Jest moc :)

No tak. Obóz był świetny… Naprawdę świetny. Tak, że dalej chodzę i myślę, że bym tam wróciła. Wrócę, ale dopiero za rok… Szkoda, bo już będzie zdecydowanie inaczej :).

Wpis będzie raczej pokrojony i wrzucony w kawałkach, bo niecała część ma już ok. 3000 słów – tak dla komfortu jakiegokolwiek :). W porywach może przypominać suchą relację – w porywach niepoprawny melodramat – w każdym razie jak zawsze będzie subiektywnie i chronologicznie :P.

We wtorek zebrałyśmy się pod kościołem św. Rodziny. Autobusu nie ma, nie ma, chwilę później jak nie było tak nie ma dalej, ale w końcu przyszli po nas chłopcy i okazało się, że oni czekają pod Faustyną (razem z autobusem) :P. Jak kropiło, tak zaczęło lać, załadowaliśmy się, wsiedliśmy i odjechaliśmy zostawiając rodziny, psy, mieszkanka, łóżka i chodniki na ponad 2 tygodnie.

Jechałyśmy, patrzyłyśmy za okno, przez jakieś 20 minut atakowała mnie Godzilla, a potem grałyśmy z Karo w szubienicę, kiedy magicznym sposobem jej Godzilla gdzieś zaginęła.

W lesie znalazłyśmy miejsce, jakieś kilka metrów od Koszatki. W sumie ostatnio Renifer miał wszędzie daleko – teraz właśnie na odwrót. Plac apelowy, latryna, ogniska – miałyśmy chyba najbliżej ze wszystkich :). Ugotowałyśmy obiad,  rozbiłyśmy namiot, chyba nawet wieczorem była jeszcze msza. Tradycyjnie pierwszej nocy (wieczora?) padało, ale wcale nie tak bardzo, jak jeszcze miało :P.

Następnego dnia żerdkę, która miała uroczyście rozpocząć istnienie platformy zdjęłyśmy i zaczęłyśmy na czysto. Tego samego dnia po południu wyplatałyśmy prycze i czekała nas pierwsza noc na wysokości mniej więcej 1,8m :). Przez pierwsze 2 minuty miałam wrażenie, że to coś się pode mną zarwie, ale później pokochałam miłością szczerą i stwierdziłam, iż będzie to jedna z rzeczy, za którymi tęsknić będę w mieście.   Oprócz tego w czasie pionierki powstał jeszcze stół z uroczym sznurkiem z zawieszonymi na nim szyszkami, półeczka na naczynia, ławeczka na wysokości, która w porywach funkcję półeczki pełniła takoż, a także, co podobno wzruszyło Tereskę, półka na buty (Sanepid rok temu stwierdził, że obuwie na ziemi stać nie może…). Prysznic w planach budowniczych pominęłyśmy, uznając, że jest przecie rzeka.

Chart platformę miał również całkiem przyjazną, tylko że wypadła im jedna z podpórek, co poważnie zachwiało równowagą całości. Późnym wieczorem wywaliłyśmy nasze plecaki z namiotu i 6 osób mieściło się w 3-osobowym. Dostały od nas nawet herbatkę z sokiem malinowym, bo tradycyjnie od kilku wieczorów gotowałyśmy.

tekst z dnia ładny: “Cholera jasna by ten deszcz strzeliła” ~ Anka

Koszatka scenkę miała tradycyjnie świetną – “To nie ja byłam Ewą, to nie ja zjadłam drzewo”, “Jestem Barbie więc pionierki nie robię” ;].

Ostatniego dnia pionierki wszyscy kończyli wszystko, choć było to bardziej myślenie na zasadzie „a może by dodać jeszcze podpórkę i dodać jedną żerdkę, to będzie wygodniej, a w ogóle to…”. Rano był pierwszy na obozie Apel. Po obiedzie warsztaty z liturgii, bo jak do tej pory służyłyśmy na mszy, to delikatnie mówiąc nie wychodziło 😛 (ksiądz czekał cierpliwie i z uporem maniaka wpatrywał się znacząco na zakręcone ampułki z wodą i winem).

Budownictwo skończyło się definitywnie, następnego dnia były nasze warsztaty z komunikacji. Magda miała fajną grupę, więc poszło im najszybciej. Potem skończyła Anka i czekały na nas z pół godziny, ale cóż, zajrzeć w głąb siebie trzeba starannie ;].

Następnie warsztaty Koszatki z topografii, kilka co najmniej sposobów wyznaczania północy bez kompasu, omijanie, nanoszenie na mapę, znajdowanie współrzędnych geograficznych danego punktu, cud, miód i orzeszki. Później mała gra, kiedy tak wyszło, że w naszej grupie nie umiałyśmy praktycznie dodać 2 do 2…

O 12.00 Anioł Pański, Apel ewangeliczny, obiad i warsztaty Sarny, gdzie robiłyśmy świeczki (od biednej  Natki wszyscy wyłudzali kawę, muszelki itd… ;P). Wyszły bardzo ładne, Karolina robiła morską – na dole (chociaż tego nie widać, ale to pomińmy) był mech, który pełnił funkcję glonów, poza tym na wierzchu muszelki, gdzie mógł znaleźć się jeszcze ogon wieloryba, który dostała od Marysi. Magda miała fioletową i wybitnie kawową, która też wyszła świetnie, Anka utopiła w swojej zielonej 2 płatki róży, a Ali wyszła krwawa (w realnym świecie jest Krwawą – raczej nie Alicją – więc pasowało bardzo ładnie ;P).

W wypadkach 4/6 świeczki powędrowały do naszej kaplicy, nad którą na specjalność siedziała Magdalena, a w 2/6 do rodziców, ale to następnego dnia.

Wieczorkiem ognisko z Łomiankami (“witajcie w mojej skromnej Chałupie, wiedzcie, że mam was głęboko… w poważaniu”), a po nim znowu herbatka – Magda na Radzie Drużyny, Anka siedzi przy kuchence, ja w porywach z młodymi chodzę po korę, po herbatkę, po wodę, po patyczki etc.. W każdym razie zastępowe wkrótce wróciły, siedziałyśmy sobie Reniferem i Natką i naruszałyśmy brutalnie ciszę nocną, a do latryny, wąską ścieżką zmierzała sobie nasza przyboczna. Zgromadzenia nie rozpędziła, chociaż później jeszcze Tereska przyszła nas troszeczkę ściszyć. Posiedziałyśmy sobie jakoś do północy chłonąc historię naszej drużyny i informacje o czerwonej gałęzi, którą nam Martusia serdecznie poleca (stereotyp mówi – chodzisz po górach i się modlisz, choć życie wygląda nieco inaczej).

No właśnie – następnego dnia przyszła niedziela i czas na wizyty rodziców i pielgrzymkę do Czarnej, do Sanktuarium Matki Bożej Wychowawczyni. Choć teoretycznie prostą trasą wyszłyby ze 4km, żeby było dłużej i bardziej pielgrzymkowato wyszło 8 :P. Emilka i Marta się trochę źle czuły, więc zostały w obozie, Anka pojechała autem z tatą Magdy, który później wehikułem swoim wrócił do Błotnicy i za nami gonił. Aga miała zostawiać mu na skrzyżowaniach kawałki skórki od nektarynki, a faktycznie Karo rysowała strzałki, a mama Magdy układała je z patyków, bądź na odwrót, bo ten szczegół umknął mojej uwadze. Grunt, ze dogonił nas na postoju. Wędrowali z nami też inni rodzice i właśnie dlatego z dnia tego pozostały nam zdjęcia :P. Nie zabijajcie, nie ja robiłam :P.

Na postoju zjadłyśmy kanapki z żółtym serem i ogórkiem od rodziców Magdy (masakra, ludzie, jakie dobre 🙂 ). Koniec końców doszłyśmy jednak do wymarzonej miejscowości, tuż przy kościele spotykając dziewczyny z Łomianek. Na polance za budynkiem odbyła się próba śpiewu. Na mszy oprócz nas był jeszcze ZHR z Lublina, czy ktoś więcej nie pamiętam, aczkolwiek było nas dużo. Chyba jeszcze Warszawa… nie, to tydzień później… No nie wiem, ale w każdym razie było :P.

Wróciłyśmy już trasą krótszą i już nie w szyku. Ugotowałyśmy obiad, część rodziców już się odmeldowała, razem z częścią rodziców odmeldowała się też  połowa Koszatki – Patrycja urywała się wcześniej na obóz szachowy, a Basię od kilku dni bolały plecy. Według planów pierwotnych Natka z Adą też miały wyjechać, ale stwierdziły, że szkoda i że zostaną.

Rodzice odjechali już całkiem, my za to poszłyśmy do rzeki. Wcześniej w planach objawiło się tajemnicze Night Party u Sarny. Nazwa sugerowała, że będzie spoko, więc tak jakoś wieczorem dość późnym, po kolacji zebrałyśmy się prawie całą drużyną (Natka i Ada miały się ogarnąć i dołączyć później) w ich namiocie. Wyłożone na „stół” słodycze znikneły w zatrważającym tempie i już się kończyły, kiedy siedziałyśmy sobie w kółeczku, każda z kartką na czole i próbowałyśmy odgadnąć kim jesteśmy. Pojawiło się dwóch Jasiów – zastępowych zawieszonego Nietoperza, Tereska, Olinek Okrąglinek, Lady Gaga, wielce szanowny Bieber i jeszcze paru geniuszy kina jak Kubuś Puchatek, czy Garfield….Po tej zabawie towarzystwo w sumie się rozeszło, zaczęło padać, więc biegiem wracałyśmy do namiotu. Tylko że: Koszatce, pomimo rozwieszonej pierwszego dnia plandeki leje się przez ściany, bo deszcz absolutnie sążny, a jak się okazało, ja i Karo mamy też na pryczach słodkie, malutkie kałuże. W sumie Natka z Adą poszły do Komendy, dostały extra gratisową plandekę i słowa otuchy -.-. Z powodu ulewy i potopu Radę Drużyny przeniesiono na następny poranek, a ponieważ nie było rady, tej nocy nie było też wart. Przykryłyśmy rzeczy dziewczyn, Magda z Anką ogarnęły nasze plecaki w namiocie (nigdy już nie będę mieć rzeczy rozwalonych poza plecakiem… będzie ciężko, ale ciężej jest w takich sytuacjach ogarniać wszystko wszystkich, więc może jednak się postaram 😉 ) i wcisnęłyśmy się tam we 4. Chwilkę sobie jeszcze pogadałyśmy we 3, bo Karo zasnęła. Natka z Adą zadzwoniły jeszcze do rodziców i zaczęły ustawiać sobie jednak wcześniejszy powrót.

Poniedziałek jechał tradycyjnym rytmem, pobudka, rozgrzewka, Apel, śniadanie. Nie było zbyt wiadomo co dalej, na explo nadzieje były niewielkie, praktycznie nieistniejące, bo kiedy Marta siedziała z nami w sobotę na herbatce Karo niepolitycznie i niepoprawnie ją o to spytała i odpowiedź brzmiała: nie. Nieważne, że pewnie gdyby odpowiedź brzmiała tak (tak, explo będzie w poniedziałek), to i tak werbalna brzmiałaby „nie”… W każdym razie jakoś przed południem doszło do nas, że generalnie klęska. Klęska, bo Arturowi na polu bitwy złamał się miecz. W sumie drugi dostaniemy od Pani z Jeziora, ale rycerz nam nic więcej nie powie, bo umiera i prosi o herbatkę z jagód. Skończyłyśmy jako pierwsze, więcej informacji czekało nas u Merlina, Merlin chodził sobie na górce pod postacią Emilki, do niego miałyśmy wrócić w strojach fabularnych. Czas gry jest w sumie nieograniczony, a przynajmniej nic o tym nie wiadomo, żeby był. Wybrałyśmy się jak sieroty, dzień upalny, a my na nie wiadomo jak długo mamy jakieś 2 litry na 6 osób. Tym bardziej, że włóczyłyśmy się szukając punktów, których nie było tam, gdzie miały być… Znalazłyśmy jedno zadanie, drugiego już nie było… Zeszłyśmy na dół razem z Chartem, który nie znalazł nic tak samo jak my. Później rozdzieliłyśmy się, my poszłyśmy przed nimi. Następny punkt był tak oczywisty,  że nie znaleźć go chyba się nie dało. Dalej jednak z sześciu zaznaczonych miałyśmy 2. Szukając małej odnogi zabrnęłyśmy w las, z Chartem rozdzieliwszy się definitywnie. Znalazłyśmy się później na górze, kiedy Magda poszła szukać ścieżki, która okazała się być w kompletnie przeciwną stronę, a ja i Anka usiłowałyśmy odnaleźć nas na mapie. Po chwili dziewczyny do nas doszły i od tej pory postanowiłyśmy trzymać się razem i razem szukać punktów. Uznałyśmy, że skoro nie było ich tam, gdzie byłyśmy i gdzie definitywnie być powinny, to najwyraźniej ich nie ma, chyba że jesteśmy ślepe, a tak przynajmniej się nie zgubimy, a jeśli, to razem :P. Poszłyśmy trasą zaproponowaną przez Julkę, która okazała się tą ścieżynką, której szukała Magda. Czas jak już było wspomniane nieograniczony, ale woda się kończy (Chart co prawda wziął trochę więcej, ale podarował butelkę Koszatce, która nie spakowała ani pół kropli), punktów jak nie było, tak nie ma, a Tereska tak naprawdę nie wie, czy w tej chwili nie siedzimy na drzewie gonione przez niedźwiedzia. Usiadłyśmy sobie, zjadłyśmy herbatniki, zastanawiając się, czy jesteśmy aż tak niestylowe, jak legendarna niemalże Żyrafa, która opalała się w środku Wielkiej Gry. Niedługo potem Anita z Łucją poszły raz jeszcze w stronę kompletnie abstrakcyjną, my zaplanowałyśmy grę dla Komendy – 2 punkty położymy w miejscach bardzo widocznych, a resztę zakopiemy pół metra pod ziemią. Ponieważ dziewczyny nic nie znalazły, picie skończyło się finalnie i nadchodziła wielkimi krokami pora, kiedy zdecydowanie chciałybyśmy zjeść coś konkretnego, zdecydowałyśmy, że wracamy do obozu.  Najpierw my, 5 minut później miał ruszyć Chart.

Schodzimy sobie z gorki i słyszymy takie cos na kształt „Reniiiifeeeer”. Patrzymy, patrzymy, z krzaków wyłania się Sarna. Ktoś stwierdził, że pewnie chcą coś do picia… Sarenka podchodzi do nas z hasłem na ustach – „macie wodę?”.

Ten dobry żart zbyłyśmy uśmiechem. Już mniejszym informację, że one mają punktów 5. Jak je znalazły? Błąkając się po lesie i niezbyt przykładając wagę do mapy. Znalazły nawet Panią z Jeziora, ale żeby dostać od niej miecz, trzeba było znaleźć wszystkie punkty. W sumie teraz wracałyśmy do obozu wszystkie razem, bo dalej na drodze była jeszcze Koszatka. Te znalazły punkt 1. Wróciłyśmy, zastępowe poszły do Komendy, żeby ogłosić iż szukać dalej po prostu nie będziemy. Hm… No cóż, naszym ostatnim zadaniem było więć zrobić miecz. Nasz i Charta były bardzo podobne. Ugotowałyśmy obiad, poszłyśmy do rzeki (całkiem sporo osób posiadało po wizycie rodziców Białego Jelenia, więc w Krasnej można się było myć w miarę bezproblemowo). Potem msza, na którą przyszli chłopcy z ZHR-u. Po niej leciałyśmy na złamanie karku na dół, żeby nie było jakiegoś mega strasznego bałaganu w obozowisku, bo stwierdzili, że przyjdą sobie obejrzeć pionierkę. W sumie przyjechał tylko ZZ na kwaterkę, reszta chłopaków miała dojechać jedenastego. Byli pod wrażeniem kołków ;P. Pogadaliśmy chwilę (okazało się, że biedactwa przez 2 tygodnie żywią się konserwami), więc w sumie kiedy poszli do Charta i Sarny oporządziłyśmy naszego arbuza ;]. Magda i Anka twierdziły, że nie wypada im ich ściągać z powrotem, ja stwierdziłam, że koniec końców jestem od nich te co najmniej 12 miesięcy młodsza i poleciałam razem z Karoliną. Przyszli, zjedli, po czym poszli oglądać pionierkę Komendy. Później przyleciał do nas Chart.

„Która z was im się spodobała, że byli u was aż dwa razy?”

„Arbuz.”

To było urocze… 😛

I tak upłynął wieczór i poranek dzien siódmy 🙂

(Ten fragment pisany 22.07, a że nie wiem, co z nim zrobić, to zostawię.)

Cóż, teoretycznie chciałam pierwszą część wrzucić tylko do niedzieli, ale jakoś sobie siedzę i piszę i jest mi dobrze.  Co prawda czekam, aż mama wyśle mi jutro na maila opis pionierki (miałam go bardzo zmyślnie w Dokumentach Google, ale zrobiłam wspaniałomyślnie ctr + a i wszystko mi zjadł – to co mam na komputerze w domu i to co niekoniecznie), ale cóż z tego, tworzyć można też z zamysłem futurystycznym. Ewentualnie będzie multum wpisów, z tym że każdy o innym dniu :P. Z tym co napisałam u babaci, u której siedzę od obiadu to w sumie nie tak najgorzej, że zjadło, bo strasznie dużo z tym zamieszania. Co się działo każdego dnia mam odnotowane, ale dojść do tego, kiedy były czyje warty, kiedy nas podchodzili i kiedy był jaki temat ogniska, co mogłoby posty znacznie wzbogacić, to naprawdę cięższy kawałek chleba.

Wieczorem miało być tylko świeczysko w zastępach, bo wszyscy byli padnięci. Wyjadałyśmy zapasy od rodziców, ciastka, które wygrałyśmy za jadłospis i resztki po Koszatce (znaczy w sumie dostałyśmy od nich takie fajne opakowanie takich pysznych cukierków, a Ala od rodziców chipsy).  W każdym razie do ciszy nocnej sobie siedziałyśmy i śpiewałyśmy – zaczęłyśmy bez Magdy, która jak co wieczór niemalże siedziała na radzie – później już tylko jadłyśmy i gadałyśmy. W sumie zeszło nam na temat chłopaków i zwierzania się wszystkim ze wszystkiego, choć Anka pozostała nieprzenikniona lub też nie ma nic do ukrycia :P. Cóż – podobno taka tradycja Renifera, że się u nas rozmawia na ten temat :P. Faaaajnie było. Trochę mi szkoda właśnie takich dni, kiedy wszystko wydawało się idylliczne.

W każdym razie wtorek. Na tym może skończę dzisiaj i zajmę się wzbogacaniem mojej kroniki (do wpół do pierwszej, jak to od dwóch dni chodzę spać jeszcze kupa czasu, ale wrzucę zamknięty cały tydzień). Poza tym jutro chyba dojeżdża do mnie kuzynka, więc czasu nie będę miała. Choć to może niezbyt w temacie, kuzynka reprezentuje ZHP, drużynę młodszoharcerską Runo Leśne z sąsiedniego osiedla.

No ale się rozpisałam, a pora by była stosowna, ażeby myślami do Błotnicy powrócić.

Zabójczy plan na wtorek nazywa się Konkurs Kulinarny.

Rano tradycyjnie Marta pojechała z księdzem na zakupy, więc my zebrałyśmy się za namiotem Sarny, gdyż na poranek zaplanowane były zajęcia sporrtowe – integracja w drużynie. Najpierw zaczął się spontaniczny ziemniak, potem zdecydowanie mnie spontaniczny zbijak, milej przyjęta, choć również zaordynowana siatkówka, a później – choć to już w składach mieszanych – banderki. Sęk w tym, żeby banderkę z końca pola przeciwnika zabrać, wrócić z nią na swoje i jeszcze nie dać się złapać. Nie powiem, plan ambitny, ale poszło całkiem nieźle. Przynajmniej nie stałyśmy przy liniii i nie gapiłyśmy się bez celu w niebo. Połowa naszej drogiej Komendy wróciła, dostałyśmy produkty i ruszyłyśmy do gotowania. Dzien wcześniej w spuściznie otrzymałyśmy stół Koszatki (strasznie, strasznie ładny o strasznie, strasznie małych oczkach). Na nim powstawał Owocowy jeż. Na kuchenkach robił się sos pieczarkowy, kurczak w Corn Flakes’ach i panierowany camembert, poza tym z trufli wyszedł krem czekoladowy, bo twarożek okazał się za rzadki, a poza tym zapomniałyśmy o cukrze pudrze… Mięta z cytryną też się zaparzyła, wszystko było gotowe i Komenda od razu od Charta przyszła do nas. Stali sobie, stali i ewidentnie czekali. Czekali sobie, ażeby ich jakoś fabularnie powitać. Zbyt pięknie nie wyszło, ale usiedli sobie w Oberży pod Złotą Łanią (pomijam, że właśnie wrócili z Gospody pod Złotym Chartem) i rozpoczęli degustację. Na zachwyconych nie wyglądali, ale na zachwyconych nie wyglądają nigdzie, bo dla efektu zaskoczenia i dla niespodziewalności wyniku całości chyba im nie wolno. W każdym razie zjedli i poszli do Sarny, która wg. paru osób odstawiła niezłą szopkę, witając ich ze śpiewem i tańcami. W każdym razie my zjadłyśmy również. Na mszę znów wbił ZHR, ognisko chyba się odbyło, ale nie doszłam do tego jaki temat był tego aktualnie dnia. Okazało się, że w środę idziemy na explo. Miałyśmy wziąć ze sobą plandeki, na wypadek, gdyby nie udało nam się znaleźć noclegu na drugą noc. Najgorzej chyba miała Sarna :P, nie dość, że zasuwała chyba trochę ponad 20 km, to miała zagwarantowany na pierwszą noc kawałek ogródka. Jak można by przewidzieć Domi bardzo się ucieszyła…

Tej nocy (po wtorku i jak się okazało tuż przed explo) miałam wartę razem z Karoliną. Nasza była pierwsza, znaczy od północy, do 2.00. Jakoś o 23.40 udało mi się zrzucić moją komórkę razem zalarmem pod platformę, więc nie chcąc schodzić od tego momentu drzemałam. Jak już zeszłyśmy, to tego telefonu na ziemi nie mogłam znaleźć, więc raz czy dwa biednym dzieciom budzik jeszcze nie dał spać (później jednak go znalazłam :P) W sumię parę razy pomyliłam krzaczek z zakonnicą i kiedy Karo za długo była cicho, zastanawiałam się (i to, hm…, na poważnie) czy nie zamieniła się w zombie. Wyglądało to w sumie tak, że mnie roznosiło i nie mogłam siedzieć jak sierota pod masztami, bo wydawało mi się to bez sensu i jakieś takie nie takie jakie powinno, więc podnosiłam co jakiś czas Karolinę z ziemi, szłyśmy na górę do Sarny, schodziłyśmy do masztów – co zajmowało nam jakieś 10 minut, pod masztami siedziałyśmy 5 i zwlekałam Karo z ziemi po raz kolejny, bo sama w ciągu tych 5 minut kursowałam od masztów do kuchenek. Jedyne co się stao, to to, że na początku wart u Łomianek Komenda świeciła sobie jeszcze latarką, 2 razy kichnął ksiądz, szczekały psy (co było o tyle przestraszające, że w niedzielę jakieś słodki, obcy kundelek wdarł nam się do obozu) i było słychać ciągłe rytmiczne coś – Karo stwierdziła, że jakby ktoś piłował żerdkę, aczkolwiek zbyt długo było idealnie rytmiczne, żeby można było uwierzyć, że to człowiek…

W ramach spraw czasu nieokreślonego – wczesniej podeszła nas chyba Zawisza z Lublina. Pierwsza wersja głosiła, że około wpół do piątej – byli tak głośno, że obudzili Komendę, a druga, że jakoś w czasie drugiej warty. Grunt, że flagę udało nam się odzyskać, bądź udało nam się jej nie stracić.

Z ognisk do tej pory była pionierka, szczerość, Podróż Króla Artura i Czystość. Scenki komendy były awangadowe ;P

Przykładowo – ksiądz chodził umorusany jak nieboskie stworzenie, twierdził, że wygląda pięknie, przy czym kiedy pytał publikę o swój stan, Karolina stwierdziła, że wygląda jakby uciekł z wariatkowa. Ksiądz usiadł sobie na swoim miejscu, a Tereska z żalem stwierdziła – nie zrozumieli… Później Marta powiedziała Magdzie, że to w sumie scenka z cyklu “Co? – Ziarno”. Poza tym ksiądz obiecał, że scenkę, która później została zrozumiana wyjaśni na kazaniu. I nic :P.

Znów czas nieokreślony, a właściwie to czasu ogół. Przy każdym “cholera”, bądź “Boże” Anki słychać pełne wyrzutu  “Aaaaanka” autorstwa Karoliny, co jak to adresatka stwierdziła było śmieszne pierwsze 50 razy. Wieczorem widać latające wszędzie świetliki (w słowniku Karo figurujące pod nazwą latające dupidełka).  Ania usiłuje nas oduczyć mówienia “co”, nawet kiedy to “co” figuruje i nieodwołalnie pasuje do kontekstu.

To by było tyle, jak na pierwszą część :).

 

 

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: