Coś owies się chyba zagapił…

(sobota 03.11.2012)

W planie miałam pisanie postu na niedzielę, ale ponieważ przed ukochaną historią wypadałoby odpocząć, a oczekiwanie na tramwaj wynosi jeszcze co najmniej 6 minut, postanowiłam zacząć teraz w telefonowym notepadzie. Inaczej istniałoby niebezpieczeństwo, że pojawi się w marcu. Ale serio aż ciężko uwierzyć, że pierwsza zbiórka, którą opisałam była dokładnie rok temu, analogiczna do dzisiejszej. Rok w Zawiszy…  Coś szybko zleciało :).

W każdym razie obudziłam się będzie godzinę przed budzikiem. Dobrze, bo musiałam spakować torbę władowując do niej bliżej nieokreślone przedmioty przeznaczone do robienia dzieł artystycznych zapowiedzianych na dzisiaj, a poza tym i tak miałam wyjechać wcześniej, coby przed zbiórką dostarczyć Julce piłę. Ale komunikacja była wyjątkowo złośliwa. Najpierw prawie spóźniłam się na autobus (ale to akurat wina tego, że zapomniałam tej piły z domu), ale jak zwykle nie czekam na tramwaj, tak teraz wyszło, że gdybym wyjechała zgodnie z planem, to byłabym na miejscu kwadrans wcześniej… W każdym razie byle dalej, byle w przód – zmierzałam przed siebie, tam gdzie szyny niosły mój tramwaj.

(i zgodnie z planem niedziela 4.10)

Na Galerii chciałam się przesiąść, ludzie się na mnie gapili <dobra, rozumiem, że widok niecodzienny, ale ja słyszę i widzę, a wlepianie w ciebie oczu nie jest jakieś megaprzyjemne> ale w sumie olałam i poszłam stać gdzie indziej. Chwilkę później jeden z tych gości wychylił się zza wiaty i pokazuje, jakby strzelał z łuku. Hm… zorientowani ci anglojęzyczni, ale co ja się czepiam, piła i łuk przecie jak dwie krople cieczy ;).

Następnie Pasaż Grunwaldzki. Autobus widmo migał na tablicy, ale jak na złość nie przyjeżdżał… Ale jak już kazał na siebie poczekać, to przyjechał 🙂 Wsiadam i widzę naszą chustę szczepu. O. Ale że zasadniczo się z Akelą nie znamy, tośmy się do siebie uśmiechały na zasadzie “i tak zaraz zaczniemy rozmawiać, bo tak jakoś głupio nie, ale na razie twórzmy pozory i siedźmy cicho”. Ale zaczęłyśmy się odzywać na poziomie Hali Stulecia. I tutaj troszkę sfailiłam, bo to, że ja ją znam siłą rzeczy, nie znaczy, że ona zna mnie… ale się nadrobi następnym razem. W ogóle jakiś Wilczek miał wczoraj Obietnicę :).

Piłę postanowiłam przekazać Julce na zbiórce, bo to i tak czasowo nie miało już sensu. W każdym razie stałam sobie pod kościołem, najpierw przyszła Julianna, potem przybiegła Kasia, a potem doczłapała Zosia. Po telefonie do Wiki i Mery okazało się, że nie odbierają, ale chwilę jeszcze poczekałyśmy. Po telefonie do Karo okazało się, że jej nie będzie.

Poszłyśmy na cmentarz, ale po drodze nasze myśli zajęła inna sprawa. Kocięta. W tm jedno na naszych rękach przez dobre 10 minut, sesyjka, kota trzeba oddać rodzince, a my wracamy do pierwotnego celu. Kupiłyśmy wkłady do zniczy i jak rok wcześniej poszłyśmy ogarniać i zadbywać zaniedbane miejsca wiecznego spoczynku. Najwięcej czasu spędziłyśmy przy dwóch. Normalnie renowacja. Wyrywanie chwastów, poprawianie napisów, stawianie złamanego krzyża, kombinowanie co wyrwać, a co zostawić, żeby było ładnie. Szkoda, że są takie zaniedbane groby, ale za to jak się doprowadzi coś takiego do porządku to jest coś :). Potem poszłyśmy jeszcze na grób dziadka Julki, a resztę zbiórki odbyłyśmy przy księgarni.

Zosia miała grę o zdrowym żywieniu. Bardzo ciekawa, serio 🙂 Najpierw dała nam piramidy zdrowego żywienia do uzupełnienia, a potem każdą z nas po kolei brała za drzwi… Hm… śmiać mi się chciało, bo ostatnio nawet zaliczałam tę piramidę, a jak przyszło co do czego, to wiedziałam co dać na sam dół i na samą górę ;P. A zadanie w stylu tworzenia najmniej kalorycznej sałatki, dopasowywanie kalorii do jedzenia i parę pytań testowych. Nagrodą było tajemnicze pudełeczko ze znakami zapytania. Nagrody pocieszenia – mandarynki dla każdego, ale co z pudełkiem. Przeważyła piramida 🙂 Julka 5/14, Kasia 6/14, ja 7/14. Tak że finalnie jej tak całkiem nie zawaliłam 😛 a zawartością pudełeczka okazało się kiwi :).

Potem usiłowałam przeprowadzić moje warsztaty z pierwszej pomocy. Przygotowane mogły być zdecydowanie lepiej, ale cóż, kiedy zapomniałam podręcznika do edb, nikt na moim osiedlu go nie miał, a szkoła w piątek była zamknięta… A ponieważ na stronach internetowych wersje postępowania w przypadku są mocno sprzeczne, to przygotowałam z tego co mniej więcej pamiętałam, po konsultacji z wujkiem lekarzem. Otóż ja mówiłam, Kasia ciągnęła Zosię za włosy, Zosia uciekała, Zosia dostawała ataku śmiechu, myśmy zatykały usta Zosi, do jej poziom decybeli przekraczał normę, a obok otwarta kwiaciarnia, mówiłam, Zosia miała pytania z Księżyca, a Kasia kiedy przestawała drażnić się z siostrą podawała też bardzo przydatne informacje ;).

Potem poszłyśmy na ogródek. O dziwo w tym tygodniu nie było kultowych chust… Za to nauczyłam dziewczyny mojej ulubionej gry z dzieciństwa ever 🙂 Tak zwane działy, całkiem fajna sprawa, tylko przy zawracaniu na mokrej ziemi można się łatwo wyrąbać ;).
Oprócz tego głowiły się nad zasadą wyliczanki (mój kuzyn, spokrewniony w 4. linii męczył się z nią tydzień, ale zgadł sam. Mi samej powiedziała osoba, która nikomu miała nie mówić, powiedziałam siostrom, a Julka po podpowiedziach zgadła. Ale zasada iście debilna :).

Siostry poszły po radzie, ale Julka nalegała, żebym zrobiła swoją grę przynajmniej jej. Super, że miałam ją przed radą w ręce, a po nie mogłam jej znaleźć. Tak że poszłyśmy grzecznie na przystanek tramwajowy. Za tydzień tzw. Zlot gałęzi harcerek Hufca Wrocławskiego w Legnicy :). A siostry widziałam jeszcze na grunwaldzkim ;P.

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: