Monthly Archives: April 2013

“Jak ja czytam ten wiersz, to klękajcie narody”

czyli warsztatów LO XIV ciąg dalszy :).

A propos jeszcze zajęć wieczornych – pod wpływem jakiegoś mądrego zdania doszłam do wniosku, że jestem kurą, a kiedy Konrad wymieniał 5 cech demokracji, Lubiewicz skwitował jego wypociny stwierdzeniem “No… nasza wosistka załamałaby ręce, ale powiedziałaby: no… myślisz dobrze”. Jak powiedział Witold Gombrowicz “Każde obcowanie z kulturą nas poniża” – więc w tym sensie poniżeni po całym dniu zakończyliśmy zajęcia.

Umówiliśmy się z panem profesorem o 8.45 przy portierni, wieczorem Stachu poszedł na basen, odprowadzony przez Lubiewicza, który awansował u niego na Gulbinowicza :). Został przedstawiony ratownikowi i pozostawiony sam sobie. A generalnie chłopak ścisłowiec i nie wie co tu robi, ale fajnie, bo mają basen.
Rano zeszliśmy na śniadanie i – niespodzianka! Wg. planu zaczynamy zajęcia o 8.15 (czy tam 30, nieważne), więc nasza pani wychowawczyni internatowa nas o 8.15 zaprowadzi. Stachu jeszcze sobie śpi, bo psychicznie i budzikowo nastawił się na wersję Gulbinowicza, a tutaj trzeba się spieszyć. Przy portierni na profesora czekaliśmy ponad 30 minut, o nie było dla nikogo wielkim zaskoczeniem :).

W każdym razie kiedy siedzieliśmy jeszcze w internacie czekając na Stacha, to pani z portierni “zapytała” nas, czy nie braliśmy krzeseł ze świetlicy do łazienki i nie wolno. Jak żadna się nie przyznała (bo pytanie skierowane było do dziewczyn) to pani odeszła zrezygnowana z hasłem “Ja i tak wiem, że one brały…”. Słodko. Takie rzeczy też są śmieszne…
Potem jeszcze, kiedy Stachu/siu/nisław przyszedł dostał pouczenie od p. kierowniczki, że p. Lubiewicz/Gulbinowicz zapomniał, że jak ktoś jest na basenie, to on sam też ma tam być. Poza tym nie wolno nam wychodzić z internatu. Miło <3.

No ale zaczęliśmy kolejne obcowania z kulturą :P. Wiedzieliście, że według Kartezjusza dusza jest w szyszynce? No bo to był jedyny narząd, którego w czasach mu współczesnych nie znano zastosowania.
W każdym razie na pierwszy ogień Anna Świrszczyńska “Dusza i ciało na plaży”
http://gosh99.republika.pl/Poezja/dusza.htm
Fajne to ciało. Takie bezproblemowe :).

O podobnej tematyce “Dusza z ciała wyleciała” autora średniowiecznego.  –> http://sredniowiecze.klp.pl/a-7326.html

Kolejne ładne hasło dnia “Traktujmy teksty literackie jak płot. Jak taki pijak chce wrócić do domu i złapie się płotu, to sztacheta po sztachecie – dojdzie”. Oraz tytuł, który profesorowi Lubiewiczowi chyba średnio wyszedł. Raczej chodziło o coś innego, ale wyszło tak :).
W każdym razie dowody na istnienie Boga św. Tomasza z Akwinu, a następnie jeden wielki spoiler “Procesu” Kafki. I tutaj znów walka na tezy: przyjmujemy, że Boga nie ma. Śmierć jest karą. Na pierwszych zajęciach doszliśmy do tego, że śmierć jest neutralna, ale zapewne z punktu widzenia Kafki śmierć jest karą. A kto mnie ukarał? Ciekawy problem poznawczy, nie? 😉 Dobra, może znów tylko mnie to śmieszy w końtekście tych trzech dni ❤ :).
I znów wracamy do dyskusji filozoficznych: grota platońska, Carpe Diem vs. Memento Mori, świat idei… Jednym słowem pojazd na dziś : odejdź, jesteś tylko przemijającą materią! 😀

Po południu na wycieczkę po Wrocławiu. Miło się zwiedzało c: Urszulanka, która Gosią jest bardzo rzadko opowiedziała nam co nieco o szkole, mauzoleum Piastów Śląskich (“Polecam, idźcie tam, bardzo ciekawe”) i innych zamieszkujących ją ciekawostkach (“Jest też mauzoleum jakichś sióstr niemieckich. Tam jest strasznie, tam nie idźcie”).  A w ogóle to nie wiedziałam, że na chodniku przy Urszulankach jest krótka historia Wrocławia w obrazkach :D.
Wysłałam tacie pozdrowienia z wydziału germanistyki, ucieszył się :).

Wieczorem trwała integracja, ale to jest materiał na spokojnie calutki następny wpis, który pojawi się niebawem.
Posłałam dzisiaj mój plan tygodnia na księżyc, innymi słowy do śmieci i czuję się cudownie wolna. I nikt (pomijam, że to byłam ja…) nie będzie mi narzucał, co mam robić. W końcu :).

Audycja zawierała lokowanie produktu :)

Powiem szczerze, że strasznie się na to cieszyłam. Była perspektywa opuszczenia trzech dni w szkole, a za to słuchania wykładów, bądź brania udziału w zajęciach polonistycznych w LOXIV we Wrocławiu. To, że nikogo miałam nie znać, czyniło “wyjazd” (no bo bardzo daleki) jeszcze ciekawszym :).

W środę ok 10.30 zjawiłam się w internacie razem z rodzicami, którzy ulotnili się oddawszy mnie pod opiekę. W pokoju byłyśmy w siedem. A właściwie, można powiedzieć, w trzech podpokojach – dwójce, trójce i czwórce (czyt. w efekcie dwóch dwójkach i trójce). 2 dziewczyny z Góry (Ania i Patrycja-nieprzewidywalna) zajęły sobie dwójkę, drugą dwójkę zagarnął Strzegom (Malwina i Jagoda), a my wylądowałyśmy w ekipie Jawor – Bolesławiec – Wrocław (Klaudia, Zuza i ja). Poza nami trójka chłopaków (Wrocław, Kąty i Oborniki – Konrad, Stachu/siu/nisław, Janusz) oraz Urszulanka (rzadziej używane Gosia), Strzelba – Kasia i Julia. A, no i spoza internatu – Szalonooka urszulanka nr 2 i, z tego co pamiętam, to Urszulanka nr 3.

Ok. godziny 11.00 przywitał nas pan wykładowca czternastkowo-uniwersytecki, przyzwyczajony chyba do kwadransa akademickiego ;). Zostało nam przedstawionych 9 tablic z laureatami i finalistami olimpiad przedmiotowych, potem biblioteka (kusi, kusi… wygląda pięknie, nowocześnie i jest naprawdę dosyć duża ), a potem sala, która miała nas przerazić – trochę starsza niż cała, cudnie nowoczesna, reszta, najnormalniej w świecie wyposażona klasa w suterence. Z perkusją, komputerem i projektorem :). Jako ciekawostkę dodam, że przed tą salą był pewnego rodzaju przedsionek, w którym stały pomalowane i połamane krzesła i fotele oraz kilka poustawianych na sobie ławek – w sumie nikt nic nie mówił, ale kilka osób pomyślało, że mamy się przerazić właśnie tego… Z przedsionka można się było wydostać kilkoma drzwiami – przez jedne przeszliśmy, a za drugimi były papugi.(Drugiego dnia zastanawiałam się, czy faktycznie słyszę ptaka, czy mi się tylko wydaje… 🙂 ).

Początek zajęć zajęła jeszcze, oczywiście, LOXIV, potem jednak przez dyskusję o sposobie pisania (Szalonooka, drugoklasistka, dwukrotna laureatka zDolnego Ślązaka z historii, w czasie wolnym napisała kiedyś 40-stronicowe wypracowanie, a aktualnie pisze powieść, której pewnie nigdy nie skończy, o oblężeniu Krakowa w czasie potopu szwedzkiego) przeszliśmy do ks. Hellera (może przez wpis będę podrzucać linki. Było to dosyć ciekawe, więc można się zapoznać 🙂 ) i realcji pomiędzy wiarą a rozumem. Szalonooka (stąd jej imię), która pojawiła się jedynie na tych pierwszych zajęciach (podobnie jak trzecia Urszulanka, jeśli w ogóle istniała) rzucała na wszystkich swoje złowieszcze spojrzenia. Co do tego wszyscy są zgodni, ja jednak nie mogę tego stwierdzić, gdyż siedziałam za nią, a chyba nie opanowała umiejętności odwracania głowy o 180*. Podobała mi się jej argumentacja, szkoda, że się wykruszyła. Pobalansujmy zatem pomieddzy racjonalizmem a fideizmem… Skoro fizyk i ksiądz, to czyż to się nie wyklucza? I co z tego, że św. Augustyn, cytując z lekcji Daniela, która mi się, notabene, bardzo przydała “Wierzę aby zrozumieć, rozumiem aby uwierzyć”. W sumie nasz pan Profesor (jak go nazywał Stachu, nie mogąc się przyzwyczaić do formy istniejącej w świecie realnym) Lubiewicz chyba nie podawał nam stwierdzeń, tylko tezy, co nie zmienia faktu, że dało się z nim nie zgadzać, i dzięki tym jednym zajęciom mam materiały na co najmniej jedno, interesujące dla mnie, kółeczko teologiczno – filozoficzne nr 9 i 3/4. Ach, herezyjki, herezyjki ;). To, co ja tam usłyszałam, to chyba musiałam źle zrozumieć :P. Ale Szalonooka godnie broniła tez doktryny religii katolickiej :).

http://tygodnik.onet.pl/32,0,12178,2,artykul.html

Po Hellerze przyszedł czas na Leśmiana – http://literat.ug.edu.pl/lesman/dziewcz.htm. Ciekawe, czemu próżnia ze mnie nie drwi… Próżnio! Próżnio!… Ojej, chyba nie istniejesz :).
No dobra, wiem, że sens był inny, ale mimo wszystko, mnie to w potocznym rozumieniu śmieszy :).

Dodatkowo Arystoteles i kwestia sporna istnienia drugiej strony ściany, las egzystencji i barokowy Blaise Pascal, któremu z rachunku prawdopodobieństwa wyszło, że lepiej jednak wierzyć (tagi: wiara, rozum).

Dalej przez egzystencjalizm świecki, który dzięki naszej polonistce ogarnialiśmy przez 45 minut. Zresztą polonistka takie nauczanie filozofii nazwała świętokradztwem :P. Wg. p. Lubiewicza bez filozofii nie da się interpretować tekstów, a jego uczniowie tekst, który my rozwalamy przez godzinę, rozgryzają w 2-3 minuty. Zapewne ma rację. Patrz tytuł.

Na obiedzie objawił się temperament twórczy Kucharza – gościu walnięty jak 2*2. Nie przestawał się śmiać, co było trochę dziwne, bo nie dostrzegłam w nim zbyt wiele powagi. Przykład? Wychowawczyni pyta, gdzie jest jeszcze jeden chłopak, bo szedł pierwszy, a czekaliśmy na dwóch. I idzie kucharz. Wychowawczyni pyta gdzie jest. Kucharz mówi – idzie. W: Ale drugi. K: No idzie. W: No ale ten oprócz tego. K (po chwili zastanowienia): Robi kupę. I z dzikim śmiechem wpadł do kuchni…

Kocham ludzi z 14-tki. Pytanie nasze – co to jest supozycja? Odp: Hm… Odmiana presupozycji (chyba że na odwrót). – A co to jest presupozycja – no… rodzaj czegoś na i (czego nawet nie umiem powtórzyć). Pozdrawiam :).

Przed zajęciami popołudniowymi zdecydowaliśmy się zrelaksować ;). Poszłam z Konradem na bilard (o czy moja klasa, dzięki Celi już wie 🙂 ), a Zuzka ze Stachem na ping-ponga – potem się zamieniliśmy. Czadowo się gra jedną ręką, drugą trzymając telefon i tłumacząc, że możesz pozdrowić koleżankę, ale właściwie to kolega… 🙂 Na ping – pongu, już ze Stachem, odbijaliśmy od ściany, zwłaszcza że stół stał bardzo blisko niej. Kolega tworzył przy okazji frazeologię – lepsza ściana w garści niż gołąb na dachu, nie pchaj palca między ściany, lepiej przed ścianą niż za ścianą, darowanej ścianie nie zagląda się w zęby…

Na następnych zajęciach – Rymkiewicz –> http://www.agaludka.republika.pl/rymkiewicz/ogrod.html
Kiedy p. Lubiewicz opuścił na chwilę salę, atmosfera się rozluźniła. Może racja, że jak stan takiego natężenia mózgowo-myślowego mam odczuwać codziennie, to wolę LD IV 🙂

Pierwsza noc bez niespodzianek – “Tabu” Kingi Dunin na dobranoc.

C.d.n.

 

Druga część – Bedziecie żyli aż do śmierci

Oto i jest. Zaprzestaliśmy histerii, jak pies chciał do domu to wchodził, chciał na zewnątrz, to wychodził. Przyzwyczaiły się do siebie dnia ostatniego (jak to na swoim blogu napisała moja mać najdroższa “A potem była zmiana, pies Figiel lizał Nantana”) . W niedzielę zaliczyliśmy po mszy znów konną wycieczkę, a potem się byczyliśmy 😛 Jak należy.

W poniedziałek, po koniach, pojechaliśmy do autora powiedzonka o tym, czy Chełmsko miastem czy wsią. Rezyduje on w jednym z 12 apostołów. Właściwie to już chyba 11, bo Judasz spłonął. W każdym razie fascynat… Fascynat jakiego ze świecą. Fajny taki, tylko że chce Chełmsko do życia wrócić, a jakoś nikt mu nie chce pomóc, a władze najbardziej chcą przeszkodzić… Ale opowiedział nam sporo ciekawych historii. Zamówiliśmy polecony wcześniej specjał “Bombę apostoła” i słuchaliśmy (choć mama przed chwilą mnie uświadomiła, że się w pewnym momencie wyłączyła).

Kiedy poszliśmy jeszcze za domek (notabene, chcą 11 zabytkowych mieszkań komunalnych sprzedać razem z lokatorami za jakiś milion) i zanurzyliśmy ręce w źródełku (ale czad 🙂 ) – woda była, rzecz jasna, “odkręcona przez Pana Józka”. Ale było śliczne :P. I został nam zagwarantowany tytuł :P.

Później odstawiliśmy mamę do Płaskowa, a sami pojechaliśmy do Krzeszowa do opactwa (po)cysterskiego – pasjonat się śmiał i mówił, że mają opactwo cysterskie bez cystersów… -,- Śliczne, w pełni baroku… Ale (mnie przynajmniej) takie ozdoby wszędzie strasznie rozpraszają :P.
Jeśli chodzi o prima-aprilis, to tylko mama nabrała babcię, że mamy odwilż [he, he]. Natomiast laliśmy się równo :D.

Jak już wspomniałam, ostatniego dnia pieski się nawet polubiły i Figiel zostawał na dworze z własnej woli. Zdecydowaliśmy się na jakiś kolejny weekend w maju/czerwcu i wsiedliśmy w autko w drogę powrotną.
Tak gwoli skończenia relacji ;).