Monthly Archives: May 2013

Szlakiem historii Europy – zbiórka wyjazdowa Strzelin

W sumie może warto o niej wspmnieć? 🙂 Pogoda była podobna jak teraz, innymi słowy szaro i deszcz – wsiadłyśmy w pociąg wczesnym popołudniem, na dworcu napotykając uprzednio drużynową Olszyny, z którą jednakowoż nie zamieniłyśmy słowa, stwierdzając jej byt :). Wysiadłyśmy w Strzelinie i pierwsze kroki skierowałyśmy do mieszkanka mojej babci po ulotkę z mapą wskazującą trasę szlaku historycznego. Odbywszy go od Bitwy pod Wiedniem po Solidarność wróciłyśmy przez Tesco do ww. mieszkania, coby coś ugotować, wyszło tak, że zostałyśmy uraczone taką ilością zupy, że już nie miałyśmy najmniejszej potrzeby wykorzystywania naszych zakupów, czas przeznaczony na gotowanie zużyłyśmy natomiast na naukę gwiazdozbiorów. Zamieniłyśmy zatem mięso na kanapki na drogę powrotną i powlokłyśmy się do aquaparku – tam zawody pływackie i korzystanie z wszelkich innych obecnych tam ustrojstw :). Stamtąd trybem ekspresowym po dwóch godzinach z powrotem na dworzec.
A tak podsumowując – oto jest rozwiązanie, jak w czasie jednej zbiórki zaliczyć “poznawanie swojej małej ojczyzny” i coś na kształt “wizyty w parku linowym” oraz nauki gwiazdozbiorów zmieścić na jednej zbiórce (czytaj: praktycznie wszystkie zadania z cyklu) i jeszcze ten cykl wygrać. Bo od tego jak to pogodzić w ogóle zaczął się pomysł :).
Obecne: Mery, Julka, ja
Absencja całej reszty.

Szybkość niejedno ma imię…

…odwołując się do końcówki postu poprzedniego.
Trzeciego dnia, i ostatniego, po pobudce i śniadaniu udałyśmy się na plac apelowy, żeby odbyć ostatnią część WG – w sumie nie miałyśmy szans, ale chodziło o to, żeby się dobrze bawić… 🙂 Punkty rozstawione na całej długości drogi, + bonusowo księdzu w kaplicy (żeby nie było, NASZ księdzu 🙂 ). U każdego krasnoluda 3 pytania/punkty do zrobienia – bardzo różne, od kończenia przysłów, po stolice, najwyższy szczyt Gór Izerskich (dobry ogar, że właśnie tam jesteśmy…) i grę w chusty. Księdza nie znalazłyśmy, czego nie mogłam sobie wybaczyć, ale ta część również poszła nam bardzo dobrze – no, może oprócz wstępu, gdzie dostałyśmy alfabet elficki i miałyśmy ułożyć 2-słowną wiadomość. Wszystko spoko, jeno nie ma wszystkich słów, więc skończyło się na “pozdro, elf” :P.
Potem jakie 2-godziny na demolkę, Hania przyszła do nas, przedstawiłyśmy jej nasz piękny zabandażowany stół, ona zabiła nas jednym, acz celnym pytaniem – czy nie mogłyśmy go zabandażować BANDAŻEM? 😀 Bo naprawiony był, nie wiem, czy wspomniałam, woreczkami foliowymi i sznurkiem… Przewodniczki, które przyszły oceniać pionierkę cisnęły z tego, że mamy nawet instrument muzyczny (sznurki, mocujące “bandaż” do drzewa).
Poszłyśmy następnie pod altankę, czyli do kaplicy – Zosia i Weronika złożyły przyrzeczenie, a potem jeszcze uczestniczyłyśmy w śpiewograniu – Hanka z Bobra uczyła nas radosnej piosenki o murzynach, co szli po pustyni, później był jeszcze nasz kochany osioł (polska wersja this is story of my pony) i weselić się będzie pląsaniem panna :P.
Na dobry koniec msza święta, razem z gromadą rząsińską, prowadzona przez duspasteza Rząsin właśnie. Ale był to kapłan o tyle nietypowy, że podczas kazania oczekiwał odpowiedzi na swoje pytania jak się okazało niekoniecznie retoryczne. Kiedy jej nie otrzymywał kazał nam wstać (co powtórzyło się będzie ze 3 razy) na melodię Oh, my darling, Clementine “Łoby dalej, łoby dalej, łoby dalej tak nam szło, łoby dalej, łoby dalej, łoby dalej tak nam szło”. Kazanie pomogły mu prowadzić wilczki, a potem wyciągnął na środek Akelę i przyboczną gromady, że oto są maturzystki, i że módlmy się za maturzystów :). Na koniec dostałyśmy wizerunki Matki Bożej Krzeszowskiej :).
Część sprzętu przyniosłyśmy przed mszą, część po mszy, wgl to zastępowe zostały na radzie, ale pomogły nam Zosia i Weronika z Koszatki i Marta i Asia z Sarny. Miła gromadka, choć okazało się że w tak licznej liczności niepotrzebna. Marta zaliczyła małe zdziwienie, kiedy dowiedziała się, że to, co było wrzeszczane na pół lasu, to nie było “za 10 minut odchodzi ksiądz” tylko “za 10 minut odchodzi Lord” co znaczyło, że demontują latrynę.
W każdym razie, jak już wszystko było gotowe i zdemontowane, przed wyjazdem nie mogło zabraknąć apelu kończącego – i Wrocław jak zawsze górą 😛 😛  Bo otóż Wielką Grę wygrał Chart, pionierkę i olimpiadę Sarna, a fabułę Bóbr. Kraal otrzymał w prezencie drobne upominki bądź też kwiatki, który to kwiatek przyboczna Olszyny wbiła obok siebie w ziemię. Wyglądało to ślicznie :). My natomiast otrzymałyśmy piękne wstążeczki za udział i po cukierku :).
No ale przyniosłyśmy sprzęt do końca i powoli zaczęłyśmy się ładować do autobusu.
I w niedzielę z tej metaforycznej Hawany zwinęłam się na chrzciny – pozdrowienia dla Zuzanny (Zuzanny Marii?).

Pararararararararara…

Z tamtym tytułem to się trochę pośpieszyłam, ale i on znajdzie swoje wytłumaczenie. Ten, pozornie idiotyczny, również :). Ludzie, co to jest, żeby przez 2 tygodnie nie zdążyć nic napisać… o.O
W piątek radosne dzień dobry i z samego rana zapraszamy do kaplicy. Emilka przyszła nas obudzić i dłuższą chwilę domagała się z wnętrza namiotu jakiegokolwiek potwierdzenia naszego wstanięcia :P. Po mszy zjadłyśmy śniadanie, a po nim miały odbyć się warsztaty – w sumie nikt do momentu rozpoczęcia zapisów nie wiedział jakie będą, a że chodziły zapisywać zastępowe, to była lekka loteria fantowa ;). W końcu Julka zapisała się na węzły, Mery na makramę, a mnie na szyfry (że podobno szybki sposób na opanowanie semafora). Moją część prowadziła niejaka Basia Lordzik* – z naszej drużyny gościła tam jeszcze Kaja, Nati i Basia, która miała być naszą Basią :). W sumie to galopkiem przez wszystkie szyfry, nie powiem, żeby było to jakieś bardzo ambitne. Może inaczej – dobre dla początkujących zastępów, które nie znają morse’a i nie widzą potrzeby, żeby się go nauczyć :). W każdym razie przez chwilę przełączywszy świadomość na działalność dwufalową zaczęłyśmy z Kają rozprawiać o jednym z szyfrów, których w programie nie było… Za karę potem biegłyśmy do szlabanu i z powrotem. Topografia patrzyła jak na idiotki, ale było śmiesznie ;). Potem w każdym razie byłyśmy już w miarę cicho do końca, którym była gra. Pierwsza rozwiązała wszystko Nati, za co otrzymała czekoladę. Druga przedostała się do rąk Basi U., która według Basi H.(L.) zrobiła podczas warsztatów największe postępy. Wg. Basi H.. Bo według Basi U. wyglądało to odrobinkę inaczej… 🙂
Jak się później okazało, węzły plotły kosze i robiły zaciosy :D. Najbardziej mi się podobała topografia, z tego co opowiadały dziewczyny – wyznaczały np. wysokość drzewa na podstawie twierdzenia Talesa…
Następnie Apel Ewangeliczny, a potem obiad – czyli, powtarzając za Niekrytym Krytykiem z Telezakupów “naleśniki?!” :). Basia będąca wsparciem naszej drużyny okazała się nim w wymiarze praktycznym i rzeczywistym, rozpaliła nam ognisko, kiedy nam to za Chiny nie wychodziło, za co dostała pozwolenie fotografowanie nas w dowolnie wybranym przez nią momencie. Kolejnym punktem była Wielka Gra – muszę dodać, że informacja ta była tak pilnie strzeżona, że Tereska i Emilka mogły się nauczyć, jak ukrywać tajne przekazy – mianowicie należy ująć je w planie wiszącym na placu apelowym :). Na początek należało podać nazwy przedstawionych przez krasnoluda gwiazdozbiorów – powiem, że ambitnie, wzbiłyśmy się ponad poziom Kasjopei i Wielkiego Wozu – był Pegaz, Herkules… Następnie wyruszyłyśmy w drogę, ze szczęśliwie pożyczonym od Łasicy kompasem. Pierwszy punkt nie był daleko – tuż za zakrętem praktycznie – należało zrobić świecznik (tu specjalne podziękowania kieruję, za przypomnienie naszej kochanej drużynce o świeczkach). Renifer nie byłby reniferem, gdyby nie chciał szukać patyczków po drugiej stronie rzeki – Julka przeskoczyła. Z powrotem było gorzej, ale też się udało 🙂 – zaniosłyśmy nasze dzieło do stacjonarnego krasnoluda, przekazując nasze nadzieję, że wspomoże naszych towarzyszy w walce, po czym ruszyłyśmy dalej, przekształcając Wiklinę wzorem piosenek z czwartkowego ogniska. No i idziemy. I idziemy. I Czapla idąca przed nami skręciła. Ale przecież to nie miało sensu. My idziemy dalej – Łasica za nami. No i idziemy. Z mapą się przecież zgadza… I mijamy parking jakby. No, to dalej. A przed nami domek, gospodarstwo, przy gospodarstwie dróżka. Ale… nie, to chyba jednak nie tędy. Zwłaszcza, że dwa radosne, powiedzmy, pieski, stanowczo odradziły nam pójście tą trasą. Rzekomo wcześniej, jak jechała tamtędy znajoma Łasicy, to skakały na samochód… No ale Mery idzie dalej. A pieski też idą, ale do przodu… Hm… obyło się bez ran szarpanych i kłutych, ale zwinęłyśmy się prędko i wybrały minięty zakręt w prawo. Łasica w połowie się odłączyła, twierdząc, że to znów nie ta trasa, a my w końcu ujrzałyśmy punkt, więc Julka pobiegła zawołać odwrócony zastęp z powrotem :). Punkt co prawda był w lekkiej rozsypce, wyszywał wstążeczki, a brodę trzymał na szyi, ale szybko się ogarnął :). Do zbudowania tratwa, a do ustrzelenia z łuku tarcza. To drugie, to tak średnio wyszło, ale tratwa całkiem spoko – w każdym razie heja przygodo! Co prawda punkty miały być zdobywanie chronologicznie, a my ominęłyśmy Gandalfa, ale co tam – idziemy. Na płocie wisi kartka, no to spisałyśmy treść. Minęłyśmy się z Koszatką… O tak, tu zaczęła się zabawa “idźcie lewo, potem w prawo i generalnie trzymajcie się cały czas ciemnej dróżki. No i nie przejmujcie się, bo tam długo nie ma punktu…”. Co znaczyło długo, miałyśmy się boleśnie przekonać :D. No więc poszłyśmy za radą Koszatki. I idziemy, a punktu, zgodnie z opisem, długo nie ma, to idziemy dalej… I widziałam bażanta. Miastowa jestem, to się cieszę, pierwszy raz w życiu na żywo, w kolorze i w full-HD :D. Ale Renifer zawsze znajdzie miasto – doszłyśmy otóż do drogi. Wcześniej próbowałyśmy iść na azymut, ale w zasadzie to nie miałyśmy pojęcia, gdzie jesteśmy, więc azymuty nie miały sensu… A mogło przestać być wesoło, bo zapasy jedzenia się skończyły ;). W tym właśnie uroczym momencie Julianna przypomniała nam o obronnym znaczeniu szyku, którym zdecydowałyśmy się iść – zastępowa jakby co pierwsza broni, czołowa organizuje ucieczkę. Telefon odciszony na wypadek telefonu od Emilki, bo punkty schodzą za 5 minut… Tia, no ale drogi właściwej nie ma sensu szukać, wrócimy tą samą, przynajmniej na pewno dotrzemy do obozu :). Ale po drodze minęłyśmy zejście i skrót, bardzo miły, tylko znów prowadzący przez pieski. Zastępowa nasza postanowiła sprawdzić, czy nie ma tam jakiegoś gospodarza, co by psy wziął, bo faktycznie byłoby nam bliżej. Po 5 pytaniach z serii, zastanów się, czy za to Emilka by cię ochrzaniła (bo w głowie Julki pojawiła się wizja ochrzanu za zgubienie się Renia) postanowiłyśmy podejść ten kawałek razem. Mery zostawiłyśmy na górze, ja sobie odrąbałam pobliskiego kija (potem miałam kostur, bo draństwo duże było 🙂 ), ale nie dane nam było przejść 20 metrów, bo pieski cholerne dobry węch mają. I lubią szczekać. I biegać tez lubią. Gospodarza nie było. Miałyśmy bardzo bezpieczną strefę bezpieczeństwa, więc zniknęłyśmy w lesie zanim zdążyły podejść bliżej. A tam…  znów minęłyśmy punkt, którego czasowe mieszkanki były bardzo zdziwione, że tędy wracamy, pokazały nam właściwą, krótszą przy okazji, drogę. I tu czas wyjaśnić tytuł poprzedniego postu. 5 minut po tym, jak wytłumaczyłyśmy, że poszłyśmy nie tak i wracamy, do Julki zadzwoniła Emilka, z pytaniem, czy już się znalazłyśmy :D. Tytuł, sprecyzuję, właśnie cytatem z Julianny.
Przed wejściem do obozu znów zaczęłyśmy śpiewać, tym razem przekształcone “Hej ho!” aczkolwiek tuż przed groblą skończyłyśmy, żeby nie było sarnowato jak  za czasów dominikańskich.
Chart na kolację gotował mleko, więc postanowiłam do nich dołączyć i spróbować trochę uwędzić spodnie od dresu 🙂 w tym czasie Mery i Julka zebrały się na kolację do Skowronka. Okazało się, że nasz twarożek i śmietana się zepsuły, więc zjadłyśmy sałatkę, którą ww. zastępowi pomogłyśmy robić. Później przygotowałyśmy scenkę na ognisko – nieważne, że każda kolacyjna grupa miała inny temat – kiedy wracałyśmy do namiotu zewsząd było słychać “I uciekamy, a wy gonicie i potem walczymy, a potem…”.
Chart zrobił awangardowo – z książką scenka miała wspólny temat – ale to była chyba najśmieszniejsza ze wszystkich. W oryginale olbrzymy porwały i Hobbita i krasnoludy – u 2dw i 4dw zaczęły płakać, a Bilbo usiłował krasnoludami je nakarmić. Ale wybredne były – ten tłusty, ten łysy. I konsekwentnie płakały :D.
Pararararararararara to było tło muzyczne do sztuczek magicznych, których uczył nas Thorin – rodem z ogniska wspólnego z Łomiaqnkami i z 1. DW. Mam dwa palce… i drugie dwa palce. Parararararararara – pac! I już mam 4 w jednej ręcie. Czaaary… :D.
Po ognisku zastępowe wraz z Weroniką i Zosią udały się na Sąd.
Spodni nie udało mi się uwędzić, więc spałam w rybaczkach, tym razem pochowawszy wszystkie rzeczy do plecaka. Zresztą nie było potrzeby, bo deszczu aż takiego już nie było. A w nocy “Gollum, Gollum! Gdzie jest Gollum?!” – drużynowa Rząsin, eh bien,  Thorin Dębowa Tarcza nie zamierzał dać nam pospać. “No jak nie chcecie mi pomóc, to wcale nie musicie…” – rozlegało się pośród nocy… 😀 Technika robienia pajacyków na nocną rozgrzewkę zaproponowana w Błotnicy przez Tereskę znów zadziałała fenomenalnie. Dostałyśmy zagadkę, odpowiedź miałyśmy zanieść Gollumowi – zagadki oczywiście książkowe – Gollum był Emilką i siedział na drodze, wróciłyśmy po następną zagadkę, ale coś nie grało. Mery pomimo naszych próśb jakoś nie chciała się pospieszyć. Dopiero Dorota zauważyła, że leci jej krew z nosa. Nasza uwaga skupiła się więc na aktualnym problemie, ale potem, jak Gollum z drogi zszedł, dostałyśmy od Thorina trzecią zagadkę. Dobranoc, do zobaczenia jutro, a właściwie już dziś :).
Mam nadzieję, że uda mi się wrzucić dzień trzeci i ostatni w miarę szybko – w sumie był chyba najkrótszy, ale i tak bogaty :).

*jak w poprzednim poście

“Komunikacja między przewodniczkami jest lepsza, niż pomiędzy mną a mapą…”

Postanowiłam sobie, że tym razem napiszę opowiadanie. Dotychczasowe wpisy mają w sobie chyba nieco więcej reportażu, więc wydaje mi się, iż zaczyna się robić nudno :). Choć raczej i tak będzie wiadomo, czy przedstawione wydarzenia naprawdę miały miejsce, czy nie i może właśnie leżę z grypą w łóżku, albo na hamaku na Hawanie, to myślę, że opowiadanie zachowa choć troszkę większy dystans :).
***
Pod kościołem pw. św. Wawrzyńca stały kilkoosobowe grupki. Z miłą chęcią policzyłabym średnią wieku, ale szczerze mówiąc nie chciało mi się zbierać danych ;). Grunt, że większość osobników w wieku lat 12-17, reszta chyba maksymalnie dwadzieścia kilka. Czekały na resztę osób z zastępów, oczywiście rozmawiały – trochę o egzaminach, trochę o rozpoczynającym się wyjeździe. Julka i Marta na widok tablicy na ścianie budynku zaplanowały wspólne wyjście na Eucharystię w niedzielę za tydzień na 16.00, przeznaczoną dla ludów hiszpańskojęzycznych. Marta była głęboko rozczarowana brakiem dziecięcego, niepohamowanego zachwycenia i ekscytacji pomysłem. Bardzo możliwe jednak, iż owa zgoda przykryta jedynie pozorną obojętnością była spowodowana nagłym wykruszeniem się jednej członkini zastępu, a w związku z tym brakiem tak potrzebnego narzędzia, jakim jest zdecydowanie na wyjazdach harcerskich kompas.
Po załadowaniu plecaków i przybyciu spóźnionych autokar ruszył, by po dwóch godzinach , minięciu skupu ślimaków, nauki jazdy “LHubert”, Złotoryi oraz Lwówka i Gryfowa Śląskiego dojechać do lasu w Olszynie Dolnej w Górach Izerskich. Przyjechał tam nie tylko Wrocław, gdyż w terenie zalesionym rozgościła się już Legnica, Rząsiny i Olszyna właśnie. Przyszedł czas na rozkładanie namiotów, po raz pierwszy w tym roku, oraz budowanie stołu – innymi słowy pionierkę. Po żerdki trzeba było przejść przez rzeczkę szerokości maksymalnie 0,5 m i przez podmokłą, ale jeszcze nawet prawie suchą łączkę. Oczywiście nikt tego nie widział, ale jednemu zastępowi, przez konspirację nie powiem któremu, przy przerzucaniu na drugą stronę żerdka brzozowa wpadła sobie do wody, a i parę osób zaliczyło kąpiel powyżej kostek ;). Niemałe zakłopotanie we wszystkich wzbudził fakt, iż w namiocie Charta- zastępu z 2. Drużyny Wrocławskiej – zabrakło pałąków. Dziewczyny poradziły sobie jednak, rozwiesiwszy i rozłożywszy w odpowiedniej konfiguracji własne oraz pożyczone plandeki.
Wkrótce na plac apelowy spłynął barwny potok proporców i okrzyki dotyczące Harców Majowych były słyszane na drugim końcu lasu. Odezwały się znajomości sprzed roku, ale nie tylko, bo i późniejsze. Wiele osób z 2 DW cieszyło się na kolejne spotkanie z czwartowrocławskim Bobrem. Drużyna powstała na początku roku otrzymała już własne, liliowo-srebrne barwy, pieszczotliwie zwane świnką w zbroi :).
Po zameldowaniu Dolnego Śląska w gotowości do przeżycia przygody przez Dorotę Lordzik* świat Zawiszy pozostał w oddaleniu, bowiem właśnie łąką do nory Hobbita zmierzał Gandalf. W swoim czarodziejskim, migocącym jak 4 diabli kapeluszu wyglądał uroczo- choć może była to kwestia aktorki, której osobowość ujęła widzów i systematycznie, zapewne, ujmuje serca całej Legnicy (ew. Wrocławia, bo nie wiem, czy poza imprezami zawiszackimi Gandalf często się tam pojawia).
Ech, czy naprawdę musiałam zauważyć dopiero teraz, że tak naprawdę to też jest relacja, tylko z narratorem 3-osobowym…?
Przed ucztą dla ciała odbył się jeszcze apel ewangeliczny, w przypadku Renia w otoczeniu namiotowym – czołowa bardzo się ucieszyła, a nie chce wypowiadać się za resztę, że pomimo zagrożenia wywołanego zapaloną świeczką, udało się nie spłonąć całemu zastępowi. Może to była zasługa św. Floriana, którego wspomnienie zostało obeszte na wyjeździe? 🙂 W każdym razie po przygotowaniu obiadu, którym dla Renifera stał się makaron ze startym serem i przecierem pomidorowym – specjał kuchni a’la spaghetti bez mielonego, zjedzonego przy stole z 4 idealnych i jednej spróchniałej, złamanej i zabandażowanej deski, odbyła się Olimpiada Sportowa. Choć niektórym pomysł, żeby wziąć w niej udział w mundurach, wydał się co najmniej dziwny, stadko tak właśnie ubranych, w teorii krasnoludów, czego w tym wypadku trochą nie było widać, pojawiło się przy kaplicy. No nic, w każdym razie zdjęcia do Gniazda będą ładne :D… Elfy pomagały dzielnie, licząc punkty, przesuwając linię mety i osądzając spory oraz wyjaśniając zasady konkurencji, co było tym pokrętniejsze, że najliczniejszy zastęp miał osób 7, a najmniej liczny (nie żeby jakiś konkretny) 3, a nie jestem pewna, czy nie zdarzył się i 2-osobowy. Tak jest, faktycznie, i była to Czapla. Cóż, ciężko było to troszkę pogodzić – chociażby napełnianie woreczków wodą na czas – wiadomo, że 14 rąk zrobi to szybciej niż 4, a worków tyle samo… W każdym razie po popychaniu gąbczastej piłki proporcem, przekazywaniu jej sobie, tym razem bez dłoni, rzucanie do miski i inne zabiegi, między innymi układ aerobikowy reprezentujący zastęp, w którym notabene zrobiłyśmy tyle błędów, ile się dało, wycieńczone zastępy udały się z powrotem do namiotów. Wizje przedstawiały chwilowo jedynie mszę świętą prowadzoną, a już na pewno kazanie, przez naszego wrocławskiego księdza :). Piosenki, no bo pieśni to nie bardzo, mszalne po tych trzech dniach dręczyły mnie przez kolejne 3 dni, a są takie ładne, że jak sobie którąś przypomnę, to znowu będą mnie dręczyć 😉 np. “Ziemia”, “Dzielmy się wiarą jak chlebem”, “Jezus swoją Matkę pozostawił”… Ach :D. W ogóle bardzo mi się podoba to, że można zapałać do człowieka sympatią, nie zamieniając z nim słowa – ja tym uczuciem zapałałam (o ile można zapałać sympatią…) do przybocznej Olszyny. Fajny człek, uśmiechnięty, radosny i z gitarą, prowadził próbę śpiewu przed mszami właśnie ;).

Ale czasu wolnego, który pozostał po kolacji nie można zmarnować, zwłaszcza po wieczornych, obozowych wprawkach, i ambitnie postanowiłam, że pójdę zagotować wodę na herbatkę. Zresztą nie chodziło nawet o marnowanie czasu, tylko na moją zabójczą ochotę na ten ambrozjowaty, w leśnych chwilach, napój :). Pozbierałam zamówienia, Chart nie chciał, ale Kaja zaproponowała, żebyśmy może zrobiły na jej kuchence gazowej, której oczywiście nie miały, tak oficjalnie :). No więc potem już sobie siedziałyśmy jeszcze z częścią Sarny, woda w końcu się ugotowała, herbatka została zrobiona, ale kuchenki nie udawało się zakręcić… No cóż, pozdrowienia dla Barbary niejakiej P., ponieważ dzięki jej inwencji twórczej głosowałyśmy, czy zapalać zapałkę, czy nie, i czy wylecimy w powietrze… 😀 Jak widać, nie wyleciałyśmy, wypiłyśmy napój ambrozjowaty i po przebraniu w stroje krasnoludów udałyśmy się na ognisko :). Biedny Bilbo, nawiasem mówiąc w genialnej charakteryzacji, nieco był przerażony wielkim zgrupowaniem gości, znów nawiasem mówiąc w równie genialnej charakteryzacji, naradzających się przed wyprawą na Smauga. Ale serio, ciężko było poznać, kto jest kim… Ewentualnie po głosie i w sumie tyle, bo twarze zakrywały maski. Kiedy rum zaszumi w głowie cały świat nabiera treści, wtedy chętnie słucha człowiek starych opowieści –> Żył raz krasnolud, który żywił się wyłącznie pieprzem… etc. :).
Moim zdaniem było trochę krótkie, ale za to na pewno nie standardowe :). Wracałyśmy grzecznie drogą, już nie na chama przez łączkę 🙂 żaby w stawie obok dawały koncert, a powód ich ostrzeżeń poczułyśmy w nocy na własnej skórze, kiedy nasz namiocik odrobinkę przemókł. No, ale Martusia nie nauczyła się jeszcze na obozie, żeby rzeczy trzymać w plecaku :D. Po co? W końcu w namiocie, to bezpieczne. A najinteligentniejsze było pozostawienie telefonu w kieszonce przy ścianie :). Na szczęście nie zmókł na tyle, żeby się go nie dało odratować i nawet łaski z normalnym funkcjonowaniem nie robił, za com mu wdzięczna niezmierne, zwłaszcza że był jedną z dwóch rzeczy, których bezwzględnie i koniecznie podczas wyjazdu nie chciałam zniszczyć :).

Dobra, wrzucam pierwszy dzień, żeby nie było, że nie ma. Egzaminy minęły, a ja i tak w ciągu tych 4 dni wolnego miałam niezłą gonitwę :). No, ale największe cuda to się działy w poniedziałki – ten po Harcach i ten wcześniej :). Cóż, wystarczy Pana Boga o coś poprosić i wszystkie problemy usuwają się na bok – e-learning z chemii przesunięty, prezentacje, w które władowałam się bardzo mądrze, znów na 06.05 z powodu zmiany planu przefrunęły na 24.05,  sprawdzian z historii również dał się przełożyć – nauczycielka się nawet ucieszyła, że napiszemy go wszyscy – podobnie po wyjeździe – wszyscy zgodzili się na pisanie na lekcji, a historyczna nie musiała zostawać na konsultacjach. Ale to wszystko to była naprawdę duża pomoc, bo po prostu nie dałabym inaczej rady :D.

Postaram się zebrać. Zaległości mam, i to nie tylko tu, ale i w kronice zastępu. Niedługo zatrudnię moje dzieci – nie chciały się zgłosić same, to będzie indywidualnie. Trudno. :).

*ze względu na tzw. ochronę danych osobowych nazwiska zostały zmienione tak, żeby dało się ich domyślić 😉

No więc gwoli zakończenia :)

Harce w poście następnym.
Integracja trwała – poprzedniego wieczora na grę w bilard i ping-ponga zdecydowała się tylko czwórka z nas, teraz byli wszyscy. Bile słuchały jak się do nich mówiło po niemiecku – na schneller! toczyły się dalej i wpadały do luki, na Nein! się zatrzymywały, a na Nach Berlin! tak wychodziło, że wylatywały ze stołu xD. W pewnym momencie, kiedy zrobiło się już nieznośnie głośno, postawiliśmy na wersję “cisza na morzu”. Wszystko było cudownie. Naprawdę :). Do momentu kiedy Stachu nie postanowił położyć się na ziemi, odepchnąć nogami od ściany i siłą odbicia przejechać pod stołem. Zapomniawszy o poprzecznej belce pod nim, co zakończyło się donośnym, kończącym ciszę i wzbudzającym głośny śmiech kur…. no, powiedzmy, czaczki ;).
Ale, jako że ostatni wieczór mieliśmy spędzić razem, a jak na te 3 dni, to nawet całkiem dobrze się zgraliśmy, to szkoda było kończyć… Więc ok. godziny 22.00 do naszego 9-cio, znaczy 7-osobowego pokoju wbiła ekipa z reszty – Stachu, Konrad, Janusz i Julia. Strzelba, jak ją ochrzczono podczas wspólnego bilardu nie przyszła, co było przedmiotem naszych nocnych dyskusji.
Zaczęło się od butelki. A że jedna z osób lubiła jej wersję z pytaniami wdzierającymi się w sferę, o którą nie powinno się pytać, bo nie, to wcale nie przekonywał mnie komentarz “ale widzimy się pierwszy i ostatni raz w życiu”. Malwina z gry wypisała się od razu, ja chwilę po niej, a do decyzji tej przekonało mnie już pierwsze pytanie. W każdym razie zajęłam się wspaniałym “Tabu” Kingi Dunin. Janusz również chwilkę później wrócił do pokoju spać ;). Ale obserwacja była ciekawa – Konrad czołgał się po korytarzu, wlazł do wanny i w ubraniu oblał się wodą, a Stachu poleciał zrobić sobie ok. 1.30 zdjęcie z mieszkańcami internatu :).
Łoj, teorie spiskowe, które po butelce powstały, to tutaj faktycznie już klękajcie narody. Zaczęliśmy rozmawiać o… Lubiewiczu. I robić z niego jakiegoś wielkiego geniusza, który generalnie od początku robił nas, znów powiedzmy, że w bambuko, i od początku przewidział, że będziemy siedzieć i do 3.00 o tym debatować. Wiedział, że się zorientujemy, chciał nas zmusić do myślenia, a Szalonooka się wykruszyła, bo bała się, że nie znajdzie argumentów w dyskusji z nim. Każde zdanie zaczynała od “rzekomo”, “podobno” i “według”, a nie od własnego zdania. Tak samo sprawa Strzelby – nie ma jej tutaj. Dlaczego? Szukanie odpowiedzi na to pytanie również pochłonęło sporo czasu :D. Generalnie też koło 1.00 wszedł do nas opiekun, z prośbą o ciszę. Co z tego, że po ciszy nocnej dziewczyny są w pokoju z chłopakami – na naszej wycieczce szkolnej groziło za to naganne zachowanie…
W każdym razie powziąwszy plan wygarnięcia Lubiewiczowi, że on sobie “wszystko” – bo co “wszystko” to o tej 3.00 już nikt chyba dokładnie nie wiedział, zaplanował chcieliśmy wrócić do pokojów.
Chłopakom się udało, ale droga do pokoju Julii i Urszulanki biegła przez stołówkę i… zamkniętą kratę… :/ Tak więc dziewczyny nockę spędziły u nas :D.
Następnego dnia czekały nas ostatnie już zajęcia, wizyta telewizji, która przechrzciła mnie na Marię i wyjazd do domu. Potem odsypiałam 13 godzin, ale te 3 dni były genialne 😀