Monthly Archives: December 2012

Przedstawiam Urszulę Julię Kochanowską Nowakowską :)

Ostatki śniegu, woda się z niego robi, szkoda by było nie wykorzystać ;). Zebrałyśmy się, odczekałyśmy chwilkę w oczekiwaniu sióstr i wyszłyśmy na ten jeszcze zaśnieżony trawnik, który widać z okna. Śnieżki ! 🙂 Tak, śnieżki, definitywnie, bez bitwy nie ma zimy :). Rękawiczek tylko Mery nie wzięła, tak że się jakoś wymieniałyśmy. Drużynami, zorganizowanie lub nie, byle jak, śnieg 🙂 o tak, nawalanie w Zosię 🙂 :). Po zmianie rękawiczek wyszło, że bić się chwilowo nie będę, ale ten śnieg tak leży… Toczenie kuli mniej boli, niż każdorazowe formowanie kuli, więc zaczęłam tworzyć bałwana ;).

CAM00041

Oto jest i Orszula Julia. Może niezbyt widać, ale ma nawet rogi (druciane, nie zosine)  i czapkę ;). Na początku została ochrzczona Julią Nowakowską, ale po moim “ulepszaniu” zaczęła się trochę walić, ja zaczęłam ja ratować, a Julka recytować swój tren, tak że i drugie imię się ostało :P.

Potem Kasia odeszła w odosobnienie za róg, robiła poletko do swojej gry o plusach, a Zosia z Mery zaczęły ze śniegu lepić konia (chyba nie został uwieczniony, na pewno nie przeze mnie ;( ). Kiedy skończyła wróciłyśmy w ciepełko, chłonąć wiedzę o plusikach i różnicach pomiędzy nimi, a skodilakami. Piłyśmy czekoladę z automatu, która tym razem smakowała normalnie, topiłyśmy w niej pianki i pochłaniałyśmy pieguski. Rękawiczki i czapki skwierczały niemalże na kaloryferze i było ciepło :). A potem na grę wyszłyśmy znów. Czapki z rękawiczkami nie tyle wyschły, co po prostu zrobiły się ciepłe (no ale czego się spodziewać po kwadransie dostarczania ciepła mokrym rzeczom), więc było miło przez chwilę :P. No ale wróćmy do gry (ostatnio bardzo wzrasta u nas kreatywność 🙂 ). Otóż jesteśmy sobie tramwajami – plusami, a poletko to plan miasta z naniesionym SkyTowerem, Stadionem, zajezdnią i pętlami. Jeździłyśmy sobie nie wchodząc jedna drugiej w paradę, ale był kruczek – kanar (sucho, ale kruczek to nie pochodne od kruka, tylko od rosyjskiego haczyka). Kanar rzucał w tramwaje śnieżkami – nie mógł tylko, gdy były na pętli albo na zadaszonym przystanku przy pl. Grunwaldzkim. Kiedy trafił trzeba było okazać mu bilet – odpowiedzieć na pytanie. Pierwotnie za złą odpowiedź miało się trafiać do zajezdni i tracić jeden z 10 punktów, ale potem chyba z kanarem zamieniało. Nie pamiętam, dowiem się, sprostuję :).

CAM00052

A oto Julka złapana przez kanara…

Zosia musiała uciekać koło 12, po Aniele Pańskim.

Potem wróciłyśmy przed księgarnię, weszłyśmy na miejsce Charta, z którego ten się już zwinął i trochę z gitarą pośpiewałyśmy. Hm… Całe szczęście, że Kasia gra na klasycznej i w miarę umie stroić? 🙂 Co poradzę, w domu, bez wewnętrznej presji stroję, choć fakt, że trochę czasu mi to zajmuje, a w grupie już na początku wystawiam białą flagę, no bo jak średnio mamy czas, to nie będę 10 minut dostrajać ;P.

Kasia zagrała nam i melodię z Piratów z Karaibów :P, a potem jakoś się wyszło do domu :). Po drodze na przystanek miałyśmy z Julką śpiewać kanony. Niby było zimno, ale w sumie wyszło :P.

Hasta la vista, compañeros 🙂

“Czarnym aniołom skrzydła marzną, samotnie stoją na parapecie, do lotu cicho się zbierają, gdzieś je po prostu niesie…”

Spamuję, ale przyszły moje płyty i zasłuchuję się ostatnimi dniami w SDM-ie :). A gdyby z tej piosenki wycięli melodię i tekst, a zostawili fortepian kupiłabym to w przedsprzedaży.

Ale piątek – dzień jak codzień, lekcje, po nich czas wolny. Ekhm. Nie no, wolny.

Wybitnie zdrowo udałam się do restauracji sieci McDonald. Spodziewałam się, że do podstawówki nr 91 im. Orląt Lwowskich nie zdążę na zaplanowaną godzinę, zapomniałam jednak o prostym fakcie, że posiłek w fast-foodzie faktycznie nie odbiega zbytnio od nazwy fast-food. Heja do tramwaju, żeby dotrzeć mam…. 45 minut. Z Grunwaldzkiego jedzie się może 12… OK. Do dziadków niby po drodze, ale bez sensu na 5 minut wbijać, a dziecię ma lepszy pomysł ;). 33+ przystanek dalej, powró 131, przesiadka w 145, na Tramwajowej w 2, na Spółdzielczej wysiadamy. Po pasach x3, sprawdzić rozkład autobusów nocnych jadących w stronę centrum. Po pasach x3, zimno. Z tym wysiadaniem to nie był taki dobry pomysł, ale jedzie 10-tka. Tam na pętlę i pod szkołę. Wchodzimy niby głównym wejściem, ale samej jakoś tak dziwnie, to na kogoś poczekam. Przyszła Ania, a że 16.30 wybiła, to weszłyśmy. Pani zdziwiona, bo przecież zapowiedzieliśmy się na 17.00 (?). Julka, Agatka i Wiktoria (chartowa)wbiły chwilkę późnej, następnie Emilka, która dopiero wczoraj wieczorem dostała/odebrała informację o późniejszej godzinie, więc już nie chciała kręcić.

Rozstawiłyśmy ławki i w 1/3 z chłopcami krzesła i zaczęłyśmy próbę. A że Zosi wciąż nie było, to znów robiłam za Elfika. Z tym zastępowaniem zostało mi permanentnie, bo siostry nie zdążyły na przedstawienie. Mail ze scenariuszem został wysłany do Kasi, a że dziewczyny nie ogarnęły, to Sofia nie miał pojęcia kogo gra, nie znała tekstu i siłą rzeczy nie miała stroju. Tak że Elfik wystąpił nma granatowo + czapka, szalik, rękawiczki.

1DW przygotowała kolędy w nieco innej wersji niż 2GW. Później nadszedł czas na część inaczej oficjalną – frg. Ewangelii, opłatek i wyżerka :P. Wera wyprzytulała się na wieki wieków, a przyszła cała wrocławska część Młodych Przewodniczek + Natka.

Na górze znalazłam się w chyba niezbyt szczęśliwym momencie, w każdym razie zostałam moralnie zmobilizowana do odnoszenie krzeseł (w liczbie sztuk coś koło 100-120, na spółkę z Panią Nauczycielką). A żeby nie było tak łatwo, to każde trzeba odwrócić, sprawdzić nr sali… Po co ja się pytam… Dobra, pewnie się nie znam (pomijam, że “przecież nie otwieraliśmy sali 214, więc krzesła z 214 poszły do 209, podobnie jak z 206, której nie otwieraliśmy definitywnie, a potem… ojej, gratisowe krzesła? O, braliśy jednak z 214 <3). Na szczęście Agatka rozmawiając przez telefon również znalazła się na górze i odsiecz nadeszła :). Wyszło na to, że z Mikołajek Mery się zwinęła, więc wymieniłyśmy się paczkami i w sumie powoli zbierałyśmy. Siostry zabrały się ze mną, a Julka wróciła sobie –  zostawiając na miejscu swojego Mikołaja będącego jakoby ozdobą prezent i proporzec. Cóż, wigilia to uroczy czas na spełnianie życzeń, a Wera mówiła, że chętnie by się nim zajęła. Chyba nikt nie myślał, że słowa staną się faktem :D. Żadna z nas tego wieczora konsekwentnie nie odbierała telefonu…

Powiem jak Koń Rafał, z rafałokoniowym akcentem – Do widzenia ;).

Jubilate Deo :)

Jak zwykle z opóźnieniem… Gitara i inne aktywności kosztują ;).

Po pierwsze, zanim przystąpię ad rem, wigilia, której miało praktycznie nie być jest w tak zakombinowanej formie, że chyba o bardziejszą ciężko. Ale jest 🙂 i to wystarczy ;).

W sobotę zbiórka z drużyną. Spotkałyśmy się, z powodu niezwykłego wręcz mrozu w przedsionku księgarni. Człek do człeka i już było kim zaczynać próbę na jasełka. Wbiła Wera, wybiła Wera, skończyłyśmy próby (prawie wszyscy byli na ostatniej próbie, chyba że nie było ich wcale (ja np. robiłam za Elfika, reszta chyba cała grała swoje)). Poszłyśmy do św. Faustyny na warsztaty ze śpiewu prowadzone przez naszą szczepowa. Mróz na mrozie mróz pogania. Tak… ogrzewacze do rąk się przydały, choć miałam w ręksach jeden z nich przez 5 sekund. Było lodowato. Zimno. Zimno. Bardzo.

Przeleciałyśmy historię muzyczną Kościoła, od chorału gregoriańskiego do współczesnych piosenek (Regina Caeli Laetare, Jubilate Deo (pozdrawiam trzy głosy. Jeden prowadzony przez szczepową, drugi przez Martę z Emilką, a trzeci… no właśnie 🙂 Ale nieźle nam szło. Całkiem dobrze nawet 🙂 ), Po upadku człowieka grzesznego, Oto Pan Bóg przyjdzie).

Ale, ale… w planie były dodatkowe aktywności. Byłoby szkoda gdyby… ich zabrakło :).

Skończyły się na jednym miłym choć niestandardowym odszyfrowywaniu i łączeniu zdobytych informacji (każdy zastęp miał inną treść). Z Koszatki została tylko Weronika, tak że przygarnęły ją Emilka z Martą. Informacje o G(g)odzinie Ł(ł)aski. A zdarzenie niezbyt powszednie, bo jedynie raz na rok 8.12. w południe.
Osób wybierających się na lodowisko było już mniej, Sarna: Basia z Asią, Chart: Nati z Anią, Koszatka: na lodowisku dołączyła Kaja, a z Renia (so cute…) zostałam ja. Godzinka na lodzie, pociągi, łańcuchy, jazdy przy bandzie (Nati była na lodowisku drugi raz w życiu) i nie, instruktażowa, przodem, tyłem, beczki… A potem powrót na Grunwaldzki.

Wyszłyśmy z terenu LO XIV (co to za szkoła, do poruszania się po której, potrzebny jest plan? Serio. Stał przy wejściu.) i na światłach widzimy D. Nie zdążymy raczej, bo przystanek nie całkiem blisko, a autobus całkiem szybszy, ale chwilowo stoi na czerwonym, a nam się zieleń objawia zewsząd, no to czemuż nie spróbować?  Zdążyłyśmy ;). Emilka w międzyczasie przyznała się, że godzinę przed opadem śniegu zdała test na prawo jazdy, tylko musi się umówić na jazdy.

Grunwaldzki. Do widzenia :).