“Przy innym ogniu, w inną noc,do zobaczenia znów”

W sobotę Olimpiada Sportowa, zaczęła się tak, że każdy miał zrobić dla siebie porządny miecz i po 1 łuku na zastęp. Pomijam, że z naszego jednego wyszły 3 i wszystkie przedwcześnie zakończyły żywot. Najpierw rozegrała się konkurencja ctr + c, ctr + v z podsumowania Owcy, czyli bitwa na miecze i balony, ale ponieważ krew się lała, Emilka bój przerwała. Przed tym zebrałyśmy się do kupy i spontanicznie z hasłem „Jest Moc” uniosłyśmy miecze. Moc była :). Potem przyszedł czas na chusty na koniach, rzut beretem do celu i szyszkami do beretu. Jeszcze później biegi na tle historyjki rodem z pałacu królewskiego, następnie nastąpiła przerwa na obiad. Dalej bieg sprawnościowy, 2 ognie i siatkówka. Tak zakończyła się Olimpiada i z planów obozowych pozostała jeszcze tylko Wielka Gra. Póki co jednak czekała nas niedziela i kolejny przemarsz do Czarnej.

Dotarłyśmy, mszę odbyłyśmy i to wszystko nawet razem z Joanną M., poprzednią drużynową 2DW, która później goniła za nami z radiem :). Ale co by nie mówić i tak w Sanktuarium najlepszy był OBRAZ. Msza się zaczynała, księża i wierni klęczeli przed malowidłem. Włączała się muzyka, trąby trąbiły jakąś melodię, podświetlony kawałek materiału falował imitując płomień i wszyscy trwali na modlitwie i kontemplacji, bo odsłaniała się treść właściwa, znaczy wizerunek Matki Bożej. No właśnie – wg. idei…

Po mszy wróciłyśmy do obozu, zjadłyśmy obiad, planów na resztę dnia nie było, co było o tyle podejrzane, że zostało nam o wiele za dużo wolnego czasu. Niedługo potem jednak w naszym obozowisku pojawił się kupiec. Nie mam pojęcia, jaka jest od tego żeńska forma, bo przekupka tak mi jakoś nie pasuje, w każdym razie Tereska. Miała zaklęcia do sprzedania, ale my nie miałyśmy pieniędzy. Chwila, chwila, jest nadzieja, mamy jej zrobić własnoręcznie coś ładnego. No to do dzieła à łódeczki, czapeczki, biżuteria, dzwoneczki na drzwi… Magda wyplatała jej nawet półeczkę. Z tym że patent był o tyle dziwny, że na początku za jedną rzecz dostawałyśmy jedno zaklęcie, przynosiłyśmy z 10, kupiec wybierała 3-4, a zaklęcia dawała ze 2, przy czym resztę przedmiotów dostawała od nas w formie gratis. Dałyśmy jej sporo rzeczy, ale wciąż nie była zachwycona, no to wyciągam zza pleców żelazną rezerwę, jaką był na ten moment krzyżyk. Stwierdziła, że w sumie ok., zaklęcia dała, ale gdyby tak był sztylet… Na wypadek, gdyby zapomniała, jak wygląda renifer, dostała od nas słodziutką szyszkę z rogami ;]. Renifera przypominało to w założeniu i teorii, ale słodkie było 😛 :P.

Poza tym jeszcze miseczka, podstawka pod kubek… Oj, sporo żeśmy wyprodukowały. Stwierdziłyśmy jednak, że skoro kurs walut jest niestandardowy, to zrobimy rzeczy dużo i zaniesiemy na raty. Po naszym pierwszym kursie Tere wróciła do namiotu.

Tego wieczora szłyśmy jeszcze na ognisko do chłopców, do 1DW. Temat scenek – cyrk. Początkowo miałyśmy scenkę przygotowywać z Chartem, ale tak wyszło, że nie wyszło. One miały próbować dostać się do cyrku jako magicy, my jako klauni. W sumie one zrobiły kolejne przedstawienie z cyklu „Przychodzi Kangur do Baby Jagi”, a my casting z udziałem publiczności. Wyszło średnio, a Hania do końca obozu miała ochotę Ankę zadźgać :P.

Jeden z chłopaków (no tak, w sumie u mnie wszyscy są anonimowi, oprócz Julka, Tomka, Jasia i Marka, bo ich to nawet taka sierota jak ja kojarzy 🙂 i oczywiście oprócz Witka ochrzczonego wcześniej Wiktorem, ale to już nie bajka 1DW) robił fenomenalne magiczne sztuczki :P. Po prostu Copperfield by się mógł uczyć, mistrz jak zawsze tylko jeden (hm… zupełnie jak w przypadku ciętych ripo 😛 ). Na ognisku były z nami i Łomianki. Wracałyśmy autem, część z Księdzem, część z kim innym. Basia (już mi się imion wymyślać nie chce, a całkiem możliwe, że od września przywrócę normalne) zgubiła beret, Domi komórkę, ktośtam jeszcze latarkę. Znalazło się wszystko, Domi za odnaleziony telefon dziękowała Julkowi, który z jego odnalezieniem miał chyba jednak niewiele wspólnego, ale cóż…

Rano zabrakło tak istotnego elementu, jakim była pobudka. Wielka gra w sumie, czas samemu się ogarnąć. Nam się udało kawałek przed 9.00. Zjadłyśmy śniadanie, usiłując odszyfrować fabułę, która była okrutnie pokręcona. Nikt nie mógł tego ogarnąć, a po dłuższej chwili naszych bezproduktywnych rozmyślań, na placu apelowym pojawiła się komenda (znaczy Marta, Tere i ksiądz, bo Emilka już nas opuściła). Biedni stali jak… zaczarowani. No tak, obóz się skończył, era sucharów trwa… W każdym razie wystarczyło do nich podejść i już odżywali. No abrakadabra po prostu. Ale żeby nie było za łatwo,  to mamy zrobić scenkę z jakimś zupełnie abstrakcyjnym słowem (tak nawiasem, to sprawdziłam i słownik PWN czegoś takiego jak Prota—-ncja nie uznaje). Sarna pytała dzieci w szkole, Chart powrócił do Kangura, a my nazwałyśmy pieska. Po poprzedniej grze, kiedy nikt nie mógł niczego znaleźć, komenda obiecała, że punkty będą w miejscach bardziej oczywistych. Z Chartem zawarłyśmy nieoficjalny sojusz, tak że nasze zaklęcia groziły już tylko i wyłącznie Sarence.

Dotarłyśmy na pierwszy punkt, gdzie karteczki za 100 kg Ferrum i oryginału Dictatus Papae z XII w. odcyfrować nie mogłyśmy. Chart też nie, ani ZHR, który szedł w przeciwną stronę (aczkolwiek gdyby był z nimi Staś, to by im wszystko genialnie wyszło 🙂 ). Dziwaczne, nie wiadomo do czego potrzebne kartony zostawiłyśmy same sobie i poleciałyśmy dalej. W sumie optem Chart ogarnął, a jak się okazało, że to możliwe, to my też i to było masakrycznie proste. A jakie zadanie? Mamy mieć tarcze i zbroje, a tekstu 3.  kartki nie ogarnęłyśmy. No to wracamy do kartonów, a czas się kończy. W obozie wysłannik Króla Artura pod postacią Marty szuka rycerzy, ale nikt się nie nadaje… No to wszyscy w te pędy robić zbroje. Powyciągałyśmy ze śmieci butelki, ze skrzyni kartony po mleku i zbroje niedługo były gotowe. Jedna osoba z zastępu miała udowodnić, że umiemy walczyć. Poszła Anka, z moim mieczem, który wydawał mi się tak solidny, że przecież na pewno nic mu się nie stanie… Powiem tak: po chwili (intensywnej walki! 🙂 ) połowa mieczyka wyleciała w powietrze.

Oddałyśmy Marcie listę naszych drogowskazów życiowych, czyli wartości, jakimi się kierujemy jako rycerze, później czekała nas msza z ZHR-em i ich wybitnym bębnem („Łaska Twoja, Panie”… 😛 ), a potem dalej Wielka Gra, co ja mówię potem… Wielka Gra trwa! ;D. Tym razem punktów nieoficjalnie wiadomo, że 20, porozsiewanych po zaznaczonym terenie. Tylko musimy uważać na Morgan, bo Morgan w życiu ludziom bruździ i rzuca brzydkie zaklęcia. Przez nią Aga z Karo musiały 10 minut skakać na jednej nodze, a my wszystkie chodzić tyłem. W sumie Aga z Karo i Alą szukały punktów, a my 3 wysilałyśmy się umysłowo. Potem i tak wszystko się odwróciło, bo przecież bez Alicji i Karoliny nie wymyśliłybyśmy przecież tego Zdrowaś Mario w wersji łacińskiej :). Później powrót do obozu, Hiszpański Bełt i ciąg dalszy zmagań. Miasto opanowała zaraza, uciekajcie jak najszybciej. A, nie, moment, musicie jeszcze uratować Ginewrę, która biedna zamknięta na wieży.

Ponieważ przed obiadem lało, komenda obiecała, że w tym roku szałasu nie będzie. Skoro i tak wszystko mamy mokre, to po co moczyć bardziej. Nie no, miodzie „Serduszka mają” :). Hehe, moment. Wychodzimy z małymi plecaczkami, a Teresa nie widzi naszych bagaży…

Parafrazując Jeremiego Przyborę „Moja komenda nie ma serduszka”?. O jejku, już nawet kuzynka mnie strofuje, że do wszystkiego znajduję piosenkę, chociaż do tej pory był to głównie SDM. Z nastawieniem dziwnym leciałyśmy więc pod ambonkę, którą poznałyśmy w niedzielę. Marta „uwięziona” na drabince nadaje Morsem. Prawie jak w pełnej wersji „Hiszpańskiej Inkwizycji” Monty Pythona, tylko tam był semafor i nie Król Artur. W każdym razie plakat informujący o poszukiwaniach Świętego Graala – raz! Skończyłyśmy, dostałyśmy kolację, idziemy dalej. Co prawda trochę bardzo naokoło, ale przynajmniej porozmawiałyśmy sobie z miniętym Chartem. Podobno potrzebne nam już tylko łopatki i będziemy się bawić w grabarzy. Ok., idziemy do punktu, gdzie kolejny Wysłannik Króla Artura w bólach nieziemskich wije się po ziemi. Dobra, bez przesady, ale trzeba przyznać, że wzbudziło to wizualizację. Tereska oberwała strzałą. I to tak, że w sumie nie wiadomo, czy w ramię, czy w klatkę piersiową. Czysta logika nakazuje NIE wyciągać i… czyżby zawieźć na pogotowie? Znajdźcie mi pogotowie w średniowieczu, to wtedy sobie pogadamy. Może jaki zielarz, czy cyrulik, ale skoro zielarzy czy cyrulik, to dlaczego nie my? Tak głowiłyśmy się niezłą chwilę. Tere na przemian mdlała, jęczała i strzałę sobie wyrywała. Anka – nasz master od pierwszej pomocy jakoś zgrabnie to zabandażowała i usztywniła, po czym Tereska spytała, czy to już koniec. Zapytała i to był błąd. Ułamek sekundy później już nie żyła. Kiedy odżyła (znów abrakadabra), okazało się, że nocujemy w Czarnej na plebanii. Doszłyśmy, Sanktuarium jest, to teraz trzeba by znaleźć księdza gospodarza. Zanim jednak to nam się udało, znalazł nas Chart. Nabożeństwo co trwa, to jeszcze trwać będzie, a domofon od pół godziny jakby nie działał. Myśmy zaczęły pod balkonem śpiewać Majkę, ksiądz jakby tego zdzierżyć nie mógł, od razu na balkon wyszedł i nas chwilę potem wpuścił. A tam czekała już Sarna.

Czy ktoś może mi wyjaśnić, skąd miały szampon i ręczniczek i wszystko? Bo do tej pory pojąć nie jestem w stanie, że myśmy się włóczyły z plandekami, a one z kosmetyczką.

Pobudka, dobry uczynek w postaci posprzątania względnie terenu wokół sklepu, zakup śniadania i wymarsz. Pani z jeziora (znów Marta) czekała na nas z właściwą dla nas przeznaczoną poranną porcją kalorii i mapą (znaczy punktem, który na niej zaznaczyła). Wędrujemy od punktu do punktu, na każdym mapa i następny cel do skopiowania. Jak mapy nie znajdziemy (znaczy punktu) – cóż – peszek.

Pierwszy był w sumie do odnalezienia prosty, drugi ta sama sytuacja, z kolejnymi była zabawa. Udało się, ale i aczkolwiek. Później miałyśmy do wyboru. Iść wioseczkami jakieś 15 km lub też mniej – klucząc lasem. Szłyśmy na azymut, ale w pewnym momencie stwierdziłyśmy, ze pora zacząć zostawiać za sobą sznurek, żeby nie zgubić się tak całkiem. Anka zaczęła ogrzewać sobie ręce zapałkami. Myśmy miały kurtki, ale biedna Ala…

Znalazłyśmy Charta, bądź, jak kto woli, Chart znalazł nas. Wyszłyśmy z lasu na szczęście dość szybko. Następny punkt, jeszcze następny i finalny, z tym że w drodze Agnieszka z Karo zostały daleeko za nami. Szło gorzej niż na Expo xD. My w każdym razie odnalazłyśmy Smoka. Smok kazał pokonać się fortelem, więc śpiewałyśmy mu smoczą kołysankę. Poczwara się wzruszyła, dała nam jabłka i wysłała do obozu na obiad. Tym razem makaron z owocami na słodko. Nie zdążyłyśmy zjeść do końca i przyszedł do nas Merlin – Ania, jedna z dziewczyn od Księdza z Maciejówki (na początku była jeszcze Ala, ale teraz była Ania 😉 ). Zagadkę matematyczną rozwiązałyśmy i wróciłyśmy do miszcza. Miszcz wysłał nas na pomoc Pani z jeziora, którą ktoś z wody wyrzucił i zostawił na brzegu. Doszłyśmy, wodą oblałyśmy i dostałyśmy zaklęcie, które miało pozbawić mocy Morgan le Fay. Co prawda nieco niegramatyczne i niepoprawne, ale co tam, przecież są wakacje, od poprafność morzna wziąść órlop. Przyrodnią, wyrodną siostrzyczkę Króla też udało nam się odnaleźć. Podeszłyśmy na bezpieczną odległość i mocy Morgan już nie miała. Przyłączam się jednak do zdania Karo, była taka słodka, kiedy udawała smutną, że się jej robiło szkoda. Koniec końców dowiedziałyśmy się, że Artur chce się z nami spotkać, toteż ruszyłyśmy w drogę powrotną do obozowiska. Artur siedział w namiocie i polecił nam zrobić okrągły stół. Piła nieużywana od pionierki znowu poszła w ruch i mogła cieszyć się smakiem żerdek. Stół sklejony plasteliną i z zielono-fioletową posadzką wyszedł całkiem niebrzydki. Później msza i wydawałoby się, że zmagań koniec. Ale bez żadnego nocnego alarmu? Coś tu nie gra…

Zanim jednak poszłyśmy spać, czekało nas ognisko. Jakoś żaden zastęp nie miał stosu, przychodzimy, ogień się nie pali. No cóż, mokro było, może się biednej komendzie nie udało… Zaśpiewałyśmy „Płonie Ognisko”, Ksiądz dla efektu wrzucił w zwyczajowe miejsce ognia swoją czołówkę. Później kazali nam zawiązać sobie oczy chustą i poobracać się trochę wokół własnej osi. Potem pogrupowali nas w wężyki i prowadzili przez las… Marta musiała co chwilę mnie i Ninę korygować, bo walnęłybyśmy w drzewo. Koniec końców doszłyśmy jednak do ogniska. Zostało rozpalone, Asia i jakiś inny harcerz (no bo wylądowałyśmy u ZHR-u) zostali mianowani strażnikami ognia. U nas takiego zwyczaju nie ma, ale przedstawiciel innej organizacji po każdej dostawie drewna, salutował do ogniska. Były sobie scenki – pierwotnie naszą miały przygotować i przedstawić Karo, Ala i Aga, bo my ślęczałyśmy nad zadaniami. Ostatecznie Karolina chyba odmówiła udziału, bo zagrała tylko Ala i Agnieszka., a scenka trwała może 30 sekund. Kurczę, no, było świetnie. Żywo przede wszystkim. Zdecydowanie żywiej niż z 1DW. Co prawda śpiewałyśmy raz my, raz oni, bo wspólnych piosenek znaliśmy mało. Była gawęda, która troszkę przypominała mi nasze błąkanie się po lesie, a zapowiedzi – z historią 🙂 (okrzyk Pani z Sanepidu „Beatka, protokoły! Beatka, nic z tego nie będzie!” kiedy protokoły wpadły do błota). Ognisko co prawda się skończyło, ale chwilę jeszcze staliśmy przy ogniu, bo po prostu było cieplej. Trzeba było jednak wracać, chłopcy pożegnali nas po raz 2. już cudną piosenką i spać się udałyśmy. Ale co stać się musiało, to się stało – alarm o godzinie 1.40. Wiadomo, gdzie jest Święty Graal, tylko musimy go odnaleźć. Sprawa prosta, kielich jest przy ognisku, poza obozowiskiem, jest tylko jeden warunek: jego strażnicy nie mogą nas zauważyć. Podeszłyśmy bardzo blisko, ale wędrówka lasem to nie był zbyt dobry pomysł… Chart był pierwszy. Wróciłyśmy do namiotu, rozgrzane po pajacykach i późniejszych poszukiwaniach, śpiąc, czekałyśmy poranka. Pobudka miała być wyjątkowo później. Ostatnia noc na pryczach… Smutne, bo już tego samego dnia czekała nas demolka. Ten taki strasznie ładny stół Koszatki poszedł w zapomnienie, tak samo nasza półeczka i ławeczka i ta na buty i platforma… i stół, choć w tym przypadku nawet Ksiądz jednej żerdki nie mógł wyciągnąć. I jeszcze rozrąbywanie naszej kaplicy i ogólnoużytkowej kaplicy, ale ogólnoużytkowa całościowo dopiero w czwartek po mszy, na razie wszystko oprócz ołtarza i górującej nad nim plandeki. W międzyczasie, claro, pakowanie, czyli wbijanie biednych mokrych rzeczy do plecaka…

Przy obiedzie Magdalena podzieliła się informacją o swoich planach na przyszłość z całym zastępem… Później zaczał się Sąd Honorowy i biedne zastępowe z Tere, Martą i Księdzem poszły dysputować. Przerwa na mszę i poszły dysputować dalej, a także wysłuchiwać 20 razy tych samych zeznań. Przedtem jeszcze radosna gromadka kolejna siadała sobie z Księdzem w samochodzie, a on podpisywał zadania, bo się wszyscy pod koniec obozu obudzili :). Kiedy zaczęły zapraszać ludzi, robiło się powoli ciemno. Po kolei wróciły zapłakane Anita, Nina, ja, Anka, dołączyła do nas i Karolina. Zrobił się po prostu fenomenalny nastrój. Głos przewodzący miały kandydatki na zastępowe, nagromadzenie emocji osiągnęło apogeum, więc w sumie powody tego płaczu były różne, . Część jednak na pewno była przeplatana czarną i pesymistyczną myślą „Może już nigdy nie zobaczę mojej zastępowej” (jak to miło, że takie prognozy da się bardzo łatwo rozwiać). W każdym razie zrobiło się już połowicznie spokojnie, zaczęłyśmy agapę w pełnej wersji. Przyszły ciastka, co najmniej kilku osobom kiełbaski powpadały do ognia, była sałatka owocowa i chłopcy z 1DW i naszego kochanego ZHR-u. i Wiktor :). Chłopaki wyszywały wstążeczki za konkurencje obozowe, a ZHR-u w sumie miało nie być, z tym że postanowili, że nas podejdą, bo po akcji z Graalem do nich poszła Domi z Basią (chłopcy wtedy stwierdzili, że dziewczyny przyszły w odwiedziny i nawet poszli po czekoladę 🙂 ) i tak jakoś zostali.Siedzieliśmy sobie, połowicznie śpiąc, Anita zachwycała się moim snem, a około 3.00 zwinęłyśmy się do namiotu, bo zaczęło padać. Ogólnie padało z przerwami cały dzień, ale do tej 3.00 dało nam spokój. Na rękach Anki, Niny, Anity i mojej widniały nasze numery telefonów. Jakoś w 8 – osobowym namiocie udało nam się upchnąć w 9 razem z plecakami, co uważam naprawdę za sukces, zważywszy na porę.

Rano pobudka, choć Tereska po 5 minutach braku życia pod tropikiem nawiedziła nas osobiście. Ogarnięcie rzeczy w miarę do końca – msza – Apel kończący, a na nim:

Zastępową Sarny zostanie Basia, Charta Nina, a Renifera przejmie Anka. Od przyszłego roku Tere nie będzie drużynową. Kto będzie – tego nie wiemy.

 Stopień tropicielki przyznano Asi i  Marcie z Sarny, Ninie i Hani z Charta i mnie.

In perpetuum rei memoriam, wstążeczkę za pionierkę, olimpiadę, Explo i obóz otrzymała Sarna (oprócz tego kosmetyczki), my wygrałyśmy Wielką Grę (!!! 🙂 ) [dzięki temu mogę być na siebie wściekła tylko bardzo, a nie okrutnie, że po powrocie znalazłam w plecaku jeszcze Motory -.- …] i fabułę (oprócz tego portfele). Wstążeczki za Konkurs Kulinarny nie dostał nikt, dlatego że zostawiłyśmy po nim bałagan. Gdyby nie to, powędrowałaby do na :(. Nauczka na przyszłość i tyle, ale proroctwo Koko Koko się spełniło :).

Wracałyśmy znowu z 1DW, dojadając wszelkie resztki, śpiąc (w pewnym momencie drzemali chyba centralnie wszyscy oprócz kierowcy), wsłuchując się w deszcz, który nawalał w szyby z zatrważającą wręcz impertynencją i śpiewając. W okolicach 18.00 byłyśmy pod Rodziną, zupełnie jak 16 dni wcześniej…

Myślałam, że w autobusie utłukę Domi „Zaśpiewajmy „Hej Przyjaciele”. No przecież odchodzimy, Magda…”.

Potem, jak i nazajutrz, było rozpakowywanie sprzętu, ale ja zabrałam się już z Karoliną, jej tatą, jej bratem i moją mamą na drugi koniec miasta.  

Btw. Tereska nas osieroca, bo w drugim semestrze wyjeżdża na Erasmusa do Szwajcarii.

W sumie szkoda, że dopiero przy pożegnaniach uświadamiasz sobie z taką intensywnością, jak bardzo przywiązujesz się do ludzi. W aucie myślałam, że utłukę z kolei Karo. Jedziemy, „nostalgia mi za tobą wykrzywiła gębę” trwa w najlepsze, a Karolina mówi „Będę płakać za Madzią i za Tereską. Kto nam będzie opowiadał suchary?”. Po prostu lowe lowe.

Weszłam do mieszkania, weszłam pod prysznic, klnąc na siebie, bo numerów z Agapy nigdzie nie przepisałam… Później wyciągnęłam Monikę na plac zabaw :). Tam zadzwoniła do mnie Pat, więc obiecałam, że oddzwonię, jak już będę w domu. Około 21.30, po pół godziny rozmowy telefonicznej Patrycja stwierdziła, że właściwie to śpi i zdzwonimy się jutro. W sumie final. Było bardzo, bardzo super. Co prawda nie idealnie, bo do scysji kilku doszło, ale się zdarza. Oby tylko było coraz lepiej. Obóz przeleciał strasznie szybko. Z jednej strony miło znów żyć pośród wszystkiego na wyciągnięcie ręki, a z drugiej strony rzeczy, które tam stwarzały klimat, w mieście nie ma. Nie ma ognisk, codziennej mszy w kaplicy polowej, nie ma TYCH wszystkich ludzi :). Ale to wszystko wróci za niecałe 52 tygodnie :). I dobrze :P.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: