Rafał zachowywał się jak dziki, no po prostu jak dziki… ;]

O tak, perspektywa tych 13 km była słodka. W sumie miałyśmynajbliżej ze wszystkich zastępów, plecaki mordowały, ale to było wiadomo od początku, że będą. Dzień miły i słoneczny, a słoneczko jeszcze nie podgrzewało zbyt mocno czerepków, więc po śniadaniu ruszyłyśmy :). Z Anką miałyśmy się spotkać na trasie, bo część jechała z Księdzem. Zdążyła jeszcze trochę ogarnąć nasze obozowisko i wzięła ze sobą milion rzeczy ekstra, co byśmy my ich tachać nie musiały. W miarę szybko doszłyśmy do Starej Wsi, tam za kościołem zrobiłyśmy postój. Okazało się, że nie mamy kompasu, więc korzystając warsztatów Koszatki wyznaczyłyśmy północ z zegarka wskazówkowego (serio, do tej pory nie wiem, co zrobiłam źle…). Niezbyt szczęśliwie zorientowałyśmy mapę i poszłyśmy, tylko że zamiast przy Małachowie wyszłyśmy w Janowie, co jest troszkę w diametralnie przeciwne strony. Nadłożyłyśmy niezły kawałek, ale nic to, wracamy. Fail dnia został zaliczony, a my już dobrym szlakiem i w dobrym kierunku szłyśmy do Miedzierzy tempem żółwim. Po drodze zgarnęłyśmy Ankę, wzięłyśmy od niej część rzeczy i szłyśmy dalej. Miałyśmy troszkę momentów zwątpienia, chciałyśmy robić postoje co 100m , w pewnym momencie Aga usiadła na środku ścieżki i generalnie powiem tylko, że była sobie demotywacja. W końcu (! 🙂 ) dotarłyśmy. Radość była wielka, naprawdę :P. Brnąc do Kościoła minęłyśmy pizzerię, której miało nie być, więc radość była jeszcze większa, zwłaszcza że knajpka o wdzięcznej nazwie Arturo idealnie wchodziła w fabułę. Wikarego znalazłyśmy nawet w miarę szybko i do mszy się nawet umyć i coś zjeść. Poszłyśmy ( w sensie Anka, Ala i ja) po jakieś coś na śniadanie. Po mszy wbiłyśmy do takiej jednej miłej pani, żeby ugotować sobie podarki od komendy. Ogólnie spałyśmy w salce, w której zwykle są próby scholi, którą ona prowadzi. W kociołku gotowałyśmy makaron, do tego sos pomidorowy z parówkami, które według idei Anki miały być smażone, ale nie miałyśmy oleju, a ja dałam im trochę za dużo wody, więc ostatecznie był gotowane.

W tej naszej izdebce o łazience mogłyśmy sobie pomarzyć. Jedyne źródło wody – uroiczy kranik z tyłu domku. Na szczęście okazało się, że strażacy, świetni ludzie, chcą pozwolić nam wykąpać się w remizie. Taki prysznic to w sumie luksus nad luksusy ;P. W każdym razie dziewczyny poszły się myć, w kuchni nad kociołkiem zostałam ja z Anką. Sprawy połowicznie jasne stały się dla mnie jasne zupełnie, bo obie doszłyśmy do tego, że, jak to śpiewał kabaret O.T.T.O. “Ja wiem, że wiem. On wie, że ja wiem. Ja wiem, że on wie, że ja wiem.”.

Wróciłyśmy do salki, wepchnęłyśmy w siebie prawie cały makaron i zjadłyśmy ciasto, które miła pani dla nas upiekła. Później myć się poszła druga porcja, znaczy Anka, Ala i ja. Ania siedziała sobie w remizie na podłodze i sobie na mnie czekała, bo ładnie było i chciałyśmy Magdę wyciągnąć na spacer. W każdym razie siedziała sobie i przyszedł Wojtuś. Wojtuś przyniósł jej krzesełko, dał wody i całkiem miło im się rozmawiało :).

Wieczorem siedziałyśmy z Anią i Magdą jeszcze dosyć długo. Na dworze świetnie było widać gwiazdy i znów nastała idylla :).

Rano msza była na 7.00 i tylko wtedy, więc pobudka była bolesna. Ale się udało ;). Drugi dzień explo przeznaczony był na wykonywanie zadań, które otrzymałyśmy razem z opisem naszych przy/eszłych warunków mieszkalnych. W sumie podzieliłyśmy się jakoś mniej więcej ;]. Aga z Karoliną miały zrobić szkic kościoła i wymienić Królewskie jabłko na dowolną inną rzecz (zwyczaj wziął się od Francuzek, które 2 lata temu za jabłko dostały malutkiego kurczaczka). Ja poszłam z Alą przeprowadzać wywiad z najstarszą osobą w miejscowości (co prawda z Miedzierzy wywiało nas do Matyniowa, ale kto by się tam przejmował), a Magda z Anką poszły do Pani Sołtys, na cmentarz, a poza tym zrobiły rysunek naszej kochanej remizy.

W sumie wiedziałyśmy tylko tyle, że Najstarsza Starowinka mieszka w Matyniowie, gdzieś za sklepem. Podeszłyśmy do pierwszej lepszej furtki, przy której ktokolwiek stał i wyklarowałyśmy,o co nam mniej więcej chodzi. Facet był słodki, na początku nas nie widział, a potem nie wydawał się chętny do współpracy. Dowiedziałyśmy się, że faktycznie mieszka, właśnie tutaj. Jak chcemy, to sobie możemy wejść i porozmawiać. Stwierdziłyśmy, że nie będziemy tak same do domku wbijać. Trudno, poszukamy drugiej, Prawie Najstarszej Starowinki. Nasze plany zweryfikowała Pani z naprzeciwka. Przyszłyśmy, pytając o osobę drugą w kolejności, a ona zaprowadziła nas do właściwej :).

Co z wywiadem, to już inna historia. Kobiecina za 3 tygodnie miała skończyć 100 lat, trochę niedosłyszała i porozmawiać się zbytnio nie udało. Sąsiadka była święcie przekonana, że zostałyśmy przysłane, żeby sprawdzić, jak tzw. powszechnie Nowakowa się czuje. Od niej jednak dowiedziałyśmy się czegokolwiek, co potem – bardziej w formie relacji – zamieściłyśmy w kronice. Przeprosiłyśmy, podziękowałyśmy, wyszłyśmy i powędrowałyśmy z powrotem pod kościół, po drodze zahaczając o sklep i pytając miłego pana, czy mógłby powiesić u siebie jedno z ogłoszeń o planie zajęć w świetlkicy i czy ma super glue. Mógłby i miał. O panu niekoniecznie od czapy wspominam. Drugi raz poszłyśmy po blok kolorowy i klej i pytałam, czy wystawia faktury. Tak, ale od 30 zł i wszystko musi być na jednym paragonie. Byłyśmy 3. raz po nową dostawę kleju i coś na śniadanie. Spytałam tym razem pani ile trzeba czekać na fakturę. Pani zawołała pana. Pan wyszedł z miną “no ileż można geniuszom tłumaczyć…”. Od tego czasu przestałam pana lubić i sama go nie odwiedzałam… xD

W każdym razie pod kościołem opisałyśmy wizytę u “Najcnotliwszej Szlachcianki”, Karo kończyła rysowanie, a niebawem wróciła też Magda z Anką. Pani Sołtys jechała do lekarza, ale umówiły się na potem i nawet dostałyśmy od niej gorzką czekoladę. Wróciłyśmy do salki i zaczęłyśmy kroniki wymiar plastyczny.

Ok 16.00 poszłyśmy na pizzę. Na miejscu były 2 słodkie malutkie koteczki, o wdzięcznych imionkach Mucha i Pleśniak. Aga, Karo i Anka wpadły w szał zabawy z nimi ;P. Wikary teoretycznie zaprosił nas na kolację do Arturo, ale wcześniej Magda i Anka były u niego na kawie i plany uległy zmianie. Na wieczór zaplanowany był grill ze świetlicą środowiskową, a wcześniej, w ramach dobrego uczynku, miałyśmy godzinkę na zajęcia z dziećmi. Poszłam ja z Alą, reszta miała kontynuować prace artystyczne. Troszkę się spóźniłyśmy, bo przedtem gnałyśmy w dół wsi, żeby skończyć rozwieszać dane nam rano ogłoszenia.

Weszłyśmy do salki, znaczy, właściwie weszłam, bo Ali ze mną nie było… Nie zdążyłam się przywitać, tylko wróciłam po Alicję, która stwierdziła, że do dzieci nie wróci. Poprosiłam ją, żeby poszła po Agę,  a sama wróciłam do salki. Stwierdziłam, że będzie pro, jak przyjdę w mundurze. Zawisza to Zawisza, będzie reprezentacja, a w końcu nie jestem taka stara, żeby to jakoś znacząco powiększyło barierę prowadzący-dzieci. Ta, ehem, terefere kuku, tak że z mundurem pożegnałam się po jakiejś drugiej zabawie. Pierwszą prowadziłam sama, a potem reszty mojego zastępu przybyło w nadmiarze, bo Magda z Agą, a wróciła i Ala, która to w końcu chyba ze mną została. Spoko, luz, zabawy po kolei jakoś idą, czas na atrakcję sezonu – gwizdek. Wybrano trzech ochotników, jedna dziewczyna zgadła, drugiemu podpowiedział, a właściwie powiedział taki 6-7 letni Pyrek, a 3. zgadła po licznych podpowiedziach tegoż Pyrka. Dalej czas leci, ale jakoś topornie, a społeczeństwo zaczyna się nudzić. Przynajmniej jego części, a przynajmniej charakternemu Kubusiowi…

Przetrwałyśmy i nie było nawet tak najgorzej, w każdym razie potem zaczął się grill. Oprócz dzieci, Justynki-piastunki, jak to ją ochrzciłyśmy w kronice, paru rodziców, Wikarego, nas i Ramzesa (księżego psa, który liczy sobie koło 3 lat, ale dla mnie ciągle wygląda i pachnie jak szczeniak) z  Księżyca spadł nam Rafał. Rafał przechadzał się, zagadywał, w sposób zaiste słodki. Nie skojarzył chłopiec faktów, że jesteśmy tak ordynarnie w mundurach (choćby i polowych), że bardziej nie można i że harcerek, a przynajmniej dziewczyn z rozumem się na teksty “Pies chyba ma na ciebie ochotę”, “Jakie filmy lubicie, oprócz pornograficznych oczywiście, hue, hue” i gadki o Wrocławiu – zahmstym mieście raczej się nie da poderwać.

Impreza ma się ku końcowi, dzieciaki się rozchodzą, a Rafał stoi i nawija, prawie jak świstak z reklamy czekolady, a wokół niego stoją wpatrzone Aga, Ala, Anka i Karo. Ja wcześniej byłam jeszcze w świetlicy, żeby ogarnąć historię Miedzierzy. Przyszłam, stanęłam wpatrzona jako piąta. Bredził niesamowicie :]. Przyszła Magda, więc się z nią prawie od razu urwałam. Chwilę później dołączyła do nas jeszcze Anka. Siedziałyśmy i kleiłyśmy kronikę, dyskutując o kwiatkach i Rafale, a sytuacja rozwinęła się tak: Magda rzuciła hasło “Ej, to młode z nim same zostały?!”. Ja i Anka popatrzyłyśmy się na siebie, zerwałyśmy się na równe nogi i Anka poleciała pilnować porządku publicznego. Ale z kolei ona długo nie wracała. Poszłam ja, chwilę później przytuptała też radosna gromadka. Tak w ogóle, to mamy uważać na Wojtusia, bo straszny podrywacz.

Siedziałyśmy wieczorem całkiem sporo czasu, wymyślałyśmy, pisałyśmy, kleiłyśmy, Wikary spał, dziewczyny jeszcze grały na jego gitarze, ale w końcu poszłyśmy spać.

Następnego dnia zwlokłyśmy się z podłogi nieco później niż było w planach, zjadłyśmy śniadanie, poszłyśmy do sklepu po materiał na drugą fakturę, porcję lodów, coli i picia na trasę oraz tofifee dla Wikarego. Droga powrotna była o wiele krósza :). Byłyśmy przy obozowisku jakoś koło 16.00. Teoretycznie nie mogłyśmy do niego wejść przed 17.00, ale Magda poszła po Ankę i okazało się, że jeden zastęp już tam był, więc wbiłyśmy za przykładem. Nie pomyślałyśmy jednak, że skoro wracamy po obiedzie, to coś do jedzenia powinnyśmy sobie kupić. Gulasz angielski powędrował rano do skarbca Ramzesa, a w skrzyni pozostały resztki, z których po kilkunastu minutach udało nam się wykombinować co najmniej 3 zestawy obiadowe. Do każdego jednak były potrzebne jagódki, więc Karo z Agą mogły pożytecznie spożytkować swoją predylekcję w kierunku zbieractwa. Ja porządkowałam skrzynię z jedzeniem, bo kiedy byłyśmy na explo, obozowisko odwiedził Sanepid i po powrocie Magda zebrała za nas wszystkie niezły ochrzan. Teraz razem z Anką kończyły kronikę, a Ala, Karolina i Aga zbierały. Patrzę sobie ci ja na zegarek – za jakiś kwadrans zaczyna się okres postu eucharystycznego, więc i tak nie zdążymy nic ugotować. Zawołałam dziewczyny i zjadłyśmy kanapki. Później msza, kolacja i świeczysko w namiocie Koszatki, okazało się, że Marysia wyjeżdża następnego dnia.

I znów chyba tej nocy miała wartę Aga i podchodziła obóz 1DW. Nam ich podchodzić nie wolno, “Komendant obozu nie wyrazą zgody”, a u nas Tere się zgodziła. Aga z Anitą zrobiły alarm, z tym że obudziła się tylko Julka. Poza tym, choć to już osobiście, obudziły Magdę. W akcji ostatecznie była chyba jeszcze Domi, ale tego nie pamiętam, nie wiem i nie stwierdzam. Siedzieli sobie przy kuchenkach, w jagódkach “jakby chcieli, a nie mogli”. Masztów nie zdobyli, ale porozrzucali nam w obozowisku zaostrzone żerdki z prawie całą nazwą zastępu Muflon :).

Dobra, post stanowi w miarę zamkniętą całość, więc wrzucę i resztę będę wklepywać jutro, chyba już do końca. Pragnę zwrócić uwagę, że to co wpisałam dziś, to jedynie 1/3 rękopisu… 🙂 Spoko, jeszcze będzie co czytać :P.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: