Jedliście kiedyś kolację pod prysznicem? Nie? No to podziwiajcie mistrza ;)

Oj zlot, zlot 🙂 Szczerze mówiąc to jeszcze w piątek wieczorem miałam do niego podejście na zasadzie “ta, uhm… no… fajnie i co?”, natomiast w sobotę rano wyrabiałam już średnią 😉 Po szkole przeleciałam całe osiedle i nie tylko i wróciłam do domu w ciągu 50 minut kupując rajstopy, jedzenie, picie, słodycze, 2 ostatnie bilety na koncert “U Studni” i oddając książki do biblioteki. Potem tylko spakować plecak, który nie mam pojęcia jakim cudem był wypchany podobnie jak na obóz, rano wstać, wbić w mundur, na przystanek autobusowy, gdzie, nawiasem mówiąc były też biedne dzieci z mojej klasy, które zmierzały na lekcje, a potem na dworzec.

Jechałyśmy we 4, nie w 5 jak się okazało w piątek około godziny 18.00… Ale Emilka powiedziała, że bez stresu, chociaż już w piątek po południu zapowiedziała, że jedzie kupić bilety.

Wbiłyśmy do pociągu razem z 4. Wrocławską, powstałą niedawno z Wilczków z 4 Gromady (Żaba) i jednego zastępu, początkowo bluSZczowego, a następnie legnickiego (Bóbr). Dojechałyśmy po godzinie z kawałkiem, doszłyśmy do szkoły mijając McDonald i wspominając znajdującego się tam rok temu Eugeniusza Bodo. Przydzielili nam sypialenki (skrzynię i kozła otrzymała 4DW) i dostałyśmy czas na wypakowanie się, ogarnięcie, przyniesienie sobie stolików i ławeczek. No więc stwierdziłyśmy, że skoro wolne, to czas na chałkę z Nutellą :). Uznałyśmy z Julianną w piątek wieczorem, że bez jedzenia Karo sobie poradzimy, ale hm… Mery zapomniała chleba (?how?). Na szczęście Sarna miała nadwyżkę, tak że problemu nie było. Siedziałyśmy, śpiewałyśmy Biebera i chyba nawet bezcześciłyśmy jakieś kulturalne piosenki sprowadzając do rzeczonego. Dziwne, czas mija, a my nie mamy o Nitschem pojęcia, plecaczek na WG spakowałyśmy już dawno, a tu hej ho, cicho w domu, że tak powiem. Emilka odwiedziła nas parę razy w celach różnorakich, ale o planowaniu czasu przyszłego nie wspomniała słowem… toteż nie wiedziałyśmy, aż wbiła Kaja, pytając, czy idziemy na apel. No cóż… dobra. Zbieramy się, okazało się, że poinformowana była tylko Koszatka. Ale nic to. Renifera zlot raduje, on przygody oczekuje. Dalejże. Okazało się, że zaginął Piłsudski. Odbili go, pojechał wrócił, bam i nie ma i nie wiadomo, gdzie jest, a my go nie chcemy szukać. No ale jak już nas słyszeli w promieniu 1/10000000 sekundy świetlnej (około 29km, jak wyszło kalkulatorowi) to Dorota W. się uspokoiła i wstąpiła do szeregu drużynowych ;). Po rozpoczęciu miały zostać zastępowe, więc my poleciałyśmy po plecaczek, wzięłyśmy kompas Wery, kurtkę Julki i rękawice robocze z gry papieskiej, ponieważ zastępowa nasza rękawiczek nie wzięła i zobligowała się, że będzie nosić tamte ;P. W każdym razie wypuścili biedne dzieci i większość leciała do swoich szatni po kurtki, a my wybiłyśmy ze szkoły od razu ;D.

Do znalezienia 10 punktów. Na mapie nie możemy się odnaleźć, więc w takim razie idziemy na podbój większego skrzyżowania. Dyrektorka wszystkim podpowiada. Miło z jej strony, dzięki niej przynajmniej wiemy, że nie musimy szukać Radosnej, bo to szkoła. W każdym razie potem już jakoś szło. Co prawda punktu w MCK na Mickiewicza nie znalazłyśmy, chociaż podobno był (Legnica znalazła, a pani pracująca w Centrum Kultury twierdziła, że nie ma, z jednym zastępem obeszła podobno cały ośrodek, ale nic się nie objawiło . Punktu na Ogrodowej nie znalazłyśmy, chociaż słusznie, bo był rano na słupie, a jak byłyśmy, to go nie było. Powiedział nam to sam mieszkaniec domku na ogrodowej 43, na której rogu miała być karteczka. Poza tym nie dotarłyśmy na dworzec PKP, ale 7/8/9 punktów z 10 (no bo jak to liczyć.. chyba bardziej 8/7) to bardzo ładnie. Na każdej karteczce był tekst do odszyfrowania, zadanie do wykonania i element dostosowanej na potrzeby niepodległościowej fabuły zagadki Einsteina. Z jej części właśnie, złożonych do kupy można było wywnioskować, gdzie znajduje się Piłsudski. Nie wiem, czy komuś finalnie się udało… Do końca zostało około pół godziny (miałyśmy wrócić o 14.30, choćby nas Niemcy chcieli porwać, choćby się paliło, waliło i w ogóle). Miałyśmy do wyboru – albo szukać punktu na Ogrodowej, albo wracać do MCK. Szłyśmy przez wały, skrótem z zeszłego roku, więc z czasem teoretycznie byśmy zdążyły. Ale też nie udałoby nam się biec całą drogę, byłybyśmy na styk i nie wiadomo, czy teraz punkt znajdziemy, więc zdecydowałyśmy się na ogródki.

Wróciłyśmy do szkoły, ale paczymy, paczymy, jakiś zastęp stoi przy czymś, co jest białe i prostokątne. Wiki z Julką pobiegły obczaić. Wróciły… „Prosimy nie deptać chryzantem”… 😉

Dziękuję Ci po prostu za to, że jesteś
za to że nie mieścisz się w naszej głowie, która jest za logiczna
za to, że nie sposób Cię ogarnąć sercem, które jest za nerwowe
za to, jesteś tak bliski i daleki, że we wszystkim inny
za to, że jesteś już odnaleziony i nie odnaleziony jeszcze
że uciekamy od Ciebie do Ciebie
za to, że nie czynimy niczego dla Ciebie, ale wszystko dzięki Tobie
za to, że to czego pojąc nie mogę — nie jest nigdy złudzeniem
za to że milczysz. Tylko my — oczytani analfabeci
chlapiemy językiem

ks Jan Twardowski

Do tego wiersza, który jest taki ładny, że nim zaspamuję, Wiki z Mery układały melodię :).

Czas na oddanie zadań miałyśmy do po kolacji, teraz był obiad, potem Apel Ewangeliczny, później warsztaty, następnie Msza, kolacja właśnie i świeczysko. Pomijam fakt, że w ciągu zlotu zaliczyłyśmy trzy razy ten sam fragment Ewangelii – na Apelu, w sobotę wieczorem i w niedzielę rano :). Fragment o wdowim groszu – zadanie – przygotowanie scenki w podobnym klimacie, przedstawienie drugiemu zastępowi. Poszłyśmy do Koszatki, rozwlekając się nad walorami artystycznymi Daniela Radcliffe’a i żałując, że nie możemy iść na ostatni seans Harry’ego Pottera (naszego męża i narzeczonego) , bo takie jedno dziecię ma ze mną korki i jutro sprawdzian. W sumie dziewczyny zajmowały się zadaniami z WG i Apelu nie ruszyły, ale przyszły do nas później ze swoją scenką.

Warsztatów były 3 opcje – Pierwsza Pomoc, Komunikacja i Historia Harcerstwa. Na pierwszą pomoc miejsc już nie było, Julka się wcisnęła, więcej nie da rady, Wiki i Mery poszły na komunikację, natomiast ja usłyszałam słowo “historia”, zamerdałam ogonkiem i merdałam do uśmiechniętej pomarańczy. W sumie kogo nie pytałam, to przyszedł dlatego, że nikt inny nie chciał, bądź dlatego, że stwierdził, że nikt inny nie będzie chciał. Tylko ja merdałam ogonkiem. Hm… może dobrze, nie wiem czy to zdrowy objaw, jak ludzie merdają ogonkiem… W każdym razie każda z 10 osób wylosowała kartę postaci ze zdjęciem, życiorysem i pytaniami testowymi – B-P, Małkowski, Drahonowska, O. Sevin i Stanisław Sedlaczek. Dorota podzieliła nas na 2 grupy i stałyśmy się pionkami w grze planszowej. Pole ze znakiem zapytania – ciekawostka, pole z żarówką – można zadać dowolnej osobie pytanie – jeśli odpowie dobrze, zostaje w miejscu, jeśli źle cofa się o 1 pole. Nati miała przerąbane, cały czas na wielkiej kostce wyrzucała 1 albo 2 oczka… Dopiero potem wyrwała do przodu, po czym kiedy Basia stanęła na żarówce, ktoś stwierdził, że może zapytać tę osobę, która ją dogania. Tak, właśnie Nati.

Potem połączyłyśmy 2 plansze w jedną, a ponieważ ciekawostki się skończyły, znak zapytania oznaczał walkę na chusty pomiędzy tymi samymi postaciami. Pomysłowo było :). Rozeszłyśmy się do szatni, nikogo od nas nie było, no więc zeszłyśmy się z powrotem, po czym stwierdziłyśmy, że idziemy robić zadanie. Uhm… jasne. Wbiła do nas Ola z Koszatki, więc za dużo zadań żeśmy nie porobiły ;).

Na komunikacji podobno grali w głuchy telefon i uczyli się, jak przekazać chłopakowi, że czuje się zdradzonym… Mery lała z tego, że jej się bardzo przyda :).

Potem msza. Duspastes legnickiej poprosił nie z nacka (ba dum…) drużynową o kilka słów. Jak go potem spotkała, to było w stylu “no i co ksiądz najlepszego zrobił, ja się do tej pory trzęsę…”. Wyszłyśmy przed kościół, powodowane temperaturą skakałyśmy, bądź tupały i kręciły się jak pingwiny. No niby prawie nomen omen ;).

Ponieważ do zrobienia zostało dużo, a czasu mało, to podzieliłyśmy się i robota poszła sprawnie ;). A potem przyszła drużynowa czwartej – losowałyśmy numer kategorii, w której weźmiemy udział na świeczysku. Główną jego gwiazdą był Zygmunt Heiser (podejrzewam że w wydaniu świeczyskowym tak się to pisze, ale głowy nie dam). Biedny, zadufany w sobie, prawy profil ma lepszy i w ten deseń. A! no i towarzyszyła mu Mariolka. Jak się coś dziać miało, wywiązywał się dialog z publiką:

Jest takie miejsce na mapie…

…którego nie ma na mapie.

Dlaczego go nie ma na mapie?

Dlaczego nie ma go tam?

Mapa, mapa, gdzie jest mapa?

Nieco absurdalne, ale zupełnie jak Heiser 😉

Ale zadanie urocze – szacowanie wagi całościowej drużyny przeciwnej, rozmowa pytaniami, radio i rysowanie harcerki idealnej – tylko że nie wiedziałaś, czy masz narysować głowę, czy poprzednia osoba ją narysowała, czy sam beret – karteczka zaginana. Ale ładny czupiradeł nam wyszedł, jak Julka tkwiła przy ogłoszeniach to sobie porysowałyśmy.

I trzeba było wymyślić nazwę dla drużyny – tak więc przedstawiam szalone kurtki – pochodzimy ze wsi obejmującej całą Polskę i cały świat nawet, o wdzięcznej nazwie wariatkowo. Żeby wyjaśnić co nieco – w celu przygotowań do programu spotkałyśmy się – jedna z nas waliła plecami w ścianę, żeby sprawdzić, jak zrobić tak, żeby wyleciało powietrze z płuc (Julianna), jedna śmiała się do siebie tak w sumie bez powodu (ja) i dam głowę, że zaczęłybyśmy malować marchewki na niebiesko i uczyć króliki latać, gdyby nie to, że nie miałyśmy marchewek ani królików :). Walczyłyśmy z Żabą – dzikimi kosmitami z 5-go wymiaru.

Potem (za co kocham niemiłosiernie) puściły nam półgodzinny film o Eurojamie 2003,  a później już miłosiernie pozwoliły iść spać.
Jasne, jasne. Mery może zasnęła, ale my z Wiki poczekałyśmy na Julkę – wygrałyśmy cykl! 🙂 Poszłyśmy spać koło 00.30. Pobudka 7.30 – Kaja chodziła i rozdawała wszystkim jabłka, bo w mailu napisała, żeby Weronika wzięła po 5 dla każdego. Tak. 25 jabłek, dla świeczyskowej Kosz siatki… i biedna Weronika, która to tachała…

Śniadanie z pakowaniem, o 9.30 wyjście na mszę. Zostawiłyśmy plecaki w domu parafialnym, wbijamy do kościoła. Dawno nie miałam styczności z dziećmi odpowiadającymi na kazaniowe pytania. Dlaczego Pan Jezus mu nie pomógł? Bo… Pan Jezus zawsze wszystkim pomaga. A dlaczego to jest takie ważne? (chyba nawet ta sama dziecina) No… bo to bardzo ważne jest…

Poza tym ksiądz mówił, że na mszy, prawda, harcerki i… będzie takie widowisko, bo po mszy będziemy miały apel… Taak, harcerki apel, małpki zoo, stałyśmy się atrakcją turystyczną. Serio. Ludzie stali wokół nas i się gapili… Nie mam pojęcia skąd on to wziął. Ale że są geniusze, które podchodzą tuż za czyjeś plecy i parodiują salutowanie przy Prawie chyba, to osłabia.

W każdym razie Wrocław rządzi – niemalże tradycyjnie I Chart, II Sarna, a trzecie my 🙂 Wstążeczki za uczestnictwo się szyją ;).

I pomyśleć, że dokładnie rok wcześniej miałam przysięgę wierności… 😉

Wracając spotkałyśmy jeszcze 3 postacie z 3 pytaniami – o czas i miejsce pierwszej polskiej kolonii, o tym, kto był na pogrzebie Piłsudskiego (najpierw celowałyśmy w nazwiska z zagadki Einsteina, a po podpowiedzi “absolutnie nie Emilki, ale właściwie nie wiadomo kogo” wybierałyśmy pomiędzy Hitlerem a Wałęsą). I trzecie zadanie… niby takie łatwe…. Imię, nazwisko, kierunek i miejsce studiów i pochodzenie drużynowej. Jakoś dziwne, że wszyscy myśleli, że Emilka z Legnicy, a wychodzi, że Duduś, bo Wałbrzych. Do kierunku Julka doszła szybko, co do pochodzenia obskoczyłyśmy całą Polskę :).

Jak już każdy pytanie ostatnie odbył, Kaja stwierdziła, że nie ma co tak siedzieć jak sieroty, chodźmy się bawić. Tak że integracja trwała. Pif-paf, Alelemido, Chusteczka, a i wiele osób nie znało gwizdka ;). Słodko było, a czołowa Bobra stwierdziła (ponieważ stałyśmy przed dworcem), że zaraz jeszcze jakiś pociąg odjedzie :).

Wsiadłyśmy, dojechałyśmy, wysiadłyśmy, ja trochę wcześniej. Jak wszyscy przysypiali w pociągu, to Wera nie odebrała, ale potem relację od Julki i ode mnie odebrała ;).

A wieczorem koncert U Studni. Kocham. Pełna sala. Kocham. Aczkolwiek spotkanie upłynęło pod hasłem “złap fotografa”. Wychylał się facio z jednej strony sceny (fotorafował plecy członków zespołu), z drugiej, stawał na środku, najwyraźniej sądząc, że go nie widać, z przodu, z tyłu, po prostu łap fotografa. Ale bardzo przyjazne uchu piosenki. Mieli 3 bisy i więcej nie przewidzieli, bo po nich zapalono światło na sali. Wybrnęli cudownie, Ziemianin czytał teksty swoich wierszy (piosenek SDM-u), a na koniec nawet zaśpiewali Koncert, Tymbark, Bieszczadzkie Anioły, Makatkę z Aniołem i Jest już za późno, nie jest za późno. Koncert wcześniej, pewnie nim badali reakcję. Ale że widownia uznała, że zawsze spoko, to było więcej. A ponieważ byłam nieprzytomna mama odpuściła mi szkołę ;). Od jutra próbne gimnazjalne -.- :P.

http://www.ustudni.com.pl/piosenki.php łapcie ludzie, zainteresowani lub nie, warto słuchać 🙂

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: