Pararararararararara…

Z tamtym tytułem to się trochę pośpieszyłam, ale i on znajdzie swoje wytłumaczenie. Ten, pozornie idiotyczny, również :). Ludzie, co to jest, żeby przez 2 tygodnie nie zdążyć nic napisać… o.O
W piątek radosne dzień dobry i z samego rana zapraszamy do kaplicy. Emilka przyszła nas obudzić i dłuższą chwilę domagała się z wnętrza namiotu jakiegokolwiek potwierdzenia naszego wstanięcia :P. Po mszy zjadłyśmy śniadanie, a po nim miały odbyć się warsztaty – w sumie nikt do momentu rozpoczęcia zapisów nie wiedział jakie będą, a że chodziły zapisywać zastępowe, to była lekka loteria fantowa ;). W końcu Julka zapisała się na węzły, Mery na makramę, a mnie na szyfry (że podobno szybki sposób na opanowanie semafora). Moją część prowadziła niejaka Basia Lordzik* – z naszej drużyny gościła tam jeszcze Kaja, Nati i Basia, która miała być naszą Basią :). W sumie to galopkiem przez wszystkie szyfry, nie powiem, żeby było to jakieś bardzo ambitne. Może inaczej – dobre dla początkujących zastępów, które nie znają morse’a i nie widzą potrzeby, żeby się go nauczyć :). W każdym razie przez chwilę przełączywszy świadomość na działalność dwufalową zaczęłyśmy z Kają rozprawiać o jednym z szyfrów, których w programie nie było… Za karę potem biegłyśmy do szlabanu i z powrotem. Topografia patrzyła jak na idiotki, ale było śmiesznie ;). Potem w każdym razie byłyśmy już w miarę cicho do końca, którym była gra. Pierwsza rozwiązała wszystko Nati, za co otrzymała czekoladę. Druga przedostała się do rąk Basi U., która według Basi H.(L.) zrobiła podczas warsztatów największe postępy. Wg. Basi H.. Bo według Basi U. wyglądało to odrobinkę inaczej… 🙂
Jak się później okazało, węzły plotły kosze i robiły zaciosy :D. Najbardziej mi się podobała topografia, z tego co opowiadały dziewczyny – wyznaczały np. wysokość drzewa na podstawie twierdzenia Talesa…
Następnie Apel Ewangeliczny, a potem obiad – czyli, powtarzając za Niekrytym Krytykiem z Telezakupów “naleśniki?!” :). Basia będąca wsparciem naszej drużyny okazała się nim w wymiarze praktycznym i rzeczywistym, rozpaliła nam ognisko, kiedy nam to za Chiny nie wychodziło, za co dostała pozwolenie fotografowanie nas w dowolnie wybranym przez nią momencie. Kolejnym punktem była Wielka Gra – muszę dodać, że informacja ta była tak pilnie strzeżona, że Tereska i Emilka mogły się nauczyć, jak ukrywać tajne przekazy – mianowicie należy ująć je w planie wiszącym na placu apelowym :). Na początek należało podać nazwy przedstawionych przez krasnoluda gwiazdozbiorów – powiem, że ambitnie, wzbiłyśmy się ponad poziom Kasjopei i Wielkiego Wozu – był Pegaz, Herkules… Następnie wyruszyłyśmy w drogę, ze szczęśliwie pożyczonym od Łasicy kompasem. Pierwszy punkt nie był daleko – tuż za zakrętem praktycznie – należało zrobić świecznik (tu specjalne podziękowania kieruję, za przypomnienie naszej kochanej drużynce o świeczkach). Renifer nie byłby reniferem, gdyby nie chciał szukać patyczków po drugiej stronie rzeki – Julka przeskoczyła. Z powrotem było gorzej, ale też się udało 🙂 – zaniosłyśmy nasze dzieło do stacjonarnego krasnoluda, przekazując nasze nadzieję, że wspomoże naszych towarzyszy w walce, po czym ruszyłyśmy dalej, przekształcając Wiklinę wzorem piosenek z czwartkowego ogniska. No i idziemy. I idziemy. I Czapla idąca przed nami skręciła. Ale przecież to nie miało sensu. My idziemy dalej – Łasica za nami. No i idziemy. Z mapą się przecież zgadza… I mijamy parking jakby. No, to dalej. A przed nami domek, gospodarstwo, przy gospodarstwie dróżka. Ale… nie, to chyba jednak nie tędy. Zwłaszcza, że dwa radosne, powiedzmy, pieski, stanowczo odradziły nam pójście tą trasą. Rzekomo wcześniej, jak jechała tamtędy znajoma Łasicy, to skakały na samochód… No ale Mery idzie dalej. A pieski też idą, ale do przodu… Hm… obyło się bez ran szarpanych i kłutych, ale zwinęłyśmy się prędko i wybrały minięty zakręt w prawo. Łasica w połowie się odłączyła, twierdząc, że to znów nie ta trasa, a my w końcu ujrzałyśmy punkt, więc Julka pobiegła zawołać odwrócony zastęp z powrotem :). Punkt co prawda był w lekkiej rozsypce, wyszywał wstążeczki, a brodę trzymał na szyi, ale szybko się ogarnął :). Do zbudowania tratwa, a do ustrzelenia z łuku tarcza. To drugie, to tak średnio wyszło, ale tratwa całkiem spoko – w każdym razie heja przygodo! Co prawda punkty miały być zdobywanie chronologicznie, a my ominęłyśmy Gandalfa, ale co tam – idziemy. Na płocie wisi kartka, no to spisałyśmy treść. Minęłyśmy się z Koszatką… O tak, tu zaczęła się zabawa “idźcie lewo, potem w prawo i generalnie trzymajcie się cały czas ciemnej dróżki. No i nie przejmujcie się, bo tam długo nie ma punktu…”. Co znaczyło długo, miałyśmy się boleśnie przekonać :D. No więc poszłyśmy za radą Koszatki. I idziemy, a punktu, zgodnie z opisem, długo nie ma, to idziemy dalej… I widziałam bażanta. Miastowa jestem, to się cieszę, pierwszy raz w życiu na żywo, w kolorze i w full-HD :D. Ale Renifer zawsze znajdzie miasto – doszłyśmy otóż do drogi. Wcześniej próbowałyśmy iść na azymut, ale w zasadzie to nie miałyśmy pojęcia, gdzie jesteśmy, więc azymuty nie miały sensu… A mogło przestać być wesoło, bo zapasy jedzenia się skończyły ;). W tym właśnie uroczym momencie Julianna przypomniała nam o obronnym znaczeniu szyku, którym zdecydowałyśmy się iść – zastępowa jakby co pierwsza broni, czołowa organizuje ucieczkę. Telefon odciszony na wypadek telefonu od Emilki, bo punkty schodzą za 5 minut… Tia, no ale drogi właściwej nie ma sensu szukać, wrócimy tą samą, przynajmniej na pewno dotrzemy do obozu :). Ale po drodze minęłyśmy zejście i skrót, bardzo miły, tylko znów prowadzący przez pieski. Zastępowa nasza postanowiła sprawdzić, czy nie ma tam jakiegoś gospodarza, co by psy wziął, bo faktycznie byłoby nam bliżej. Po 5 pytaniach z serii, zastanów się, czy za to Emilka by cię ochrzaniła (bo w głowie Julki pojawiła się wizja ochrzanu za zgubienie się Renia) postanowiłyśmy podejść ten kawałek razem. Mery zostawiłyśmy na górze, ja sobie odrąbałam pobliskiego kija (potem miałam kostur, bo draństwo duże było 🙂 ), ale nie dane nam było przejść 20 metrów, bo pieski cholerne dobry węch mają. I lubią szczekać. I biegać tez lubią. Gospodarza nie było. Miałyśmy bardzo bezpieczną strefę bezpieczeństwa, więc zniknęłyśmy w lesie zanim zdążyły podejść bliżej. A tam…  znów minęłyśmy punkt, którego czasowe mieszkanki były bardzo zdziwione, że tędy wracamy, pokazały nam właściwą, krótszą przy okazji, drogę. I tu czas wyjaśnić tytuł poprzedniego postu. 5 minut po tym, jak wytłumaczyłyśmy, że poszłyśmy nie tak i wracamy, do Julki zadzwoniła Emilka, z pytaniem, czy już się znalazłyśmy :D. Tytuł, sprecyzuję, właśnie cytatem z Julianny.
Przed wejściem do obozu znów zaczęłyśmy śpiewać, tym razem przekształcone “Hej ho!” aczkolwiek tuż przed groblą skończyłyśmy, żeby nie było sarnowato jak  za czasów dominikańskich.
Chart na kolację gotował mleko, więc postanowiłam do nich dołączyć i spróbować trochę uwędzić spodnie od dresu 🙂 w tym czasie Mery i Julka zebrały się na kolację do Skowronka. Okazało się, że nasz twarożek i śmietana się zepsuły, więc zjadłyśmy sałatkę, którą ww. zastępowi pomogłyśmy robić. Później przygotowałyśmy scenkę na ognisko – nieważne, że każda kolacyjna grupa miała inny temat – kiedy wracałyśmy do namiotu zewsząd było słychać “I uciekamy, a wy gonicie i potem walczymy, a potem…”.
Chart zrobił awangardowo – z książką scenka miała wspólny temat – ale to była chyba najśmieszniejsza ze wszystkich. W oryginale olbrzymy porwały i Hobbita i krasnoludy – u 2dw i 4dw zaczęły płakać, a Bilbo usiłował krasnoludami je nakarmić. Ale wybredne były – ten tłusty, ten łysy. I konsekwentnie płakały :D.
Pararararararararara to było tło muzyczne do sztuczek magicznych, których uczył nas Thorin – rodem z ogniska wspólnego z Łomiaqnkami i z 1. DW. Mam dwa palce… i drugie dwa palce. Parararararararara – pac! I już mam 4 w jednej ręcie. Czaaary… :D.
Po ognisku zastępowe wraz z Weroniką i Zosią udały się na Sąd.
Spodni nie udało mi się uwędzić, więc spałam w rybaczkach, tym razem pochowawszy wszystkie rzeczy do plecaka. Zresztą nie było potrzeby, bo deszczu aż takiego już nie było. A w nocy “Gollum, Gollum! Gdzie jest Gollum?!” – drużynowa Rząsin, eh bien,  Thorin Dębowa Tarcza nie zamierzał dać nam pospać. “No jak nie chcecie mi pomóc, to wcale nie musicie…” – rozlegało się pośród nocy… 😀 Technika robienia pajacyków na nocną rozgrzewkę zaproponowana w Błotnicy przez Tereskę znów zadziałała fenomenalnie. Dostałyśmy zagadkę, odpowiedź miałyśmy zanieść Gollumowi – zagadki oczywiście książkowe – Gollum był Emilką i siedział na drodze, wróciłyśmy po następną zagadkę, ale coś nie grało. Mery pomimo naszych próśb jakoś nie chciała się pospieszyć. Dopiero Dorota zauważyła, że leci jej krew z nosa. Nasza uwaga skupiła się więc na aktualnym problemie, ale potem, jak Gollum z drogi zszedł, dostałyśmy od Thorina trzecią zagadkę. Dobranoc, do zobaczenia jutro, a właściwie już dziś :).
Mam nadzieję, że uda mi się wrzucić dzień trzeci i ostatni w miarę szybko – w sumie był chyba najkrótszy, ale i tak bogaty :).

*jak w poprzednim poście

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: