Te iré a buscar…

Wycieczki do Hiszpanii finał. Była całkiem całkiem bardzo udana, pomimo, ale o tym w trakcie. 4 osoby mają zachowanie naganne na semestr, Justyna, Gocha, ja i Olka robimy plakat na przeprosiny i z podziękowaniami, a w Veronie, z czekoladą, przepraszały nauczycieli kolejne 4 dziecięcia.

Sed ab ovo ad mala:

Z planowego wyjazdu o 18.00 trochę nici wyszły. Najpierw ludzie, którzy zbierali się jakoś od 17.00 z kawałkiem (kiedy wszyscy, łącznie z nauczycielami mieli być o 17.30), czekali na opiekunów, a potem razem z nimi na autokar, który czegoś zapomniał. Później, już razem z autobusem oczekiwaliśmy jeszcze policji, która miała pojazd sprawdzić, a chociaż wcześniej była już 3 razy, to z powodu braku obiektu, siłą rzeczy im się nie udało. W każdym razie razem z Justyną zajęłyśmy sobie miejsce tuż przy pierwszym rzędzie opiekunów, obok nas usiadł nie kto inny jak Daniel (ach, jakże mnie to uradowało -.- ale miał kolegów z tyłu, więc istniała szansa, że zostawi nas w spokoju i będzie się polewał z nich). Myślałyśmy, że tyle szczęścia na raz wystarczy, kiedy do Daniela poszedł i Adam.

Cała nocka w autokarze upłynęła w miarę spokojnie, z tym jednym wyjątkiem, że chłopcy, bo jakże by inaczej, czepiając się słówek cytowali Justynkę ponad 100 razy (tak, to była takie natrętne, że aż zaczęłyśmy liczyć, a zajęło im to niecałą godzinę).

W każdym razie następnego dnia w godzinach wieczornych dotarliśmy do Avignon i mózgi nasze wyścieliła pierwsza porcja wiadomości rodem z przewodnika.

Tam dostaliśmy trochę czasu wolnego i dzieci rozbiegły się szukać lodów, pocztówek, toalety i McDonalda. Później, po przyklaskiwaniu siedzącemu przy Pałacu papieskim gitarowemu grajkowi, kierując się GPS-em pana Nowonowo, klucząc po parku, ulicach i wszystkim innym dziwnym (przechodzenie przez tory i 2 dzikie kupy śmieci) dotarliśmy do hotelu F1, gdzie spędziliśmy noc. Opuściliśmy go około 6.00 rano.

W poniedziałek mieliśmy dotrzeć do schroniska na obiadokolację. Wcześniej jednak po drodze zwiedzanie Carcassonne i San Sebastian. Zwiedzanie San Sebastian polegało na spacerze, czy też przelocie przez ten cudowny kurort, ale zobaczyliśmy Ocean ;P. Zamek w Carcassonne obeszliśmy, w kościele, czy też klasztorze, bo prawdę mówiąc nie mam pojęcia co to właściwie było, Justyna odnalazła pewną konkretną rzeźbę św. Joanny d’Arc, którą zobaczyła w książce i od tego momentu chciała ujrzeć, że tak to ujmę, na żywo. Poza tym razem z Gochą i Szymonem kupiliśmy sobie takie faj… nie, stop! nie fajne, muszę się tego paskudnego kolokwializmu pozbyć, bo nadużywam. No więc kupiliśmy sobie lizaki, do wyboru były najróżniejsze smaki (owocowe najlepsze), które widziałam po raz pierwszy w życiu w Strasburgu, kiedy wracaliśmy z wymiany. Szymon poszedł potem z Justyną po miecz, a ja z Gośką po pocztówki. Po raz pierwszy w manii ich kupowania nie byłam sama, a kolekcja rośnie :).

Zanim wyładowaliśmy plecaki, poszliśmy w schronisku na stołówkę. Zjedliśmy sobie spaghetti, wszyscy się niemiłosiernie darli, a traf chciał, że razem z Justyną, Gochą i Paulą miałyśmy stolik przy kadrze. Siłą rzeczy zachowywałyśmy się cichutko i grzecznie, w wyniku czego został nam w miarę możliwości obiecany pokój z łazienką.
Nie udało się, bo dla dziewczyn zostały same bezłazienkowe 4-ki, ale za to mogłyśmy wybrać później pokój w Santa Susanna. Według planu miałyśmy być we 3, ale ze względów bezpieczeństwa Julka z Xenią dobrały sobie drugą parę, a my zagarnęłyśmy, praktycznie do końca wycieczki, Paulę.  Zapomniałabym dodać, że lekkie cyrki były z łazienkami. Jedną damską zawłaszczył sobie szerszeń, później zginął z rąk pana Nowonowo, a w tym czasie dziewczyny mogły myć się w męskiej. Na dole co prawda była mega umywalnie, co chyba 18 kabin miała, ale nijak było można w niej zapalić  światło. Kolejny szerszeń w stołówce, kolejny, półżywy na schodach, inny w pokoju Julki i Xeni, którego Michał zabił kapciem.

Na wtorek zaplanowane było zwiedzanie Altamiry i muzeum Gugenheima w Bilbao. Całkiem rano byliśmy jeszcze na targu w naszej cudownej mieścince. Owocki, hiszpańskie pomarańcze, nektarynki, etc. Później dopiero ruszyliśmy autokarem, pech chciał jednak (chociaż czy ja wiem, czy pech?) że zamiast do Altamiry, dotarliśmy autokarem wysoko w Picos de Europa. Widoki były obłędne, przez chwilę centralnie na nas szły dwa konie, potem jednak zrewidowały swoje poglądy, twierdząc, że maszyny się jednak boją. Altamira została przełożona na dzień następny, autokar nawrócił, odnaleźliśmy się i dalejże do Bilbao.

Tam nauczyciele zabrali nas do pizzerii. Na szczęście Justyna miała niezbędnik, bo uwierzcie, że ciężko podzielić mniej więcej równo 8 kawałków pizzy na 6 osób :P. No i zwiedziwszy muzeum – lu do Espinosy i spać.

Tego, albo poprzedniego dnia rano pojawiły się już pierwsze klauzulki “Zdaję sobie sprawę, że złamałem regulamin, bo… co będzie skutkować wystawieniem oceny nagannej z zachowania”. No dobra, jak Marysia siedziała u Sida do 3 w nocy, to faktycznie regulamin złamali, nie da się ukryć. I to jeszcze siedzieli na jednym łóżku. Straszne i karygodne, gdyby nie godzina, można by im darować -.-.

Dalej Cueva de las Ermitas i Altamira. To to pierwsze, to wydrążone przez wodę w wapieniu jaskinie, to to drugie, to dokładna kopia malowideł prehistorycznych. Całkiem całkiem w tym wapieniu, zwłaszcza jedna z 18 kapliczek San Tirso i San Bernabé. Urokliwe miejsce, ludzie nawet przyjeżdżają tam, żeby brać ślub (kiedy stwierdziłam, że też pojadę, Justyna kazała mi już, teraz, zaraz, zaprosić Gochę na wesele). Muzeum Altamiry przygotowali dość nowocześnie, hologramy jaskiniowców chodziły polować, ze słuchawki przywieszonej przy ekspozycji odzywał się przewodnik. Jedynym minusem było to, że słyszało się na raz

  • Przewodnika własnej grupy
  • Przewodnika następnej grupy
  • Przewodnika poprzedniej grupy
  • Muzykę z ekspozycji oglądanej przez poprzednią grupę

Jak się jest w swoim języku, to chyba nie robi wielkiego wrażenia, ale w obcym trochę przeszkadza.

A w sklepie był pancernik. To zdanie starcza za wszystko. Pluszowy. Śliczny. Xenia też się w nim zakochała, a Julka nie mogła nas ogarnąć, jak zaczęłyśmy gadać, że lubimy oglądać mini-mini. W każdym razie nazywa się Tosiek, chociaż pierwotnie był Antek. Został już kilka razy porwany przez Baśkę i Olkę, z tym że Basia zawsze mi go po jakimś czasie oddawała jako spóźniony prezent na urodziny. Xenia, ponieważ kochała go jak ja i była z tymi dwiema w pokoju pomagała mi go odnaleźć i dostała plakietkę Honorowego Przyjaciela Tośka. Paula im go raz wydała… Zdrajczyni jedna. Ale Tosiu się przydał. Justyna miała doła – idealny Tosio, ja- to samo. No i przydał się jeszcze pewnego feralnego wieczora…

Gocha z Paulą złapały fazę i w łazience perfektów kilka dni wcześniej warzyły Felix Felicis. Pozdrawiam, że potem go piły, a był pewnie z odżywki do włosów i mydła oraz resztek zmywacza do paznokci bardzo smaczny. Do stołówki zeszły w nitkach niewidkach, a także innych, pozwalających przechodzić przez ściany. W środę natomiast odprawiały rytuał deszczu – ponieważ w czwartek czekało nas chodzenie po szlakach turystycznych.

Obudziłyśmy się, wyjrzałam przez okno. Już chciałam dziewczyny zmartwić, że ich zaklinacze na nic się zdały, bo niebo czyste. Stanęłam jednak i popatrzyłam jeszcze raz. Przez calutki nieboskłon przebiegała tęcza. A jak przebiegała tęcza, to znaczyło, że i pada, co zauważyłyśmy za chwilę. Wędrowaliśmy w mżawce, po drodze rąbaliśmy dzikie jeżyny, a tęcze, które było widać w górach z pagórków były naprawdę strasznie piękne.

Po obiedzie też szlakiem do centrum, tam mogliśmy zrobić zakupy. Naszej zapakowanej do wspólnego pokoju czwórce, od połowy wyjazdu pomysł po głowie chodził, co by pocztówkę do wychowawczyni wysłać. Problem tylko, bo do centrum dotarliśmy w porze siesty. Pocztówki wystarczy kupić, mamy adres i długopis, a budynek poczty jak znalazł, tylko zamknięty. Nadmienię tylko, że kupiłam 2 pyszne czekolady i sok pomarańczowy. Zostawiwszy je na ławce z Justyną i Paulą, poszłam zapytać chwilę wcześniej poznanego pana, czy przypadkiem posiada wiedzę, kiedy poczta się otwiera. Niezbyt pozytywnie, bo okazało się, że jutro. Wróciłam do dziewczyn i co widzę? czekolady otwarte, a dzieci z miną niewinną siedzą na ławce (to miała być parafraza Pawła i Gawła :P). Myślałam, że zatłukę, bo nawet nie raczyły zapytać, tylko tak o po prostu dobrały się do moich zakupów i nie widziały najmniejszego powodu, żeby mnie za cokolwiek przeprosić. Justynka przeprosiła, jak uświadomiłam dzieciom w pokoju, że jedną zamkniętą chciałam wziąć do Polski.

Przed kolacją dostaliśmy znów czas wolny i piłki. Chłopaki poszły grać w nogę, zebrało się kilka osób do siatki, a Basia z Olką grały w badmintona z panią Wrońską i Wyciach. Potem zebraliśmy się na stołówce. Żeby nie było, że wyjazd wakacyjny, czekały nas zadania z polskiego, matematyki i hiszpańskiego. Opis jednego z obrazów z Bilbao, zadania z wzorami skróconego mnożenia o tak uroczym charakterze, że kiedy jeden przykład robiło 5 osób, każdej wychodził inny wynik i tłumaczenie tekstu o obszarze, na którym mieszkaliśmy. A ponieważ stołówka dalej się darła w najlepsze, pani Wyciach dołożyła nam tłumaczenie powiedzonek z motywem natury i o przesłaniu mocno ekologicznym, wywieszonych tamże.

Poleciałyśmy z Gochą do łazienki Perfektów i zrobiłyśmy Polski i matmę szybko i w spokoju (na stołówce, jak się nietrudno domyślić, spokoju nie było). Nasze zadanie było bodajże 6., sprawdzając innym zrobiłyśmy wszystkie (znaczy jeszcze 4. i 5.).

A rano wyjazd w kierunku Barcelony, ze zwiedzaniem Zaragozy po drodze.  Jedziemy sobie, jedziemy, radośnie mijamy Bilbao i radośnie zatrzymujemy się na stacji, gdzie równie radośnie jak my z radosnego auta wojskowego wyskakują radosne ludki z karabinami. W sumie hiszpański znamy, Michał ma słownik, tak więc on, Gocha, Jeszczektoś poszli ze mną, której do głowy wpadło dowiedzieć się od zbrojnych, od czego oni właściwie są, ładnie wyglądać. Okazało się, że transport, a gadaliśmy z samym oficerem :).

Później kto chciał, otrzymał od p.Wrońskiej zestaw samopomocy dla głodu matematyki – kakuro, sudoku, zadania logiczne i stricte matematyczne…

W Zaragozie niby czas wolny, ale Bazylika, informacja turystyczna i nakaz zebrania informacji (wzięłyśmy informator i Paula, która miała okazję kilka lat mieszkać w Anglii nam go genialnie przetłumaczyła :D).  Zdążyłyśmy, kupiłyśmy pocztówki z ambitnym zamiarem wypisania ich i kupienia znaczków tegoż samego dnia. Ale w planie nie było obiadu, a czas, który dostałyśmy, był i po to, by go zjeść, poszłyśmy do Maca. Potem ja goniłam do katedry, bo bardzo chciałam ją zobaczyć i sama <hehe, jaka to ja, prawda, niegrzeczna -.-> szłam potem na zbiórkę. Ale kościół śliczny, jak dla mnie zaraz po katedrze w Toledo :D.

W porównaniu do skromnych posiłków <zwłaszcza śniadanek, na które było czasami po prostu opakowanie herbatników na łebka>, to kolacja, na którą zdążyliśmy w hotelu była długo wyczekiwanym dobrem. W sumie ludzie z całej Europy zlatują tam na wczasy, tak że hotel musi być przygotowany na wszystko (pomijam fakt, że zawala mu się sufit :P). Teoretycznie Paula miała już być z Xenią i Julką, ale my 3 dostałyśmy pokój 4-osobowy, więc z przekwaterowaniem P. nie było problemu.

Genialne ludzie nie chcieli wybrać się na Mont Serrat, więc od następnego dnia czekał nas dwudniowy podbój Barcelony. Na pierwszy ogień poszła twórczość Gaudiego – Sagrada Familia, Casa Mila, Casa Batllo, a potem swobodny spacerek po Rambli. Dobra, nie do końca, bo musieliśmy znaleźć Katedrę św. Eulalii, Plaza Real i Mercado. Podczas kiedy razem z Gochą usiłowałyśmy znaleźć na mapie nas i wyżej wymienione obiekty, Paula z Justyną zdążyły nam się 2 razy zgubić. My leciałyśmy do informacji, one oglądały pamiątki itd. itp., myśmy się na nie wściekały, więc w końcu Gośka stwierdziła, że skoro my chcemy zobaczyć te rzeczy, a one tak nie pałają entuzjazmem, to mogą się od nas odłączyć. Co prawda zdjęcie pod zabytkiem miała mieć cała grupa, ale stokrotka z tym, dziewczyny poszły… Doszłyśmy do Katedry. Wszystko w porządku, tylko wejście płatne. Upewniłyśmy się, że budynek właściwy, a że wejść się nie da, to odeszłyśmy, sprzedając informacje o zaistniałej sytuacji innym. Problem tylko taki, że miałyśmy się dowiedzieć, jakie są wewnątrz zwierzątka, ile ich jest i co symbolizuje ich kolor, postanowiłyśmy spróbować szczęścia w informacji. Facet był bardzo miły i ogarnięty, ale na pytanie o zwierzęta w katedrze oczy zwiększyły mu się do 9 potęgi… Dalej czekał nas mercado – taki sobie targ z owockami, świeżymi sokami i wszystkim co targowe. Dotarłyśmy, na widok stoiska z zimnymi sokami i owocami (zwłaszcza, że biedne dzieci znowu bez obiadu) tym razem nam oczki zaświeciły blaskiem pożądania. Na dowód dla pani Wyciach zrobiłyśmy fotkę i zdecydowałyśmy się powrócić tam w najbliższej przyszłości, jak tylko skończymy z Plaza Real.

Mercado powinien nazywać się targiem życzeń, albo przychodź – wychodź (ach, ten HP), bo kiedy zaspokoiłyśmy pierwsze pragnienie, za Chiny nie mogłyśmy tam trafić po raz drugi. W końcu zlitowała się nad nami jakaś Polka i wychyliwszy głowę z restauracji udzieliła nam potrzebnych wskazówek. Postanowiłyśmy zaszaleć i zapoznać się z kulturą, kupiłyśmy sobie w ciemno 2 owocki (przy jednym zapytałam, czy to czasem nie jest warzywo -,-), jeszcze jeden zimny, przepyszny sok i po sałatce owocowej (dalej obstaję przy tym, że nie mam pojęcia, jak się je kokos)…

Nie miałyśmy zbyt dużo czasu na zakupy na Rambli, bo w nieubłaganym czasie zbliżała się godzina zbiórki. Ponieważ w Barcelonie pozostał nam nadprogramowy dzień, mieliśmy <chociaż za własne pieniądze> zwiedzić Camp Nou. Ponad połowa się zbuntowała, że mało czasu i chce pamiątki pokupować, więc Pan Nowonowo zabrał ze sobą grupkę bodajże 18 osób, resztę z nauczycielkami zostawiając przy Kolumbie. W sumie nie miałam pojęcia, na co się zdecydować, ale kiedy stałam w grupie tych, co mają zamiar przez najbliższe godziny łazić po stoiskach i nie zobaczyć największego stadionu w Europie, to jakoś mi się żal robiło. Podliczyłam budżet, a potem już było za późno, żeby zrezygnować. Ale muszę przyznać, że nie żałuję. Szczerze mówiąc zależało mi głównie na stadionie i myślałam, że w muzeum padnę z nudów, ale muszę przyznać, że było całkiem ciekawie (taka na przykład koszulka piłkarska z początków XXw., albo rząd pucharów z notką o bombie, która zniszczyła resztę). Dziewczyny wybrały się aż 4, Gocha dostawała kociokwiku, na myśl, że w TEJ szatni i w TYM jacuzzi zwykle przebywa sam Messi (a Ewka kociokwiku dostałaby jeszcze większego). Aż mnie naszło na przemyślenia, jak to ludzie wielbią innych.

Domi chciała mieć zdjęcie z napisem na trybunach (Más que un club), ale dało się ując albo ją, albo napis (chociaż przy innych osobach ten problem nie występował). Siedziałyśmy na stanowiskach komentatorskich (jejku, jak stamtąd widać boisko !! 🙂 ) i siedzimy, siedzimy i nie dziwi nas, że wszystko rozumiemy… a z przywieszonego telewizora leciał sobie komentarz po polsku :). W drodze powrotnej Daniel z Adamem zmniejszali dystans uczeń – nauczyciel, opowiadając <znaczy Daniel> genialne i godne uwagi opowiastki w stylu “jak zostałem wędkarzem”. Opowiadał to matematyczce, a tak wprawnie liczył, że wyszło, że ma lat 18. Ale mówił stylowo 😛 “no więc cały mokry wyszedłem na ulicę, chcąc złapać autostop, pokazywałem samochodom bardzo wymowne znaki. Zatrzymał się pierwszy, kierowca jednak nawet nie raczył otworzyć okna i pokazując jeszcze bardziej wymowne znaki od razu odjechał. Następna była miła, starsza pani, która zatrzymała się i zapytała <<co>>”. No i jeszcze dowiedziałyśmy się, że plan kawału z Lasówki pierwotnie był inny. Daniel razem z Bartoszem i Adamem chcieli zrobić z siebie seksoholików – homoseksualistów, ale ostatecznie dwaj pierwsi uznali, że z siebie robić idiotę, to jednak trochę głupio.

No dobrze, następnego dnia zaczynamy od radosnego plażowanie, po obiedzie Park Guell. Tam również puścili nas samopas, Gocha, która była w nim rok temu, robiła nam za przewodnika :). Psychodeliczna jaszczurka, czyli jeden z symboli Barcelony całkiem ładna, ale nie umywa się do mozajek na czymś, co pierwotnie miało być targiem. Po prostu I ❤ mozaiki by Gaudi ;P :D. Później do autokaru przez inny park do kościółka Santa Maria del Mar (gdzie, jak się w ogóle dowiedziałam pierwotnie była pochowana św. Eulalia). W sumie niedziela, więc pani Wyciach dała ludziom chwilę na sprawy sfery sacrum i bardzo dobrze, że tak powiem.

Z kościoła do oceanarium. Niestety delfinów nie było. Były za to rekiny. Rekiny, które pływały centralnie nad głową. Płaszczki, meduzy i ryba z dziwnym ogonem (sprawiał on wrażenie, jakby ktoś go odgryzł i tak przerażająco majtała oczami <znaczy się ryba>).

No a później znowu głosowanie. Znowu byłam w mniejszości, aczkolwiek dzięki p. Nowonowo proporcje się zmieniły. Ludzie koniecznie chcieli przejechać się kolejką nad Barceloną (jejku, duże miasto w nocy. Gites, tylko nie będziesz miał pojęcia, co, gdzie jest, więc pozostanie to tylko dużym miastem w nocy), ale ostatecznie wygrała fontanna. Pokaz był świetny, zwłaszcza, że przemówił do mojej dziecięcej natury, bo przygotowany był pod piosenki Disneya :> :>.
Ponieważ w międzyczasie zostałem menadżerką Gochy (z której chłopaki leją, że jest gwiazdą filmową i chcą otworzyć jej fan page na facebooku, przy czym jeden taki został już zamknięty) Daniel usiłował skłonić mnie do poinformowania go o przebiegu w kontekście strony pertraktacji. W autokarze były kontynuowane rozmowy z nauczycielami z życia wzięte, tym razem opowiadane przez panią Wrońską i Wyciach. Chłopaki w końcu skapnęły się, że jesteśmy słuchaczkami na gapę i zostałyśmy zobligowane do przygotowania na następny dzień własnych historii, do czego na szczęście nie doszło :).

W poniedziałek Port Aventura czyli wielki Park Rozrywki. Zabawa zaczęła się od razu na pierwszej kolejce – pędząc w zabójczym tempie przebyliśmy pierwszy ślimak, drugi, trzeci i czekał nas czwarty, a potem ostatni, piąty. W końcu, kiedy byliśmy tak blisko radości wywołanej zakończeniem trasy od wejścia do wagonika, okazało się <po godzinie “zabójczej jazdy” przy akompaniamencie wnerwiającej muzyczki w rytmie na 4>, że kolejka… się zepsuła -.-. Odczekałyśmy jeszcze 10 minut, w ciągu których zaczęła funkcjonować na nowo.

Najpierw włóczyłam się z Paulą i Gochą, ale później okazało się, że to, czego one się boją mi, najzwyczajniej w świecie nie wystarcza. Znowu się odłączyłam i znalazłszy inną grupą poszybowałam na

  • najwyższy
  • najdłuższy
  • i najszybszy (134/h)

roller coaster w Europie (było go widać już z autostrady 😛 :P). Jeejku, ale był czad :D. Julka z Xeńką poszły nawet na windę (spuszczają cię z kilkudziesięciu metrów w dół i cały czas widzisz ziemię). Chłopaki potem chwalili się, że na nią poszli najpierw, tak że potem nic już nie było w stanie ich przerazić xD. Bartek założył się z moim niewydarzonym kuzynem z trzeciej linii, że całą drogę w dół nie będzie się niczego trzymać. Nie mam pojęcia jak mu się udało… Paula na Stampidzie zgubiła okulary (ale znaleźli i odeślą), nauczyciele na zbiórkę spóźnili się 40 minut, więc w nagrodę poszliśmy jeszcze raz z p. Wrońską na zabójcze ślimaki (tym razem czekaliśmy może 5 minut).

Wieczorem Justyna pomalowała się cała na czarno, tak że wyglądała szatańsko, a my zachowałyśmy się idiotycznie zachęcając Aśkę z Pauliną, żeby ją zobaczyły. No cóż, Justyna chyba się nie obraziła (dobra, jasne że obraziła, ale na szczęście na krótko, w sumie ją przeprosiłam, tak że miło z jej strony, że nie fochnęła się forever)…

Wtorek oznaczał cały dzień plażowania. Razem z Xenią, na kamienistej plaży wybudowałyśmy zamek na cześć p. Wrońskiej, która wyszła z morza masakrując mury obronne. Trochę to boli, kiedy widzisz po raz pierwszy w życiu Morze Śródziemne i zanurzasz się w nim po kolanka, ale życie życiem. Wieczorem przepuścili chętnych szlakiem sklepów na promenadzie, ale prawdziwa jazda (i tu wracamy, niestety, do pierwszego zdania wpisu) zaczęła się koło 23.00.

Okazało się, że tłumaczenie z hiszpańskiego trzeba oddać tego właśnie dnia (do tej pory wszyscy je olali). Cela ze swoim pokojem przyszły do nas po słówka, bo miałyśmy to przetłumaczone chyba jako jedyne. Przyszły, poszły, Celka zostawiła torbę, Justyna z Gochą poszły ją odnieść.

Tego dnia byliśmy jeszcze w muzeum Dalego w Púbol. Julkę podrapał kot i ruszyliśmy dalej.

Nocleg w Formule był według kadry idealny. Kiedy chodzili ogłaszać, o której pobudka, miałyśmy już w pokoju zgaszone światło. Poza tym od rana grzecznie dzień dobry, proszę, przepraszam, trzymanie drzwi, darowywanie chusteczek i kolorowych długopisów, kiedy nikt o nie nie prosił właśnie ciebie i pod wieczór p. Wyciach nawet się do mnie narmalnie uśmiechnęła.

W czwartek jeszcze Verona – balkon Julii, 3 osoby z nagannym i jedna gratisowo przeprosili nauczycieli z czekoladami, a kadra zafundowała nam we Włoszech karne lody :). A w Macu, co było nie lada wydarzeniem, do Gochy uśmiechnęła się p. Wrońska. Wszyscy bawili się zabawkami dodawanymi do Happy Meala.

Na granicy zatrzymał nas kontrol niemiecki. Policjant bardzo usiłował mówić po naszemu, obudził chyba cały autokar, ale ostatecznie paszportu nie sprawdził nikomu :P. A ja się chciałam z Gochą założyć, że o 7.00 jeszcze wszyscy będą spali…

Powrót w rodzime strony przeżyliśmy w szortach na nocnym postoju, gdzie z 20* zrobiło się 9*. A kiedy dojeżdżaliśmy do Polski po raz ostatni puściliśmy karaoke (najczęściej użytkowany był właśnie tytuł).

One thought on “Te iré a buscar…

  1. Marchewa September 25, 2012 at 4:30 pm Reply

    Ta… robię spokojnie projekcik na geografię, wpisuję Cueva de las Ermitas i co? Jako jedna z niewielu polskich stron, wyskakuje mi właśnie ta! 😀 Przez Ciebie straciłam 30 min (wiem, wiem, zaraz będzie dlaczego tak długo. Ponieważ musiałam przeczytać całość ze trzy razy, żeby przestać się śmiać), które mogłabym przeznaczyć na pracę dla pana M. Ale i tak, kocham tą relację ❤ (No i dzięki niej mam kilka info do zadanka :D)

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: