimpiada Sportowa, zaczęła się tak, że każdy miał zrobić dla siebie porządny miecz i po 1 łuku na zastęp. Pomijam, że z naszego jednego wyszły 3 i wszystkie przedwcześnie zakończyły żywot. Najpierw rozegrała się konkurencja ctr + c, ctr + v z podsumowania Owcy, czyli bitwa na miecze i balony, ale ponieważ krew się lała, Emilka bój przerwała. Przed tym zebrałyśmy się do kupy i spontanicznie z hasłem „Jest Moc” uniosłyśmy miecze. Moc była :). Potem przyszedł czas na chusty na koniach, rzut beretem do celu i szyszkami do beretu. Jeszcze później biegi na tle historyjki rodem z pałacu królewskiego, następnie nastąpiła przerwa na obiad. Dalej bieg sprawnościowy, 2 ognie i siatkówka. Tak zakończyła się Olimpiada i z planów obozowych pozostała jeszcze tylko Wielka Gra. Póki co jednak czekała nas niedziela i kolejny przemarsz do Czarnej.

Dotarłyśmy, mszę odbyłyśmy i to wszystko nawet razem z Joanną M., poprzednią drużynową 2DW, która później goniła za nami z radiem :). Ale co by nie mówić i tak w Sanktuarium najlepszy był OBRAZ. Msza się zaczynała, księża i wierni klęczeli przed malowidłem. Włączała się muzyka, trąby trąbiły jakąś melodię, podświetlony kawałek materiału falował imitując płomień i wszyscy trwali na modlitwie i kontemplacji, bo odsłaniała się treść właściwa, znaczy wizerunek Matki Bożej. No właśnie – wg. idei…

Po mszy wróciłyśmy do obozu, zjadłyśmy obiad, planów na resztę dnia nie było, co było o tyle podejrzane, że zostało nam o wiele za dużo wolnego czasu. Niedługo potem jednak w naszym obozowisku pojawił się kupiec. Nie mam pojęcia, jaka jest od tego żeńska forma, bo przekupka tak mi jakoś nie pasuje, w każdym razie Tereska. Miała zaklęcia do sprzedania, ale my nie miałyśmy pieniędzy. Chwila, chwila, jest nadzieja, mamy jej zrobić własnoręcznie coś ładnego. No to do dzieła à łódeczki, czapeczki, biżuteria, dzwoneczki na drzwi… Magda wyplatała jej nawet półeczkę. Z tym że patent był o tyle dziwny, że na początku za jedną rzecz dostawałyśmy jedno zaklęcie, przynosiłyśmy z 10, kupiec wybierała 3-4, a zaklęcia dawała ze 2, przy czym resztę przedmiotów dostawała od nas w formie gratis. Dałyśmy jej sporo rzeczy, ale wciąż nie była zachwycona, no to wyciągam zza pleców żelazną rezerwę, jaką był na ten moment krzyżyk. Stwierdziła, że w sumie ok., zaklęcia dała, ale gdyby tak był sztylet… Na wypadek, gdyby zapomniała, jak wygląda renifer, dostała od nas słodziutką szyszkę z rogami ;]. Renifera przypominało to w założeniu i teorii, ale słodkie było 😛 :P.

Poza tym jeszcze miseczka, podstawka pod kubek… Oj, sporo żeśmy wyprodukowały. Stwierdziłyśmy jednak, że skoro kurs walut jest niestandardowy, to zrobimy rzeczy dużo i zaniesiemy na raty. Po naszym pierwszym kursie Tere wróciła do namiotu.

Tego wieczora szłyśmy jeszcze na ognisko do chłopców, do 1DW. Temat scenek – cyrk. Początkowo miałyśmy scenkę przygotowywać z Chartem, ale tak wyszło, że nie wyszło. One miały próbować dostać się do cyrku jako magicy, my jako klauni. W sumie one zrobiły kolejne przedstawienie z cyklu „Przychodzi Kangur do Baby Jagi”, a my casting z udziałem publiczności. Wyszło średnio, a Hania do końca obozu miała ochotę Ankę zadźgać :P.

Jeden z chłopaków (no tak, w sumie u mnie wszyscy są anonimowi, oprócz Julka, Tomka, Jasia i Marka, bo ich to nawet taka sierota jak ja kojarzy 🙂 i oczywiście oprócz Witka ochrzczonego wcześniej Wiktorem, ale to już nie bajka 1DW) robił fenomenalne magiczne sztuczki :P. Po prostu Copperfield by się mógł uczyć, mistrz jak zawsze tylko jeden (hm… zupełnie jak w przypadku ciętych ripo 😛 ). Na ognisku były z nami i Łomianki. Wracałyśmy autem, część z Księdzem, część z kim innym. Basia (już mi się imion wymyślać nie chce, a całkiem możliwe, że od września przywrócę normalne) zgubiła beret, Domi komórkę, ktośtam jeszcze latarkę. Znalazło się wszystko, Domi za odnaleziony telefon dziękowała Julkowi, który z jego odnalezieniem miał chyba jednak niewiele wspólnego, ale cóż…

Rano zabrakło tak istotnego elementu, jakim była pobudka. Wielka gra w sumie, czas samemu się ogarnąć. Nam się udało kawałek przed 9.00. Zjadłyśmy śniadanie, usiłując odszyfrować fabułę, która była okrutnie pokręcona. Nikt nie mógł tego ogarnąć, a po dłuższej chwili naszych bezproduktywnych rozmyślań, na placu apelowym pojawiła się komenda (znaczy Marta, Tere i ksiądz, bo Emilka już nas opuściła). Biedni stali jak… zaczarowani. No tak, obóz się skończył, era sucharów trwa… W każdym razie wystarczyło do nich podejść i już odżywali. No abrakadabra po prostu. Ale żeby nie było za łatwo,  to mamy zrobić scenkę z jakimś zupełnie abstrakcyjnym słowem (tak nawiasem, to sprawdziłam i słownik PWN czegoś takiego jak Prota—-ncja nie uznaje). Sarna pytała dzieci w szkole, Chart powrócił do Kangura, a my nazwałyśmy pieska. Po poprzedniej grze, kiedy nikt nie mógł niczego znaleźć, komenda obiecała, że punkty będą w miejscach bardziej oczywistych. Z Chartem zawarłyśmy nieoficjalny sojusz, tak że nasze zaklęcia groziły już tylko i wyłącznie Sarence.

Dotarłyśmy na pierwszy punkt, gdzie karteczki za 100 kg Ferrum i oryginału Dictatus Papae z XII w. odcyfrować nie mogłyśmy. Chart też nie, ani ZHR, który szedł w przeciwną stronę (aczkolwiek gdyby był z nimi Staś, to by im wszystko genialnie wyszło 🙂 ). Dziwaczne, nie wiadomo do czego potrzebne kartony zostawiłyśmy same sobie i poleciałyśmy dalej. W sumie optem Chart ogarnął, a jak się okazało, że to możliwe, to my też i to było masakrycznie proste. A jakie zadanie? Mamy mieć tarcze i zbroje, a tekstu 3.  kartki nie ogarnęłyśmy. No to wracamy do kartonów, a czas się kończy. W obozie wysłannik Króla Artura pod postacią Marty szuka rycerzy, ale nikt się nie nadaje… No to wszyscy w te pędy robić zbroje. Powyciągałyśmy ze śmieci butelki, ze skrzyni kartony po mleku i zbroje niedługo były gotowe. Jedna osoba z zastępu miała udowodnić, że umiemy walczyć. Poszła Anka, z moim mieczem, który wydawał mi się tak solidny, że przecież na pewno nic mu się nie stanie… Powiem tak: po chwili (intensywnej walki! 🙂 ) połowa mieczyka wyleciała w powietrze.

Oddałyśmy Marcie listę naszych drogowskazów życiowych, czyli wartości, jakimi się kierujemy jako rycerze, później czekała nas msza z ZHR-em i ich wybitnym bębnem („Łaska Twoja, Panie”… 😛 ), a potem dalej Wielka Gra, co ja mówię potem… Wielka Gra trwa! ;D. Tym razem punktów nieoficjalnie wiadomo, że 20, porozsiewanych po zaznaczonym terenie. Tylko musimy uważać na Morgan, bo Morgan w życiu ludziom bruździ i rzuca brzydkie zaklęcia. Przez nią Aga z Karo musiały 10 minut skakać na jednej nodze, a my wszystkie chodzić tyłem. W sumie Aga z Karo i Alą szukały punktów, a my 3 wysilałyśmy się umysłowo. Potem i tak wszystko się odwróciło, bo przecież bez Alicji i Karoliny nie wymyśliłybyśmy przecież tego Zdrowaś Mario w wersji łacińskiej :). Później powrót do obozu, Hiszpański Bełt i ciąg dalszy zmagań. Miasto opanowała zaraza, uciekajcie jak najszybciej. A, nie, moment, musicie jeszcze uratować Ginewrę, która biedna zamknięta na wieży.

Ponieważ przed obiadem lało, komenda obiecała, że w tym roku szałasu nie będzie. Skoro i tak wszystko mamy mokre, to po co moczyć bardziej. Nie no, miodzie „Serduszka mają” :). Hehe, moment. Wychodzimy z małymi plecaczkami, a Teresa nie widzi naszych bagaży…

Parafrazując Jeremiego Przyborę „Moja komenda nie ma serduszka”?. O jejku, już nawet kuzynka mnie strofuje, że do wszystkiego znajduję piosenkę, chociaż do tej pory był to głównie SDM. Z nastawieniem dziwnym leciałyśmy więc pod ambonkę, którą poznałyśmy w niedzielę. Marta „uwięziona” na drabince nadaje Morsem. Prawie jak w pełnej wersji „Hiszpańskiej Inkwizycji” Monty Pythona, tylko tam był semafor i nie Król Artur. W każdym razie plakat informujący o poszukiwaniach Świętego Graala – raz! Skończyłyśmy, dostałyśmy kolację, idziemy dalej. Co prawda trochę bardzo naokoło, ale przynajmniej porozmawiałyśmy sobie z miniętym Chartem. Podobno potrzebne nam już tylko łopatki i będziemy się bawić w grabarzy. Ok., idziemy do punktu, gdzie kolejny Wysłannik Króla Artura w bólach nieziemskich wije się po ziemi. Dobra, bez przesady, ale trzeba przyznać, że wzbudziło to wizualizację. Tereska oberwała strzałą. I to tak, że w sumie nie wiadomo, czy w ramię, czy w klatkę piersiową. Czysta logika nakazuje NIE wyciągać i… czyżby zawieźć na pogotowie? Znajdźcie mi pogotowie w średniowieczu, to wtedy sobie pogadamy. Może jaki zielarz, czy cyrulik, ale skoro zielarzy czy cyrulik, to dlaczego nie my? Tak głowiłyśmy się niezłą chwilę. Tere na przemian mdlała, jęczała i strzałę sobie wyrywała. Anka – nasz master od pierwszej pomocy jakoś zgrabnie to zabandażowała i usztywniła, po czym Tereska spytała, czy to już koniec. Zapytała i to był błąd. Ułamek sekundy później już nie żyła. Kiedy odżyła (znów abrakadabra), okazało się, że nocujemy w Czarnej na plebanii. Doszłyśmy, Sanktuarium jest, to teraz trzeba by znaleźć księdza gospodarza. Zanim jednak to nam się udało, znalazł nas Chart. Nabożeństwo co trwa, to jeszcze trwać będzie, a domofon od pół godziny jakby nie działał. Myśmy zaczęły pod balkonem śpiewać Majkę, ksiądz jakby tego zdzierżyć nie mógł, od razu na balkon wyszedł i nas chwilę potem wpuścił. A tam czekała już Sarna.

Czy ktoś może mi wyjaśnić, skąd miały szampon i ręczniczek i wszystko? Bo do tej pory pojąć nie jestem w stanie, że myśmy się włóczyły z plandekami, a one z kosmetyczką.

Pobudka, dobry uczynek w postaci posprzątania względnie terenu wokół sklepu, zakup śniadania i wymarsz. Pani z jeziora (znów Marta) czekała na nas z właściwą dla nas przeznaczoną poranną porcją kalorii i mapą (znaczy punktem, który na niej zaznaczyła). Wędrujemy od punktu do punktu, na każdym mapa i następny cel do skopiowania. Jak mapy nie znajdziemy (znaczy punktu) – cóż – peszek.

Pierwszy był w sumie do odnalezienia prosty, drugi ta sama sytuacja, z kolejnymi była zabawa. Udało się, ale i aczkolwiek. Później miałyśmy do wyboru. Iść wioseczkami jakieś 15 km lub też mniej – klucząc lasem. Szłyśmy na azymut, ale w pewnym momencie stwierdziłyśmy, ze pora zacząć zostawiać za sobą sznurek, żeby nie zgubić się tak całkiem. Anka zaczęła ogrzewać sobie ręce zapałkami. Myśmy miały kurtki, ale biedna Ala…

Znalazłyśmy Charta, bądź, jak kto woli, Chart znalazł nas. Wyszłyśmy z lasu na szczęście dość szybko. Następny punkt, jeszcze następny i finalny, z tym że w drodze Agnieszka z Karo zostały daleeko za nami. Szło gorzej niż na Expo xD. My w każdym razie odnalazłyśmy Smoka. Smok kazał pokonać się fortelem, więc śpiewałyśmy mu smoczą kołysankę. Poczwara się wzruszyła, dała nam jabłka i wysłała do obozu na obiad. Tym razem makaron z owocami na słodko. Nie zdążyłyśmy zjeść do końca i przyszedł do nas Merlin – Ania, jedna z dziewczyn od Księdza z Maciejówki (na początku była jeszcze Ala, ale teraz była Ania 😉 ). Zagadkę matematyczną rozwiązałyśmy i wróciłyśmy do miszcza. Miszcz wysłał nas na pomoc Pani z jeziora, którą ktoś z wody wyrzucił i zostawił na brzegu. Doszłyśmy, wodą oblałyśmy i dostałyśmy zaklęcie, które miało pozbawić mocy Morgan le Fay. Co prawda nieco niegramatyczne i niepoprawne, ale co tam, przecież są wakacje, od poprafność morzna wziąść órlop. Przyrodnią, wyrodną siostrzyczkę Króla też udało nam się odnaleźć. Podeszłyśmy na bezpieczną odległość i mocy Morgan już nie miała. Przyłączam się jednak do zdania Karo, była taka słodka, kiedy udawała smutną, że się jej robiło szkoda. Koniec końców dowiedziałyśmy się, że Artur chce się z nami spotkać, toteż ruszyłyśmy w drogę powrotną do obozowiska. Artur siedział w namiocie i polecił nam zrobić okrągły stół. Piła nieużywana od pionierki znowu poszła w ruch i mogła cieszyć się smakiem żerdek. Stół sklejony plasteliną i z zielono-fioletową posadzką wyszedł całkiem niebrzydki. Później msza i wydawałoby się, że zmagań koniec. Ale bez żadnego nocnego alarmu? Coś tu nie gra…

Zanim jednak poszłyśmy spać, czekało nas ognisko. Jakoś żaden zastęp nie miał stosu, przychodzimy, ogień się nie pali. No cóż, mokro było, może się biednej komendzie nie udało… Zaśpiewałyśmy „Płonie Ognisko”, Ksiądz dla efektu wrzucił w zwyczajowe miejsce ognia swoją czołówkę. Później kazali nam zawiązać sobie oczy chustą i poobracać się trochę wokół własnej osi. Potem pogrupowali nas w wężyki i prowadzili przez las… Marta musiała co chwilę mnie i Ninę korygować, bo walnęłybyśmy w drzewo. Koniec końców doszłyśmy jednak do ogniska. Zostało rozpalone, Asia i jakiś inny harcerz (no bo wylądowałyśmy u ZHR-u) zostali mianowani strażnikami ognia. U nas takiego zwyczaju nie ma, ale przedstawiciel innej organizacji po każdej dostawie drewna, salutował do ogniska. Były sobie scenki – pierwotnie naszą miały przygotować i przedstawić Karo, Ala i Aga, bo my ślęczałyśmy nad zadaniami. Ostatecznie Karolina chyba odmówiła udziału, bo zagrała tylko Ala i Agnieszka., a scenka trwała może 30 sekund. Kurczę, no, było świetnie. Żywo przede wszystkim. Zdecydowanie żywiej niż z 1DW. Co prawda śpiewałyśmy raz my, raz oni, bo wspólnych piosenek znaliśmy mało. Była gawęda, która troszkę przypominała mi nasze błąkanie się po lesie, a zapowiedzi – z historią 🙂 (okrzyk Pani z Sanepidu „Beatka, protokoły! Beatka, nic z tego nie będzie!” kiedy protokoły wpadły do błota). Ognisko co prawda się skończyło, ale chwilę jeszcze staliśmy przy ogniu, bo po prostu było cieplej. Trzeba było jednak wracać, chłopcy pożegnali nas po raz 2. już cudną piosenką i spać się udałyśmy. Ale co stać się musiało, to się stało – alarm o godzinie 1.40. Wiadomo, gdzie jest Święty Graal, tylko musimy go odnaleźć. Sprawa prosta, kielich jest przy ognisku, poza obozowiskiem, jest tylko jeden warunek: jego strażnicy nie mogą nas zauważyć. Podeszłyśmy bardzo blisko, ale wędrówka lasem to nie był zbyt dobry pomysł… Chart był pierwszy. Wróciłyśmy do namiotu, rozgrzane po pajacykach i późniejszych poszukiwaniach, śpiąc, czekałyśmy poranka. Pobudka miała być wyjątkowo później. Ostatnia noc na pryczach… Smutne, bo już tego samego dnia czekała nas demolka. Ten taki strasznie ładny stół Koszatki poszedł w zapomnienie, tak samo nasza półeczka i ławeczka i ta na buty i platforma… i stół, choć w tym przypadku nawet Ksiądz jednej żerdki nie mógł wyciągnąć. I jeszcze rozrąbywanie naszej kaplicy i ogólnoużytkowej kaplicy, ale ogólnoużytkowa całościowo dopiero w czwartek po mszy, na razie wszystko oprócz ołtarza i górującej nad nim plandeki. W międzyczasie, claro, pakowanie, czyli wbijanie biednych mokrych rzeczy do plecaka…

Przy obiedzie Magdalena podzieliła się informacją o swoich planach na przyszłość z całym zastępem… Później zaczał się Sąd Honorowy i biedne zastępowe z Tere, Martą i Księdzem poszły dysputować. Przerwa na mszę i poszły dysputować dalej, a także wysłuchiwać 20 razy tych samych zeznań. Przedtem jeszcze radosna gromadka kolejna siadała sobie z Księdzem w samochodzie, a on podpisywał zadania, bo się wszyscy pod koniec obozu obudzili :). Kiedy zaczęły zapraszać ludzi, robiło się powoli ciemno. Po kolei wróciły zapłakane Anita, Nina, ja, Anka, dołączyła do nas i Karolina. Zrobił się po prostu fenomenalny nastrój. Głos przewodzący miały kandydatki na zastępowe, nagromadzenie emocji osiągnęło apogeum, więc w sumie powody tego płaczu były różne, . Część jednak na pewno była przeplatana czarną i pesymistyczną myślą „Może już nigdy nie zobaczę mojej zastępowej” (jak to miło, że takie prognozy da się bardzo łatwo rozwiać). W każdym razie zrobiło się już połowicznie spokojnie, zaczęłyśmy agapę w pełnej wersji. Przyszły ciastka, co najmniej kilku osobom kiełbaski powpadały do ognia, była sałatka owocowa i chłopcy z 1DW i naszego kochanego ZHR-u. i Wiktor :). Chłopaki wyszywały wstążeczki za konkurencje obozowe, a ZHR-u w sumie miało nie być, z tym że postanowili, że nas podejdą, bo po akcji z Graalem do nich poszła Domi z Basią (chłopcy wtedy stwierdzili, że dziewczyny przyszły w odwiedziny i nawet poszli po czekoladę 🙂 ) i tak jakoś zostali.Siedzieliśmy sobie, połowicznie śpiąc, Anita zachwycała się moim snem, a około 3.00 zwinęłyśmy się do namiotu, bo zaczęło padać. Ogólnie padało z przerwami cały dzień, ale do tej 3.00 dało nam spokój. Na rękach Anki, Niny, Anity i mojej widniały nasze numery telefonów. Jakoś w 8 – osobowym namiocie udało nam się upchnąć w 9 razem z plecakami, co uważam naprawdę za sukces, zważywszy na porę.

Rano pobudka, choć Tereska po 5 minutach braku życia pod tropikiem nawiedziła nas osobiście. Ogarnięcie rzeczy w miarę do końca – msza – Apel kończący, a na nim:

Zastępową Sarny zostanie Basia, Charta Nina, a Renifera przejmie Anka. Od przyszłego roku Tere nie będzie drużynową. Kto będzie – tego nie wiemy.

 Stopień tropicielki przyznano Asi i  Marcie z Sarny, Ninie i Hani z Charta i mnie.

In perpetuum rei memoriam, wstążeczkę za pionierkę, olimpiadę, Explo i obóz otrzymała Sarna (oprócz tego kosmetyczki), my wygrałyśmy Wielką Grę (!!! 🙂 ) [dzięki temu mogę być na siebie wściekła tylko bardzo, a nie okrutnie, że po powrocie znalazłam w plecaku jeszcze Motory -.- …] i fabułę (oprócz tego portfele). Wstążeczki za Konkurs Kulinarny nie dostał nikt, dlatego że zostawiłyśmy po nim bałagan. Gdyby nie to, powędrowałaby do na :(. Nauczka na przyszłość i tyle, ale proroctwo Koko Koko się spełniło :).

Wracałyśmy znowu z 1DW, dojadając wszelkie resztki, śpiąc (w pewnym momencie drzemali chyba centralnie wszyscy oprócz kierowcy), wsłuchując się w deszcz, który nawalał w szyby z zatrważającą wręcz impertynencją i śpiewając. W okolicach 18.00 byłyśmy pod Rodziną, zupełnie jak 16 dni wcześniej…

Myślałam, że w autobusie utłukę Domi „Zaśpiewajmy „Hej Przyjaciele”. No przecież odchodzimy, Magda…”.

Potem, jak i nazajutrz, było rozpakowywanie sprzętu, ale ja zabrałam się już z Karoliną, jej tatą, jej bratem i moją mamą na drugi koniec miasta.  

Btw. Tereska nas osieroca, bo w drugim semestrze wyjeżdża na Erasmusa do Szwajcarii.

W sumie szkoda, że dopiero przy pożegnaniach uświadamiasz sobie z taką intensywnością, jak bardzo przywiązujesz się do ludzi. W aucie myślałam, że utłukę z kolei Karo. Jedziemy, „nostalgia mi za tobą wykrzywiła gębę” trwa w najlepsze, a Karolina mówi „Będę płakać za Madzią i za Tereską. Kto nam będzie opowiadał suchary?”. Po prostu lowe lowe.

Weszłam do mieszkania, weszłam pod prysznic, klnąc na siebie, bo numerów z Agapy nigdzie nie przepisałam… Później wyciągnęłam Monikę na plac zabaw :). Tam zadzwoniła do mnie Pat, więc obiecałam, że oddzwonię, jak już będę w domu. Około 21.30, po pół godziny rozmowy telefonicznej Patrycja stwierdziła, że właściwie to śpi i zdzwonimy się jutro. W sumie final. Było bardzo, bardzo super. Co prawda nie idealnie, bo do scysji kilku doszło, ale się zdarza. Oby tylko było coraz lepiej. Obóz przeleciał strasznie szybko. Z jednej strony miło znów żyć pośród wszystkiego na wyciągnięcie ręki, a z drugiej strony rzeczy, które tam stwarzały klimat, w mieście nie ma. Nie ma ognisk, codziennej mszy w kaplicy polowej, nie ma TYCH wszystkich ludzi :). Ale to wszystko wróci za niecałe 52 tygodnie :). I dobrze :P.

Rafał zachowywał się jak dziki, no po prostu jak dziki… ;]

O tak, perspektywa tych 13 km była słodka. W sumie miałyśmynajbliżej ze wszystkich zastępów, plecaki mordowały, ale to było wiadomo od początku, że będą. Dzień miły i słoneczny, a słoneczko jeszcze nie podgrzewało zbyt mocno czerepków, więc po śniadaniu ruszyłyśmy :). Z Anką miałyśmy się spotkać na trasie, bo część jechała z Księdzem. Zdążyła jeszcze trochę ogarnąć nasze obozowisko i wzięła ze sobą milion rzeczy ekstra, co byśmy my ich tachać nie musiały. W miarę szybko doszłyśmy do Starej Wsi, tam za kościołem zrobiłyśmy postój. Okazało się, że nie mamy kompasu, więc korzystając warsztatów Koszatki wyznaczyłyśmy północ z zegarka wskazówkowego (serio, do tej pory nie wiem, co zrobiłam źle…). Niezbyt szczęśliwie zorientowałyśmy mapę i poszłyśmy, tylko że zamiast przy Małachowie wyszłyśmy w Janowie, co jest troszkę w diametralnie przeciwne strony. Nadłożyłyśmy niezły kawałek, ale nic to, wracamy. Fail dnia został zaliczony, a my już dobrym szlakiem i w dobrym kierunku szłyśmy do Miedzierzy tempem żółwim. Po drodze zgarnęłyśmy Ankę, wzięłyśmy od niej część rzeczy i szłyśmy dalej. Miałyśmy troszkę momentów zwątpienia, chciałyśmy robić postoje co 100m , w pewnym momencie Aga usiadła na środku ścieżki i generalnie powiem tylko, że była sobie demotywacja. W końcu (! 🙂 ) dotarłyśmy. Radość była wielka, naprawdę :P. Brnąc do Kościoła minęłyśmy pizzerię, której miało nie być, więc radość była jeszcze większa, zwłaszcza że knajpka o wdzięcznej nazwie Arturo idealnie wchodziła w fabułę. Wikarego znalazłyśmy nawet w miarę szybko i do mszy się nawet umyć i coś zjeść. Poszłyśmy ( w sensie Anka, Ala i ja) po jakieś coś na śniadanie. Po mszy wbiłyśmy do takiej jednej miłej pani, żeby ugotować sobie podarki od komendy. Ogólnie spałyśmy w salce, w której zwykle są próby scholi, którą ona prowadzi. W kociołku gotowałyśmy makaron, do tego sos pomidorowy z parówkami, które według idei Anki miały być smażone, ale nie miałyśmy oleju, a ja dałam im trochę za dużo wody, więc ostatecznie był gotowane.

W tej naszej izdebce o łazience mogłyśmy sobie pomarzyć. Jedyne źródło wody – uroiczy kranik z tyłu domku. Na szczęście okazało się, że strażacy, świetni ludzie, chcą pozwolić nam wykąpać się w remizie. Taki prysznic to w sumie luksus nad luksusy ;P. W każdym razie dziewczyny poszły się myć, w kuchni nad kociołkiem zostałam ja z Anką. Sprawy połowicznie jasne stały się dla mnie jasne zupełnie, bo obie doszłyśmy do tego, że, jak to śpiewał kabaret O.T.T.O. “Ja wiem, że wiem. On wie, że ja wiem. Ja wiem, że on wie, że ja wiem.”.

Wróciłyśmy do salki, wepchnęłyśmy w siebie prawie cały makaron i zjadłyśmy ciasto, które miła pani dla nas upiekła. Później myć się poszła druga porcja, znaczy Anka, Ala i ja. Ania siedziała sobie w remizie na podłodze i sobie na mnie czekała, bo ładnie było i chciałyśmy Magdę wyciągnąć na spacer. W każdym razie siedziała sobie i przyszedł Wojtuś. Wojtuś przyniósł jej krzesełko, dał wody i całkiem miło im się rozmawiało :).

Wieczorem siedziałyśmy z Anią i Magdą jeszcze dosyć długo. Na dworze świetnie było widać gwiazdy i znów nastała idylla :).

Rano msza była na 7.00 i tylko wtedy, więc pobudka była bolesna. Ale się udało ;). Drugi dzień explo przeznaczony był na wykonywanie zadań, które otrzymałyśmy razem z opisem naszych przy/eszłych warunków mieszkalnych. W sumie podzieliłyśmy się jakoś mniej więcej ;]. Aga z Karoliną miały zrobić szkic kościoła i wymienić Królewskie jabłko na dowolną inną rzecz (zwyczaj wziął się od Francuzek, które 2 lata temu za jabłko dostały malutkiego kurczaczka). Ja poszłam z Alą przeprowadzać wywiad z najstarszą osobą w miejscowości (co prawda z Miedzierzy wywiało nas do Matyniowa, ale kto by się tam przejmował), a Magda z Anką poszły do Pani Sołtys, na cmentarz, a poza tym zrobiły rysunek naszej kochanej remizy.

W sumie wiedziałyśmy tylko tyle, że Najstarsza Starowinka mieszka w Matyniowie, gdzieś za sklepem. Podeszłyśmy do pierwszej lepszej furtki, przy której ktokolwiek stał i wyklarowałyśmy,o co nam mniej więcej chodzi. Facet był słodki, na początku nas nie widział, a potem nie wydawał się chętny do współpracy. Dowiedziałyśmy się, że faktycznie mieszka, właśnie tutaj. Jak chcemy, to sobie możemy wejść i porozmawiać. Stwierdziłyśmy, że nie będziemy tak same do domku wbijać. Trudno, poszukamy drugiej, Prawie Najstarszej Starowinki. Nasze plany zweryfikowała Pani z naprzeciwka. Przyszłyśmy, pytając o osobę drugą w kolejności, a ona zaprowadziła nas do właściwej :).

Co z wywiadem, to już inna historia. Kobiecina za 3 tygodnie miała skończyć 100 lat, trochę niedosłyszała i porozmawiać się zbytnio nie udało. Sąsiadka była święcie przekonana, że zostałyśmy przysłane, żeby sprawdzić, jak tzw. powszechnie Nowakowa się czuje. Od niej jednak dowiedziałyśmy się czegokolwiek, co potem – bardziej w formie relacji – zamieściłyśmy w kronice. Przeprosiłyśmy, podziękowałyśmy, wyszłyśmy i powędrowałyśmy z powrotem pod kościół, po drodze zahaczając o sklep i pytając miłego pana, czy mógłby powiesić u siebie jedno z ogłoszeń o planie zajęć w świetlkicy i czy ma super glue. Mógłby i miał. O panu niekoniecznie od czapy wspominam. Drugi raz poszłyśmy po blok kolorowy i klej i pytałam, czy wystawia faktury. Tak, ale od 30 zł i wszystko musi być na jednym paragonie. Byłyśmy 3. raz po nową dostawę kleju i coś na śniadanie. Spytałam tym razem pani ile trzeba czekać na fakturę. Pani zawołała pana. Pan wyszedł z miną “no ileż można geniuszom tłumaczyć…”. Od tego czasu przestałam pana lubić i sama go nie odwiedzałam… xD

W każdym razie pod kościołem opisałyśmy wizytę u “Najcnotliwszej Szlachcianki”, Karo kończyła rysowanie, a niebawem wróciła też Magda z Anką. Pani Sołtys jechała do lekarza, ale umówiły się na potem i nawet dostałyśmy od niej gorzką czekoladę. Wróciłyśmy do salki i zaczęłyśmy kroniki wymiar plastyczny.

Ok 16.00 poszłyśmy na pizzę. Na miejscu były 2 słodkie malutkie koteczki, o wdzięcznych imionkach Mucha i Pleśniak. Aga, Karo i Anka wpadły w szał zabawy z nimi ;P. Wikary teoretycznie zaprosił nas na kolację do Arturo, ale wcześniej Magda i Anka były u niego na kawie i plany uległy zmianie. Na wieczór zaplanowany był grill ze świetlicą środowiskową, a wcześniej, w ramach dobrego uczynku, miałyśmy godzinkę na zajęcia z dziećmi. Poszłam ja z Alą, reszta miała kontynuować prace artystyczne. Troszkę się spóźniłyśmy, bo przedtem gnałyśmy w dół wsi, żeby skończyć rozwieszać dane nam rano ogłoszenia.

Weszłyśmy do salki, znaczy, właściwie weszłam, bo Ali ze mną nie było… Nie zdążyłam się przywitać, tylko wróciłam po Alicję, która stwierdziła, że do dzieci nie wróci. Poprosiłam ją, żeby poszła po Agę,  a sama wróciłam do salki. Stwierdziłam, że będzie pro, jak przyjdę w mundurze. Zawisza to Zawisza, będzie reprezentacja, a w końcu nie jestem taka stara, żeby to jakoś znacząco powiększyło barierę prowadzący-dzieci. Ta, ehem, terefere kuku, tak że z mundurem pożegnałam się po jakiejś drugiej zabawie. Pierwszą prowadziłam sama, a potem reszty mojego zastępu przybyło w nadmiarze, bo Magda z Agą, a wróciła i Ala, która to w końcu chyba ze mną została. Spoko, luz, zabawy po kolei jakoś idą, czas na atrakcję sezonu – gwizdek. Wybrano trzech ochotników, jedna dziewczyna zgadła, drugiemu podpowiedział, a właściwie powiedział taki 6-7 letni Pyrek, a 3. zgadła po licznych podpowiedziach tegoż Pyrka. Dalej czas leci, ale jakoś topornie, a społeczeństwo zaczyna się nudzić. Przynajmniej jego części, a przynajmniej charakternemu Kubusiowi…

Przetrwałyśmy i nie było nawet tak najgorzej, w każdym razie potem zaczął się grill. Oprócz dzieci, Justynki-piastunki, jak to ją ochrzciłyśmy w kronice, paru rodziców, Wikarego, nas i Ramzesa (księżego psa, który liczy sobie koło 3 lat, ale dla mnie ciągle wygląda i pachnie jak szczeniak) z  Księżyca spadł nam Rafał. Rafał przechadzał się, zagadywał, w sposób zaiste słodki. Nie skojarzył chłopiec faktów, że jesteśmy tak ordynarnie w mundurach (choćby i polowych), że bardziej nie można i że harcerek, a przynajmniej dziewczyn z rozumem się na teksty “Pies chyba ma na ciebie ochotę”, “Jakie filmy lubicie, oprócz pornograficznych oczywiście, hue, hue” i gadki o Wrocławiu – zahmstym mieście raczej się nie da poderwać.

Impreza ma się ku końcowi, dzieciaki się rozchodzą, a Rafał stoi i nawija, prawie jak świstak z reklamy czekolady, a wokół niego stoją wpatrzone Aga, Ala, Anka i Karo. Ja wcześniej byłam jeszcze w świetlicy, żeby ogarnąć historię Miedzierzy. Przyszłam, stanęłam wpatrzona jako piąta. Bredził niesamowicie :]. Przyszła Magda, więc się z nią prawie od razu urwałam. Chwilę później dołączyła do nas jeszcze Anka. Siedziałyśmy i kleiłyśmy kronikę, dyskutując o kwiatkach i Rafale, a sytuacja rozwinęła się tak: Magda rzuciła hasło “Ej, to młode z nim same zostały?!”. Ja i Anka popatrzyłyśmy się na siebie, zerwałyśmy się na równe nogi i Anka poleciała pilnować porządku publicznego. Ale z kolei ona długo nie wracała. Poszłam ja, chwilę później przytuptała też radosna gromadka. Tak w ogóle, to mamy uważać na Wojtusia, bo straszny podrywacz.

Siedziałyśmy wieczorem całkiem sporo czasu, wymyślałyśmy, pisałyśmy, kleiłyśmy, Wikary spał, dziewczyny jeszcze grały na jego gitarze, ale w końcu poszłyśmy spać.

Następnego dnia zwlokłyśmy się z podłogi nieco później niż było w planach, zjadłyśmy śniadanie, poszłyśmy do sklepu po materiał na drugą fakturę, porcję lodów, coli i picia na trasę oraz tofifee dla Wikarego. Droga powrotna była o wiele krósza :). Byłyśmy przy obozowisku jakoś koło 16.00. Teoretycznie nie mogłyśmy do niego wejść przed 17.00, ale Magda poszła po Ankę i okazało się, że jeden zastęp już tam był, więc wbiłyśmy za przykładem. Nie pomyślałyśmy jednak, że skoro wracamy po obiedzie, to coś do jedzenia powinnyśmy sobie kupić. Gulasz angielski powędrował rano do skarbca Ramzesa, a w skrzyni pozostały resztki, z których po kilkunastu minutach udało nam się wykombinować co najmniej 3 zestawy obiadowe. Do każdego jednak były potrzebne jagódki, więc Karo z Agą mogły pożytecznie spożytkować swoją predylekcję w kierunku zbieractwa. Ja porządkowałam skrzynię z jedzeniem, bo kiedy byłyśmy na explo, obozowisko odwiedził Sanepid i po powrocie Magda zebrała za nas wszystkie niezły ochrzan. Teraz razem z Anką kończyły kronikę, a Ala, Karolina i Aga zbierały. Patrzę sobie ci ja na zegarek – za jakiś kwadrans zaczyna się okres postu eucharystycznego, więc i tak nie zdążymy nic ugotować. Zawołałam dziewczyny i zjadłyśmy kanapki. Później msza, kolacja i świeczysko w namiocie Koszatki, okazało się, że Marysia wyjeżdża następnego dnia.

I znów chyba tej nocy miała wartę Aga i podchodziła obóz 1DW. Nam ich podchodzić nie wolno, “Komendant obozu nie wyrazą zgody”, a u nas Tere się zgodziła. Aga z Anitą zrobiły alarm, z tym że obudziła się tylko Julka. Poza tym, choć to już osobiście, obudziły Magdę. W akcji ostatecznie była chyba jeszcze Domi, ale tego nie pamiętam, nie wiem i nie stwierdzam. Siedzieli sobie przy kuchenkach, w jagódkach “jakby chcieli, a nie mogli”. Masztów nie zdobyli, ale porozrzucali nam w obozowisku zaostrzone żerdki z prawie całą nazwą zastępu Muflon :).

Dobra, post stanowi w miarę zamkniętą całość, więc wrzucę i resztę będę wklepywać jutro, chyba już do końca. Pragnę zwrócić uwagę, że to co wpisałam dziś, to jedynie 1/3 rękopisu… 🙂 Spoko, jeszcze będzie co czytać :P.

Jest moc :)

No tak. Obóz był świetny… Naprawdę świetny. Tak, że dalej chodzę i myślę, że bym tam wróciła. Wrócę, ale dopiero za rok… Szkoda, bo już będzie zdecydowanie inaczej :).

Wpis będzie raczej pokrojony i wrzucony w kawałkach, bo niecała część ma już ok. 3000 słów – tak dla komfortu jakiegokolwiek :). W porywach może przypominać suchą relację – w porywach niepoprawny melodramat – w każdym razie jak zawsze będzie subiektywnie i chronologicznie :P.

We wtorek zebrałyśmy się pod kościołem św. Rodziny. Autobusu nie ma, nie ma, chwilę później jak nie było tak nie ma dalej, ale w końcu przyszli po nas chłopcy i okazało się, że oni czekają pod Faustyną (razem z autobusem) :P. Jak kropiło, tak zaczęło lać, załadowaliśmy się, wsiedliśmy i odjechaliśmy zostawiając rodziny, psy, mieszkanka, łóżka i chodniki na ponad 2 tygodnie.

Jechałyśmy, patrzyłyśmy za okno, przez jakieś 20 minut atakowała mnie Godzilla, a potem grałyśmy z Karo w szubienicę, kiedy magicznym sposobem jej Godzilla gdzieś zaginęła.

W lesie znalazłyśmy miejsce, jakieś kilka metrów od Koszatki. W sumie ostatnio Renifer miał wszędzie daleko – teraz właśnie na odwrót. Plac apelowy, latryna, ogniska – miałyśmy chyba najbliżej ze wszystkich :). Ugotowałyśmy obiad,  rozbiłyśmy namiot, chyba nawet wieczorem była jeszcze msza. Tradycyjnie pierwszej nocy (wieczora?) padało, ale wcale nie tak bardzo, jak jeszcze miało :P.

Następnego dnia żerdkę, która miała uroczyście rozpocząć istnienie platformy zdjęłyśmy i zaczęłyśmy na czysto. Tego samego dnia po południu wyplatałyśmy prycze i czekała nas pierwsza noc na wysokości mniej więcej 1,8m :). Przez pierwsze 2 minuty miałam wrażenie, że to coś się pode mną zarwie, ale później pokochałam miłością szczerą i stwierdziłam, iż będzie to jedna z rzeczy, za którymi tęsknić będę w mieście.   Oprócz tego w czasie pionierki powstał jeszcze stół z uroczym sznurkiem z zawieszonymi na nim szyszkami, półeczka na naczynia, ławeczka na wysokości, która w porywach funkcję półeczki pełniła takoż, a także, co podobno wzruszyło Tereskę, półka na buty (Sanepid rok temu stwierdził, że obuwie na ziemi stać nie może…). Prysznic w planach budowniczych pominęłyśmy, uznając, że jest przecie rzeka.

Chart platformę miał również całkiem przyjazną, tylko że wypadła im jedna z podpórek, co poważnie zachwiało równowagą całości. Późnym wieczorem wywaliłyśmy nasze plecaki z namiotu i 6 osób mieściło się w 3-osobowym. Dostały od nas nawet herbatkę z sokiem malinowym, bo tradycyjnie od kilku wieczorów gotowałyśmy.

tekst z dnia ładny: “Cholera jasna by ten deszcz strzeliła” ~ Anka

Koszatka scenkę miała tradycyjnie świetną – “To nie ja byłam Ewą, to nie ja zjadłam drzewo”, “Jestem Barbie więc pionierki nie robię” ;].

Ostatniego dnia pionierki wszyscy kończyli wszystko, choć było to bardziej myślenie na zasadzie „a może by dodać jeszcze podpórkę i dodać jedną żerdkę, to będzie wygodniej, a w ogóle to…”. Rano był pierwszy na obozie Apel. Po obiedzie warsztaty z liturgii, bo jak do tej pory służyłyśmy na mszy, to delikatnie mówiąc nie wychodziło 😛 (ksiądz czekał cierpliwie i z uporem maniaka wpatrywał się znacząco na zakręcone ampułki z wodą i winem).

Budownictwo skończyło się definitywnie, następnego dnia były nasze warsztaty z komunikacji. Magda miała fajną grupę, więc poszło im najszybciej. Potem skończyła Anka i czekały na nas z pół godziny, ale cóż, zajrzeć w głąb siebie trzeba starannie ;].

Następnie warsztaty Koszatki z topografii, kilka co najmniej sposobów wyznaczania północy bez kompasu, omijanie, nanoszenie na mapę, znajdowanie współrzędnych geograficznych danego punktu, cud, miód i orzeszki. Później mała gra, kiedy tak wyszło, że w naszej grupie nie umiałyśmy praktycznie dodać 2 do 2…

O 12.00 Anioł Pański, Apel ewangeliczny, obiad i warsztaty Sarny, gdzie robiłyśmy świeczki (od biednej  Natki wszyscy wyłudzali kawę, muszelki itd… ;P). Wyszły bardzo ładne, Karolina robiła morską – na dole (chociaż tego nie widać, ale to pomińmy) był mech, który pełnił funkcję glonów, poza tym na wierzchu muszelki, gdzie mógł znaleźć się jeszcze ogon wieloryba, który dostała od Marysi. Magda miała fioletową i wybitnie kawową, która też wyszła świetnie, Anka utopiła w swojej zielonej 2 płatki róży, a Ali wyszła krwawa (w realnym świecie jest Krwawą – raczej nie Alicją – więc pasowało bardzo ładnie ;P).

W wypadkach 4/6 świeczki powędrowały do naszej kaplicy, nad którą na specjalność siedziała Magdalena, a w 2/6 do rodziców, ale to następnego dnia.

Wieczorkiem ognisko z Łomiankami (“witajcie w mojej skromnej Chałupie, wiedzcie, że mam was głęboko… w poważaniu”), a po nim znowu herbatka – Magda na Radzie Drużyny, Anka siedzi przy kuchence, ja w porywach z młodymi chodzę po korę, po herbatkę, po wodę, po patyczki etc.. W każdym razie zastępowe wkrótce wróciły, siedziałyśmy sobie Reniferem i Natką i naruszałyśmy brutalnie ciszę nocną, a do latryny, wąską ścieżką zmierzała sobie nasza przyboczna. Zgromadzenia nie rozpędziła, chociaż później jeszcze Tereska przyszła nas troszeczkę ściszyć. Posiedziałyśmy sobie jakoś do północy chłonąc historię naszej drużyny i informacje o czerwonej gałęzi, którą nam Martusia serdecznie poleca (stereotyp mówi – chodzisz po górach i się modlisz, choć życie wygląda nieco inaczej).

No właśnie – następnego dnia przyszła niedziela i czas na wizyty rodziców i pielgrzymkę do Czarnej, do Sanktuarium Matki Bożej Wychowawczyni. Choć teoretycznie prostą trasą wyszłyby ze 4km, żeby było dłużej i bardziej pielgrzymkowato wyszło 8 :P. Emilka i Marta się trochę źle czuły, więc zostały w obozie, Anka pojechała autem z tatą Magdy, który później wehikułem swoim wrócił do Błotnicy i za nami gonił. Aga miała zostawiać mu na skrzyżowaniach kawałki skórki od nektarynki, a faktycznie Karo rysowała strzałki, a mama Magdy układała je z patyków, bądź na odwrót, bo ten szczegół umknął mojej uwadze. Grunt, ze dogonił nas na postoju. Wędrowali z nami też inni rodzice i właśnie dlatego z dnia tego pozostały nam zdjęcia :P. Nie zabijajcie, nie ja robiłam :P.

Na postoju zjadłyśmy kanapki z żółtym serem i ogórkiem od rodziców Magdy (masakra, ludzie, jakie dobre 🙂 ). Koniec końców doszłyśmy jednak do wymarzonej miejscowości, tuż przy kościele spotykając dziewczyny z Łomianek. Na polance za budynkiem odbyła się próba śpiewu. Na mszy oprócz nas był jeszcze ZHR z Lublina, czy ktoś więcej nie pamiętam, aczkolwiek było nas dużo. Chyba jeszcze Warszawa… nie, to tydzień później… No nie wiem, ale w każdym razie było :P.

Wróciłyśmy już trasą krótszą i już nie w szyku. Ugotowałyśmy obiad, część rodziców już się odmeldowała, razem z częścią rodziców odmeldowała się też  połowa Koszatki – Patrycja urywała się wcześniej na obóz szachowy, a Basię od kilku dni bolały plecy. Według planów pierwotnych Natka z Adą też miały wyjechać, ale stwierdziły, że szkoda i że zostaną.

Rodzice odjechali już całkiem, my za to poszłyśmy do rzeki. Wcześniej w planach objawiło się tajemnicze Night Party u Sarny. Nazwa sugerowała, że będzie spoko, więc tak jakoś wieczorem dość późnym, po kolacji zebrałyśmy się prawie całą drużyną (Natka i Ada miały się ogarnąć i dołączyć później) w ich namiocie. Wyłożone na „stół” słodycze znikneły w zatrważającym tempie i już się kończyły, kiedy siedziałyśmy sobie w kółeczku, każda z kartką na czole i próbowałyśmy odgadnąć kim jesteśmy. Pojawiło się dwóch Jasiów – zastępowych zawieszonego Nietoperza, Tereska, Olinek Okrąglinek, Lady Gaga, wielce szanowny Bieber i jeszcze paru geniuszy kina jak Kubuś Puchatek, czy Garfield….Po tej zabawie towarzystwo w sumie się rozeszło, zaczęło padać, więc biegiem wracałyśmy do namiotu. Tylko że: Koszatce, pomimo rozwieszonej pierwszego dnia plandeki leje się przez ściany, bo deszcz absolutnie sążny, a jak się okazało, ja i Karo mamy też na pryczach słodkie, malutkie kałuże. W sumie Natka z Adą poszły do Komendy, dostały extra gratisową plandekę i słowa otuchy -.-. Z powodu ulewy i potopu Radę Drużyny przeniesiono na następny poranek, a ponieważ nie było rady, tej nocy nie było też wart. Przykryłyśmy rzeczy dziewczyn, Magda z Anką ogarnęły nasze plecaki w namiocie (nigdy już nie będę mieć rzeczy rozwalonych poza plecakiem… będzie ciężko, ale ciężej jest w takich sytuacjach ogarniać wszystko wszystkich, więc może jednak się postaram 😉 ) i wcisnęłyśmy się tam we 4. Chwilkę sobie jeszcze pogadałyśmy we 3, bo Karo zasnęła. Natka z Adą zadzwoniły jeszcze do rodziców i zaczęły ustawiać sobie jednak wcześniejszy powrót.

Poniedziałek jechał tradycyjnym rytmem, pobudka, rozgrzewka, Apel, śniadanie. Nie było zbyt wiadomo co dalej, na explo nadzieje były niewielkie, praktycznie nieistniejące, bo kiedy Marta siedziała z nami w sobotę na herbatce Karo niepolitycznie i niepoprawnie ją o to spytała i odpowiedź brzmiała: nie. Nieważne, że pewnie gdyby odpowiedź brzmiała tak (tak, explo będzie w poniedziałek), to i tak werbalna brzmiałaby „nie”… W każdym razie jakoś przed południem doszło do nas, że generalnie klęska. Klęska, bo Arturowi na polu bitwy złamał się miecz. W sumie drugi dostaniemy od Pani z Jeziora, ale rycerz nam nic więcej nie powie, bo umiera i prosi o herbatkę z jagód. Skończyłyśmy jako pierwsze, więcej informacji czekało nas u Merlina, Merlin chodził sobie na górce pod postacią Emilki, do niego miałyśmy wrócić w strojach fabularnych. Czas gry jest w sumie nieograniczony, a przynajmniej nic o tym nie wiadomo, żeby był. Wybrałyśmy się jak sieroty, dzień upalny, a my na nie wiadomo jak długo mamy jakieś 2 litry na 6 osób. Tym bardziej, że włóczyłyśmy się szukając punktów, których nie było tam, gdzie miały być… Znalazłyśmy jedno zadanie, drugiego już nie było… Zeszłyśmy na dół razem z Chartem, który nie znalazł nic tak samo jak my. Później rozdzieliłyśmy się, my poszłyśmy przed nimi. Następny punkt był tak oczywisty,  że nie znaleźć go chyba się nie dało. Dalej jednak z sześciu zaznaczonych miałyśmy 2. Szukając małej odnogi zabrnęłyśmy w las, z Chartem rozdzieliwszy się definitywnie. Znalazłyśmy się później na górze, kiedy Magda poszła szukać ścieżki, która okazała się być w kompletnie przeciwną stronę, a ja i Anka usiłowałyśmy odnaleźć nas na mapie. Po chwili dziewczyny do nas doszły i od tej pory postanowiłyśmy trzymać się razem i razem szukać punktów. Uznałyśmy, że skoro nie było ich tam, gdzie byłyśmy i gdzie definitywnie być powinny, to najwyraźniej ich nie ma, chyba że jesteśmy ślepe, a tak przynajmniej się nie zgubimy, a jeśli, to razem :P. Poszłyśmy trasą zaproponowaną przez Julkę, która okazała się tą ścieżynką, której szukała Magda. Czas jak już było wspomniane nieograniczony, ale woda się kończy (Chart co prawda wziął trochę więcej, ale podarował butelkę Koszatce, która nie spakowała ani pół kropli), punktów jak nie było, tak nie ma, a Tereska tak naprawdę nie wie, czy w tej chwili nie siedzimy na drzewie gonione przez niedźwiedzia. Usiadłyśmy sobie, zjadłyśmy herbatniki, zastanawiając się, czy jesteśmy aż tak niestylowe, jak legendarna niemalże Żyrafa, która opalała się w środku Wielkiej Gry. Niedługo potem Anita z Łucją poszły raz jeszcze w stronę kompletnie abstrakcyjną, my zaplanowałyśmy grę dla Komendy – 2 punkty położymy w miejscach bardzo widocznych, a resztę zakopiemy pół metra pod ziemią. Ponieważ dziewczyny nic nie znalazły, picie skończyło się finalnie i nadchodziła wielkimi krokami pora, kiedy zdecydowanie chciałybyśmy zjeść coś konkretnego, zdecydowałyśmy, że wracamy do obozu.  Najpierw my, 5 minut później miał ruszyć Chart.

Schodzimy sobie z gorki i słyszymy takie cos na kształt „Reniiiifeeeer”. Patrzymy, patrzymy, z krzaków wyłania się Sarna. Ktoś stwierdził, że pewnie chcą coś do picia… Sarenka podchodzi do nas z hasłem na ustach – „macie wodę?”.

Ten dobry żart zbyłyśmy uśmiechem. Już mniejszym informację, że one mają punktów 5. Jak je znalazły? Błąkając się po lesie i niezbyt przykładając wagę do mapy. Znalazły nawet Panią z Jeziora, ale żeby dostać od niej miecz, trzeba było znaleźć wszystkie punkty. W sumie teraz wracałyśmy do obozu wszystkie razem, bo dalej na drodze była jeszcze Koszatka. Te znalazły punkt 1. Wróciłyśmy, zastępowe poszły do Komendy, żeby ogłosić iż szukać dalej po prostu nie będziemy. Hm… No cóż, naszym ostatnim zadaniem było więć zrobić miecz. Nasz i Charta były bardzo podobne. Ugotowałyśmy obiad, poszłyśmy do rzeki (całkiem sporo osób posiadało po wizycie rodziców Białego Jelenia, więc w Krasnej można się było myć w miarę bezproblemowo). Potem msza, na którą przyszli chłopcy z ZHR-u. Po niej leciałyśmy na złamanie karku na dół, żeby nie było jakiegoś mega strasznego bałaganu w obozowisku, bo stwierdzili, że przyjdą sobie obejrzeć pionierkę. W sumie przyjechał tylko ZZ na kwaterkę, reszta chłopaków miała dojechać jedenastego. Byli pod wrażeniem kołków ;P. Pogadaliśmy chwilę (okazało się, że biedactwa przez 2 tygodnie żywią się konserwami), więc w sumie kiedy poszli do Charta i Sarny oporządziłyśmy naszego arbuza ;]. Magda i Anka twierdziły, że nie wypada im ich ściągać z powrotem, ja stwierdziłam, że koniec końców jestem od nich te co najmniej 12 miesięcy młodsza i poleciałam razem z Karoliną. Przyszli, zjedli, po czym poszli oglądać pionierkę Komendy. Później przyleciał do nas Chart.

„Która z was im się spodobała, że byli u was aż dwa razy?”

„Arbuz.”

To było urocze… 😛

I tak upłynął wieczór i poranek dzien siódmy 🙂

(Ten fragment pisany 22.07, a że nie wiem, co z nim zrobić, to zostawię.)

Cóż, teoretycznie chciałam pierwszą część wrzucić tylko do niedzieli, ale jakoś sobie siedzę i piszę i jest mi dobrze.  Co prawda czekam, aż mama wyśle mi jutro na maila opis pionierki (miałam go bardzo zmyślnie w Dokumentach Google, ale zrobiłam wspaniałomyślnie ctr + a i wszystko mi zjadł – to co mam na komputerze w domu i to co niekoniecznie), ale cóż z tego, tworzyć można też z zamysłem futurystycznym. Ewentualnie będzie multum wpisów, z tym że każdy o innym dniu :P. Z tym co napisałam u babaci, u której siedzę od obiadu to w sumie nie tak najgorzej, że zjadło, bo strasznie dużo z tym zamieszania. Co się działo każdego dnia mam odnotowane, ale dojść do tego, kiedy były czyje warty, kiedy nas podchodzili i kiedy był jaki temat ogniska, co mogłoby posty znacznie wzbogacić, to naprawdę cięższy kawałek chleba.

Wieczorem miało być tylko świeczysko w zastępach, bo wszyscy byli padnięci. Wyjadałyśmy zapasy od rodziców, ciastka, które wygrałyśmy za jadłospis i resztki po Koszatce (znaczy w sumie dostałyśmy od nich takie fajne opakowanie takich pysznych cukierków, a Ala od rodziców chipsy).  W każdym razie do ciszy nocnej sobie siedziałyśmy i śpiewałyśmy – zaczęłyśmy bez Magdy, która jak co wieczór niemalże siedziała na radzie – później już tylko jadłyśmy i gadałyśmy. W sumie zeszło nam na temat chłopaków i zwierzania się wszystkim ze wszystkiego, choć Anka pozostała nieprzenikniona lub też nie ma nic do ukrycia :P. Cóż – podobno taka tradycja Renifera, że się u nas rozmawia na ten temat :P. Faaaajnie było. Trochę mi szkoda właśnie takich dni, kiedy wszystko wydawało się idylliczne.

W każdym razie wtorek. Na tym może skończę dzisiaj i zajmę się wzbogacaniem mojej kroniki (do wpół do pierwszej, jak to od dwóch dni chodzę spać jeszcze kupa czasu, ale wrzucę zamknięty cały tydzień). Poza tym jutro chyba dojeżdża do mnie kuzynka, więc czasu nie będę miała. Choć to może niezbyt w temacie, kuzynka reprezentuje ZHP, drużynę młodszoharcerską Runo Leśne z sąsiedniego osiedla.

No ale się rozpisałam, a pora by była stosowna, ażeby myślami do Błotnicy powrócić.

Zabójczy plan na wtorek nazywa się Konkurs Kulinarny.

Rano tradycyjnie Marta pojechała z księdzem na zakupy, więc my zebrałyśmy się za namiotem Sarny, gdyż na poranek zaplanowane były zajęcia sporrtowe – integracja w drużynie. Najpierw zaczął się spontaniczny ziemniak, potem zdecydowanie mnie spontaniczny zbijak, milej przyjęta, choć również zaordynowana siatkówka, a później – choć to już w składach mieszanych – banderki. Sęk w tym, żeby banderkę z końca pola przeciwnika zabrać, wrócić z nią na swoje i jeszcze nie dać się złapać. Nie powiem, plan ambitny, ale poszło całkiem nieźle. Przynajmniej nie stałyśmy przy liniii i nie gapiłyśmy się bez celu w niebo. Połowa naszej drogiej Komendy wróciła, dostałyśmy produkty i ruszyłyśmy do gotowania. Dzien wcześniej w spuściznie otrzymałyśmy stół Koszatki (strasznie, strasznie ładny o strasznie, strasznie małych oczkach). Na nim powstawał Owocowy jeż. Na kuchenkach robił się sos pieczarkowy, kurczak w Corn Flakes’ach i panierowany camembert, poza tym z trufli wyszedł krem czekoladowy, bo twarożek okazał się za rzadki, a poza tym zapomniałyśmy o cukrze pudrze… Mięta z cytryną też się zaparzyła, wszystko było gotowe i Komenda od razu od Charta przyszła do nas. Stali sobie, stali i ewidentnie czekali. Czekali sobie, ażeby ich jakoś fabularnie powitać. Zbyt pięknie nie wyszło, ale usiedli sobie w Oberży pod Złotą Łanią (pomijam, że właśnie wrócili z Gospody pod Złotym Chartem) i rozpoczęli degustację. Na zachwyconych nie wyglądali, ale na zachwyconych nie wyglądają nigdzie, bo dla efektu zaskoczenia i dla niespodziewalności wyniku całości chyba im nie wolno. W każdym razie zjedli i poszli do Sarny, która wg. paru osób odstawiła niezłą szopkę, witając ich ze śpiewem i tańcami. W każdym razie my zjadłyśmy również. Na mszę znów wbił ZHR, ognisko chyba się odbyło, ale nie doszłam do tego jaki temat był tego aktualnie dnia. Okazało się, że w środę idziemy na explo. Miałyśmy wziąć ze sobą plandeki, na wypadek, gdyby nie udało nam się znaleźć noclegu na drugą noc. Najgorzej chyba miała Sarna :P, nie dość, że zasuwała chyba trochę ponad 20 km, to miała zagwarantowany na pierwszą noc kawałek ogródka. Jak można by przewidzieć Domi bardzo się ucieszyła…

Tej nocy (po wtorku i jak się okazało tuż przed explo) miałam wartę razem z Karoliną. Nasza była pierwsza, znaczy od północy, do 2.00. Jakoś o 23.40 udało mi się zrzucić moją komórkę razem zalarmem pod platformę, więc nie chcąc schodzić od tego momentu drzemałam. Jak już zeszłyśmy, to tego telefonu na ziemi nie mogłam znaleźć, więc raz czy dwa biednym dzieciom budzik jeszcze nie dał spać (później jednak go znalazłam :P) W sumię parę razy pomyliłam krzaczek z zakonnicą i kiedy Karo za długo była cicho, zastanawiałam się (i to, hm…, na poważnie) czy nie zamieniła się w zombie. Wyglądało to w sumie tak, że mnie roznosiło i nie mogłam siedzieć jak sierota pod masztami, bo wydawało mi się to bez sensu i jakieś takie nie takie jakie powinno, więc podnosiłam co jakiś czas Karolinę z ziemi, szłyśmy na górę do Sarny, schodziłyśmy do masztów – co zajmowało nam jakieś 10 minut, pod masztami siedziałyśmy 5 i zwlekałam Karo z ziemi po raz kolejny, bo sama w ciągu tych 5 minut kursowałam od masztów do kuchenek. Jedyne co się stao, to to, że na początku wart u Łomianek Komenda świeciła sobie jeszcze latarką, 2 razy kichnął ksiądz, szczekały psy (co było o tyle przestraszające, że w niedzielę jakieś słodki, obcy kundelek wdarł nam się do obozu) i było słychać ciągłe rytmiczne coś – Karo stwierdziła, że jakby ktoś piłował żerdkę, aczkolwiek zbyt długo było idealnie rytmiczne, żeby można było uwierzyć, że to człowiek…

W ramach spraw czasu nieokreślonego – wczesniej podeszła nas chyba Zawisza z Lublina. Pierwsza wersja głosiła, że około wpół do piątej – byli tak głośno, że obudzili Komendę, a druga, że jakoś w czasie drugiej warty. Grunt, że flagę udało nam się odzyskać, bądź udało nam się jej nie stracić.

Z ognisk do tej pory była pionierka, szczerość, Podróż Króla Artura i Czystość. Scenki komendy były awangadowe ;P

Przykładowo – ksiądz chodził umorusany jak nieboskie stworzenie, twierdził, że wygląda pięknie, przy czym kiedy pytał publikę o swój stan, Karolina stwierdziła, że wygląda jakby uciekł z wariatkowa. Ksiądz usiadł sobie na swoim miejscu, a Tereska z żalem stwierdziła – nie zrozumieli… Później Marta powiedziała Magdzie, że to w sumie scenka z cyklu “Co? – Ziarno”. Poza tym ksiądz obiecał, że scenkę, która później została zrozumiana wyjaśni na kazaniu. I nic :P.

Znów czas nieokreślony, a właściwie to czasu ogół. Przy każdym “cholera”, bądź “Boże” Anki słychać pełne wyrzutu  “Aaaaanka” autorstwa Karoliny, co jak to adresatka stwierdziła było śmieszne pierwsze 50 razy. Wieczorem widać latające wszędzie świetliki (w słowniku Karo figurujące pod nazwą latające dupidełka).  Ania usiłuje nas oduczyć mówienia “co”, nawet kiedy to “co” figuruje i nieodwołalnie pasuje do kontekstu.

To by było tyle, jak na pierwszą część :).