“Komunikacja między przewodniczkami jest lepsza, niż pomiędzy mną a mapą…”

Postanowiłam sobie, że tym razem napiszę opowiadanie. Dotychczasowe wpisy mają w sobie chyba nieco więcej reportażu, więc wydaje mi się, iż zaczyna się robić nudno :). Choć raczej i tak będzie wiadomo, czy przedstawione wydarzenia naprawdę miały miejsce, czy nie i może właśnie leżę z grypą w łóżku, albo na hamaku na Hawanie, to myślę, że opowiadanie zachowa choć troszkę większy dystans :).
***
Pod kościołem pw. św. Wawrzyńca stały kilkoosobowe grupki. Z miłą chęcią policzyłabym średnią wieku, ale szczerze mówiąc nie chciało mi się zbierać danych ;). Grunt, że większość osobników w wieku lat 12-17, reszta chyba maksymalnie dwadzieścia kilka. Czekały na resztę osób z zastępów, oczywiście rozmawiały – trochę o egzaminach, trochę o rozpoczynającym się wyjeździe. Julka i Marta na widok tablicy na ścianie budynku zaplanowały wspólne wyjście na Eucharystię w niedzielę za tydzień na 16.00, przeznaczoną dla ludów hiszpańskojęzycznych. Marta była głęboko rozczarowana brakiem dziecięcego, niepohamowanego zachwycenia i ekscytacji pomysłem. Bardzo możliwe jednak, iż owa zgoda przykryta jedynie pozorną obojętnością była spowodowana nagłym wykruszeniem się jednej członkini zastępu, a w związku z tym brakiem tak potrzebnego narzędzia, jakim jest zdecydowanie na wyjazdach harcerskich kompas.
Po załadowaniu plecaków i przybyciu spóźnionych autokar ruszył, by po dwóch godzinach , minięciu skupu ślimaków, nauki jazdy “LHubert”, Złotoryi oraz Lwówka i Gryfowa Śląskiego dojechać do lasu w Olszynie Dolnej w Górach Izerskich. Przyjechał tam nie tylko Wrocław, gdyż w terenie zalesionym rozgościła się już Legnica, Rząsiny i Olszyna właśnie. Przyszedł czas na rozkładanie namiotów, po raz pierwszy w tym roku, oraz budowanie stołu – innymi słowy pionierkę. Po żerdki trzeba było przejść przez rzeczkę szerokości maksymalnie 0,5 m i przez podmokłą, ale jeszcze nawet prawie suchą łączkę. Oczywiście nikt tego nie widział, ale jednemu zastępowi, przez konspirację nie powiem któremu, przy przerzucaniu na drugą stronę żerdka brzozowa wpadła sobie do wody, a i parę osób zaliczyło kąpiel powyżej kostek ;). Niemałe zakłopotanie we wszystkich wzbudził fakt, iż w namiocie Charta- zastępu z 2. Drużyny Wrocławskiej – zabrakło pałąków. Dziewczyny poradziły sobie jednak, rozwiesiwszy i rozłożywszy w odpowiedniej konfiguracji własne oraz pożyczone plandeki.
Wkrótce na plac apelowy spłynął barwny potok proporców i okrzyki dotyczące Harców Majowych były słyszane na drugim końcu lasu. Odezwały się znajomości sprzed roku, ale nie tylko, bo i późniejsze. Wiele osób z 2 DW cieszyło się na kolejne spotkanie z czwartowrocławskim Bobrem. Drużyna powstała na początku roku otrzymała już własne, liliowo-srebrne barwy, pieszczotliwie zwane świnką w zbroi :).
Po zameldowaniu Dolnego Śląska w gotowości do przeżycia przygody przez Dorotę Lordzik* świat Zawiszy pozostał w oddaleniu, bowiem właśnie łąką do nory Hobbita zmierzał Gandalf. W swoim czarodziejskim, migocącym jak 4 diabli kapeluszu wyglądał uroczo- choć może była to kwestia aktorki, której osobowość ujęła widzów i systematycznie, zapewne, ujmuje serca całej Legnicy (ew. Wrocławia, bo nie wiem, czy poza imprezami zawiszackimi Gandalf często się tam pojawia).
Ech, czy naprawdę musiałam zauważyć dopiero teraz, że tak naprawdę to też jest relacja, tylko z narratorem 3-osobowym…?
Przed ucztą dla ciała odbył się jeszcze apel ewangeliczny, w przypadku Renia w otoczeniu namiotowym – czołowa bardzo się ucieszyła, a nie chce wypowiadać się za resztę, że pomimo zagrożenia wywołanego zapaloną świeczką, udało się nie spłonąć całemu zastępowi. Może to była zasługa św. Floriana, którego wspomnienie zostało obeszte na wyjeździe? 🙂 W każdym razie po przygotowaniu obiadu, którym dla Renifera stał się makaron ze startym serem i przecierem pomidorowym – specjał kuchni a’la spaghetti bez mielonego, zjedzonego przy stole z 4 idealnych i jednej spróchniałej, złamanej i zabandażowanej deski, odbyła się Olimpiada Sportowa. Choć niektórym pomysł, żeby wziąć w niej udział w mundurach, wydał się co najmniej dziwny, stadko tak właśnie ubranych, w teorii krasnoludów, czego w tym wypadku trochą nie było widać, pojawiło się przy kaplicy. No nic, w każdym razie zdjęcia do Gniazda będą ładne :D… Elfy pomagały dzielnie, licząc punkty, przesuwając linię mety i osądzając spory oraz wyjaśniając zasady konkurencji, co było tym pokrętniejsze, że najliczniejszy zastęp miał osób 7, a najmniej liczny (nie żeby jakiś konkretny) 3, a nie jestem pewna, czy nie zdarzył się i 2-osobowy. Tak jest, faktycznie, i była to Czapla. Cóż, ciężko było to troszkę pogodzić – chociażby napełnianie woreczków wodą na czas – wiadomo, że 14 rąk zrobi to szybciej niż 4, a worków tyle samo… W każdym razie po popychaniu gąbczastej piłki proporcem, przekazywaniu jej sobie, tym razem bez dłoni, rzucanie do miski i inne zabiegi, między innymi układ aerobikowy reprezentujący zastęp, w którym notabene zrobiłyśmy tyle błędów, ile się dało, wycieńczone zastępy udały się z powrotem do namiotów. Wizje przedstawiały chwilowo jedynie mszę świętą prowadzoną, a już na pewno kazanie, przez naszego wrocławskiego księdza :). Piosenki, no bo pieśni to nie bardzo, mszalne po tych trzech dniach dręczyły mnie przez kolejne 3 dni, a są takie ładne, że jak sobie którąś przypomnę, to znowu będą mnie dręczyć 😉 np. “Ziemia”, “Dzielmy się wiarą jak chlebem”, “Jezus swoją Matkę pozostawił”… Ach :D. W ogóle bardzo mi się podoba to, że można zapałać do człowieka sympatią, nie zamieniając z nim słowa – ja tym uczuciem zapałałam (o ile można zapałać sympatią…) do przybocznej Olszyny. Fajny człek, uśmiechnięty, radosny i z gitarą, prowadził próbę śpiewu przed mszami właśnie ;).

Ale czasu wolnego, który pozostał po kolacji nie można zmarnować, zwłaszcza po wieczornych, obozowych wprawkach, i ambitnie postanowiłam, że pójdę zagotować wodę na herbatkę. Zresztą nie chodziło nawet o marnowanie czasu, tylko na moją zabójczą ochotę na ten ambrozjowaty, w leśnych chwilach, napój :). Pozbierałam zamówienia, Chart nie chciał, ale Kaja zaproponowała, żebyśmy może zrobiły na jej kuchence gazowej, której oczywiście nie miały, tak oficjalnie :). No więc potem już sobie siedziałyśmy jeszcze z częścią Sarny, woda w końcu się ugotowała, herbatka została zrobiona, ale kuchenki nie udawało się zakręcić… No cóż, pozdrowienia dla Barbary niejakiej P., ponieważ dzięki jej inwencji twórczej głosowałyśmy, czy zapalać zapałkę, czy nie, i czy wylecimy w powietrze… 😀 Jak widać, nie wyleciałyśmy, wypiłyśmy napój ambrozjowaty i po przebraniu w stroje krasnoludów udałyśmy się na ognisko :). Biedny Bilbo, nawiasem mówiąc w genialnej charakteryzacji, nieco był przerażony wielkim zgrupowaniem gości, znów nawiasem mówiąc w równie genialnej charakteryzacji, naradzających się przed wyprawą na Smauga. Ale serio, ciężko było poznać, kto jest kim… Ewentualnie po głosie i w sumie tyle, bo twarze zakrywały maski. Kiedy rum zaszumi w głowie cały świat nabiera treści, wtedy chętnie słucha człowiek starych opowieści –> Żył raz krasnolud, który żywił się wyłącznie pieprzem… etc. :).
Moim zdaniem było trochę krótkie, ale za to na pewno nie standardowe :). Wracałyśmy grzecznie drogą, już nie na chama przez łączkę 🙂 żaby w stawie obok dawały koncert, a powód ich ostrzeżeń poczułyśmy w nocy na własnej skórze, kiedy nasz namiocik odrobinkę przemókł. No, ale Martusia nie nauczyła się jeszcze na obozie, żeby rzeczy trzymać w plecaku :D. Po co? W końcu w namiocie, to bezpieczne. A najinteligentniejsze było pozostawienie telefonu w kieszonce przy ścianie :). Na szczęście nie zmókł na tyle, żeby się go nie dało odratować i nawet łaski z normalnym funkcjonowaniem nie robił, za com mu wdzięczna niezmierne, zwłaszcza że był jedną z dwóch rzeczy, których bezwzględnie i koniecznie podczas wyjazdu nie chciałam zniszczyć :).

Dobra, wrzucam pierwszy dzień, żeby nie było, że nie ma. Egzaminy minęły, a ja i tak w ciągu tych 4 dni wolnego miałam niezłą gonitwę :). No, ale największe cuda to się działy w poniedziałki – ten po Harcach i ten wcześniej :). Cóż, wystarczy Pana Boga o coś poprosić i wszystkie problemy usuwają się na bok – e-learning z chemii przesunięty, prezentacje, w które władowałam się bardzo mądrze, znów na 06.05 z powodu zmiany planu przefrunęły na 24.05,  sprawdzian z historii również dał się przełożyć – nauczycielka się nawet ucieszyła, że napiszemy go wszyscy – podobnie po wyjeździe – wszyscy zgodzili się na pisanie na lekcji, a historyczna nie musiała zostawać na konsultacjach. Ale to wszystko to była naprawdę duża pomoc, bo po prostu nie dałabym inaczej rady :D.

Postaram się zebrać. Zaległości mam, i to nie tylko tu, ale i w kronice zastępu. Niedługo zatrudnię moje dzieci – nie chciały się zgłosić same, to będzie indywidualnie. Trudno. :).

*ze względu na tzw. ochronę danych osobowych nazwiska zostały zmienione tak, żeby dało się ich domyślić 😉

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: