Monthly Archives: July 2013

Ania i Natalia powracają w wielkim stylu xD

Można było krótszą drogą – kronika zastępu prawdę ci powie – 2 lata temu było 3,5 kilometra. Ale dzieci nie wiedziały, którędy do Osiecznicy te 3,5 km, więc poszły asfaltem, co zajęło chyba jednak troszkę dłużej… Zwłaszcza, że ziemię zdominował gorąc ;). Na plebanię dotarłyśmy, w ostatnim etapie trasy brnąc przez chaszcze – podobno było bliżej. Zostawiłyśmy Mery i Wiki z plecakami, a same poszłyśmy nas zaanonsować. Ksiądz należał do specyficznych ;). Zdawał się nawet nie ogarniać, że Emilka z nim rozmawiała i zgodził się nas przyjąć, ale i tak zgodził się po raz drugi. Najpierw jednak odbył się szczegółowy wywiad – jak mamy na imię, “Julia, gdzie Twój Romeo?”, ile mamy lat i czy jesteśmy wolne… Eh, jak ja kocham moją podświadomość, a jeszcze bardziej rozum, który zabrania mi wykonywania jej podszeptów :3. Bowiem nauczona w domu, że głupie pytania zasługują na głupie odpowiedzi, uaktywniłam w oczach szelmowskie ogniki i miałam dziką ochotę strolować księdza, że tak właściwie, to jesteśmy razem :P.
No ale uzyskałyśmy dostęp do kuchni, toalety i stołu, w pakiecie z podłogą, a wkrótce, korzystając z tego pierwszego dobrodziejstwa, zabrałyśmy się za robienie obiadu. Co prawda wzięłyśmy go z gospodarczego, bo nie wpadłyśmy na to, że można by go sobie kupić, ale cóż. Cywilizacja wynagrodzi ci wszystko :).
Po konsumpcji ruszyłyśmy w miasto, zdobyć podpis pani z urzędu gminy, zebrać fakty historyczne dotyczące miejscowości i znaleźć plan, który można by było niecnie przerysować.  Ja się upierałam, że przed mszą i tak nie zdążymy iść na basen, więc nie ma sensu pakować do plecaka strojów, okularków i całej reszty asortymentu, ale reszta jakoś dziwnie nie chciała mnie słuchać… No to trudno – chcą, niech tachają. Zresztą podobne nastawienie miałam do wszystkiego większość dnie (no, może oprócz basenu C: ) – wszyscy wszystko robią źle, więc najlepiej z nikim nie rozmawiać, jak nie trzeba, do nikogo się nie odzywać i egoistyczne “dajcie wy mi wszyscy święty spokój i domyślcie się, że przeżywam”. Julka mnie nawet poprosiła, żebym powiedziała, jak się będę źle czuła, a nie wyjechała w środku obozu, ale byłam zdrowa jak rydz, więc to mi raczej nie groziło. Tyle tylko, że trochę przez moją głupotę wciąż podtrzymywała decyzję o odejściu.
Jak już obczaiłyśmy zadania, a w czymś na kształt domu kultury dostałyśmy książeczkę, przebogatą zresztą, o gminach leżących w dolinie Kwisy z mapką i przewodnikiem wędkarskim (właśnie się zastanawiam, czy nie przekazać go w dobre, zakończone haczykiem, ręce Daniela), zostało do mszy nieco mniej niż 2 godziny, więc stwierdziłyśmy, że korzystajmy ze stołu i światła naturalnego, póki są.
Jako grzeczne, praworządne obywatelki, wzięłyśmy czytanie i psalm – ludu w kościółku trochę się zebrało. Wszyscy siedzieli w tylnych ławkach, więc czułam się nieco dziwnie w pierwszej, a poza tym śpiewali pieśni rodem z galaktyki, nawet jeśli najbliższej, to dalekiej. W ogóle czytanie się wpasowało, mówiąc o bliskiej obecności Boga “A gdy Jakub zbudził się ze snu, pomyślał: Prawdziwie Pan jest na tym miejscu, a ja nie wiedziałem.” Bardziej pasowałoby nie ogarnąłem, ale chyba takiego słowa nie mieli – w każdym razie plebania z kościołem stanowiły praktycznie jedność, więc skonstatowałyśmy w końcu, że zasadniczo, to my w bardzo bliskim sąsiedztwie Pana Jezusa c:.
Msza trwała pół godziny i wydaje mi się, że podsumowanie Julki pasowało idealnie “Nie oszukujmy się, ja to się wcale nie pomodliłam”, “To nie była nasza msza” i “Księdzu nas rozpieścił”.
Resztę wieczoru spędziłyśmy co i rusz tracąc energię potencjalną na zjeżdżalni, odmakając i bawiąc się w kolorowych, nadmuchiwanych kółkach :). Plus, nie zapominajmy, prysznic kompleks :D. Na kolację spożyłyśmy cini-minis, kronika była już wykrojona, zaczynała się rysować.
Ksiądz jeszcze tego dnia przyszedł na wieczorne pogaduszki xD. (Przepraszam, Wiki, muszę.) Znów pytał, ile mamy lat, czy mamy rodzeństwo – która powyżej 14 lat, została uświadomiona, że według prawa kanonicznego możemy za mąż iść. “Bo wiesz, Marta. Tu przyjdzie jeszcze dzisiaj taki Piotrek.” Ykhm. No, sorka. Ale drugi dialog zabił wszystkich :D.
” -No, Marysieńka. Tęsknisz za rodzicami?
– No… Nie.
– A do koleżanek, tęsknisz?
– No… trochę.
– A za tą koleżanką, której już wąsy rosną?
tu chwila ciszy i… gong!
-Yyyyy……. Wiktoria? ”
Mina księdza – absolutnie bezcenna :D.
Nadmienię jeszcze, że wielebny zaproponował nam na śniadanie jajeczniczkę i nawet wskazał naszej drogiej zastępowej najbliższy sklep. Mery twierdziła, że pójdzie z nami, ale kiedy budzik rano dał znak do wymarszu, to wyszło na to, że jednak nie… 🙂 No to my w mundury i zapylamy po pieczywko ;). Przez tory i terenem zażwirowanym – aż na drodze wykwitł nam niespodziewanie obiekt drugiej świeżości. Facet nie zalany, ale ewidentnie pod wpływem. No i tenże obiekt, jak nas zauważył, udał się do najbliższego krzaczka z chabrami i zerwał dwa. No to my już obie “aha… no to fajnie…”. Najpierw pana po prostu olałyśmy, później było trudniej, bo panów zrobiło się trzech – jeden był właścicielem sklepu, do którego zmierzałyśmy i siedzieli w altance przy wyjściu. Jak wychodziłyśmy, nastąpił zatem atak zmasowany. “Ale dziewczyny, no nie uciekajcie…” – dostałyśmy po chaberku. Bardzo ładnie wyglądał przy chuście ;). “Ale czekajcie, bo jeszcze kolega.” (kolega zrywa kwiatki obok na działce). “Jak macie na imię?” I tu wróciły nasze czasy bliźniacze 😉 😀 – “Ja jestem Ania, a to jest Natalia…” “O, ładne włosy, Ania” – kosmyk z czoła Julki, prowadzony tą zbędną ręką, powędrował za ucho. Zwiałyśmy już dosyć szybko, wymawiając się głodną czeladzią u księdza.
Przed wyjściem przez jakieś 40 minut szukałyśmy kogoś, komu można by pomóc. Bo my musimy, a tu nikt nas, chlip, nie potrzebuje… W końcu zlitowały się panie z urzędu gminy i dały nam do wyrzucenia kartony. I proszę jaka zamiana ról – to ludzie powinni się cieszyć, że się im pomaga, a cieszyłyśmy się my :).
Wracałyśmy już krótszą trasą, przez Kliczków. Na miejscu usiadłyśmy na ławeczce na patio i radziłyśmy – miałyśmy bowiem po drodze odmówić Anioł Pański z napotkaną osobą, a napotkanej osoby nie miałyśmy i, dodatkowo, zbliżała się 12.00. Aż tu nagle obok nas pojawił się zastęp Żaba. No super! 😀 Pomodliłyśmy się, obczaiłyśmy informację turystyczną, w której nie było prawie nic, bo składał się na nią dotykowy ekran, a następnie Juleczka i ja poszłyśmy do kościoła pw. Trzech Króli, rysować szkic topograficzny, a Wiki i Mery na cmentarz koni, szukać imion tych pogrzebanych. Będąc już blisko obozu minęłyśmy się z Koszatką, podzieliłyśmy się uwagami, a następnie, choć tę samą trasę pokonałyśmy na pielgrzymce, trochę się zgubiłyśmy. Znaczy dotrzeć, dotarłyśmy, ale po dłuższej chwili – Wiki znalazła grę Legnicy. Ja już potem znalazłam właściwą trasę, która właściwa była faktycznie (precyzuję, bo wcześniej znalazłam już jedną “dobrą”) ale wróciłyśmy po karteczkach.
Ugotowałyśmy obiadek na kuchenkach, a po nim Basia zaprowadziła nas na plac budowlany hotelu “Szałas” –> chciałyśmy jeszcze iść na mszę do Legnicy i nawet w tym celu wybrałyśmy się do Kraala, ale po drodze napotkałyśmy naszą Alę, która nas zawróciła – miały mszę o 9.00.
Do zmroku budowałyśmy zatem nasze mieszkanko, kończyłyśmy kronikę i w końcu poszłyśmy spać. Basia P. porwała jeszcze tylko na chwilę Julkę. Miałyśmy zjeść z Sarną kolację, ale one jeszcze wznosiły swój hotel.
Następnego dnia, za zgodą tzw. Dolores, choć dla mnie pozostanie Dorotką, a że właściwie jej nie znam, to powinna być drużynową 2. legnickiej, rano już wbiłyśmy na mszę – pokrętnie się tłumaczyło – “no, bo my zasadniczo jesteśmy na explo, więc się nie pojawiamy w obozowisku, więc czy możemy przyjść tu” 😛 ?
A oprócz Renifera były jeszcze w gościnie Basia, Emilka i Tere, która przyjechała dzień, jak nie dwa wcześniej
Ale, ale… Zbliża się godzina powrotu, a my z kroniką na finiszu, choć wciąż jest ona nieskończona :P. Ale dobra – idziemy, a tu na miejscu się okazuje, że oddajemy dzieła na radzie. Fajnie, że przedtem był speed, alle spoko, przynajmniej pożyczymy od kogoś klej i dokleimy to, na co wcześniej go nie starczyło.
Agatka źle się czuła, przyjechali po nią rodzice.
A wieczorem – jeeej – ognicho :). Sarna w Tomisławiu miała jakąś jazdę z miejscowymi, Chart w dość komiczny sposób przedstawił swoją drogę tam. W ogóle dziwnie w tym roku – zgodziły się nas przyjąć tylko plebania i harcówka, dlatego to było takie krojone i z szałasami.
A tak jeszcze z dnia, to Tereska prowadziła śpiewogranie i już mam od niej chwyty do Drogi, których wcześniej nie mogłam znaleźć dosłownie nigdzie ;). Bo potem  pojechała – zostawiła nam tylko ferrari. A poza tym zastępy, które nie były na mszy, czyli, hm… wszystkie oprócz Renifera i Koszatki, szły wieczorem do Przejęsławia, a my miałyśmy wolne :D. Czyli czas na prysznic na przykład i inne przyjemności, jak kopanie latryny.
Julka po rozmowie z Basią (tylko nie wiem, czy P. , czy W., która po paru obozowych, skutecznych akcjach propagandy stwierdziła, że będzie pracować dla rządu i namawiać ludzi, żeby podpisywali niekorzystne dla siebie umowy ) zrewidowała swoje poglądy na przyszły rok harcerski – podpisałyśmy umowę o współpracy, nawet, powiedzmy w szczegółach. Potrzebna była ta cała akcja – choć może nie najprzyjemniejsza, to potrzebna.
Choć mam napisane dalej, to zasypiam, więc nie wklepię. A to duże, więc wrzucę. Dobranoc! 🙂

“Masz komara. O tu, w tym miejscu”.

Hasło autorstwa Mery. Mery, która bez problemów stworzonko boże mogła pozbawić życia, czyli zatłuc, ale wybrała poinformowanie i wskazanie lokalizacji napastnika ofierze :).

Niedziela była niewątpliwie ciekawym dniem :). Czekały nas odwiedziny rodziców i pielgrzymka do Tomisławia – a poza tym dla Renifera był to dzień niewidzialnej zastępowej. Brzmi zabawnie, takie zresztą było zamierzenie, ale brrr… do wieczora było fajnie :P.
Wyruszyłyśmy ze śpiewem na ustach, choć urwał się on za Legnicą i nie było mu łatwo zmartwychwstać. Tak w myśl zasady, że 2 DW nie chce śpiewać.
Na początku szłyśmy z Kwisą po prawej stronie, potem megastrome podejście, wzdłuż siatki, za którą kiełkujący las. Dookoła, jak to w dziczy, drzewka, trawki, roślinki… I tak sobie doczłapałyśmy. Całkiem fajnie się z Hanką ogarniało śpiew 😉 chociaż znała dużo ciekawych piosenek, o których ja w życiu nie słyszałam. Ale szło cienko, bo 2 drużyny tworzyły łańcuch jednak dosyć rozciągnięty i jak śpiewał tył, to przód się gubił i vice versa. , po drodze zatrzymując się ze 2 razy. Na pierwszym postoju Kraal zawołał zastępowe + mnie xD. Czułam się śmiesznie trochę, jak Emilka cały dzień gwizdała “z”, a potem dokrzykiwała “i Marta”… Chętne zastępy mogły wziąć udział w quizie, w którym nagrodą było coś :). Coś, co zastęp będzie mógł sobie wybrać, jak Kraal pojedzie do sklepu. Wiadomo, że nie cola i nie chipsy, ale taki na przykład arbuz :). Toteż z chęcią zabrałyśmy się do działania, zwłaszcza że, jak się okazało, część zadań dotyczyła czytań mszalnych, a Mery wzięła ze sobą Oremusa.  Polecenia do wykonania można było jednak zbierać dopiero w drodze – miałyśmy je bowiem losować z beretu Agapy mnie (suche, wiem, ale zróbcie sobie mianownik, połączcie w jedno słowo i nieco inaczej rozdzielcie 🙂 ), a póki wrzucałyśmy do niego intencje na różaniec. Jedną z nich było bezpieczeństwo obozowiska, bo, niestety, zostało ono samo.
Reniferowi dostała się tajemnica Wniebowzięcia NMP – trzeba było tylko wymyślić krótkie rozważanie, scenkę lub piosenkę :). Na drugim postoju, z lubością, po zjedzeniu princessy, zabrałyśmy się za zadanka rysowane “jak mogłaby wyglądać kaplica, żeby było widać, że zrobiły ją harcerki (nie harcerze) – kolejny ból Kraala :P. Spoko, na drugiej mszy już były kwiatki ;).  No, ale doczłapałyśmy.
Na miejscu czekała już Juleczka, podwieziona wcześniej przez kogoś, która zdążyła już przestudiować wszystkie tablice z ogłoszeniami, zwłaszcza, że wisiała tam tylko jedna kartka… I moi rodzice z pieskiem, który dzielnie towarzyszył nam we mszy swoim beaglim wokalem. I jeszcze  paru nieswoich, znaczy nie moich rodziców C:. Weszłyśmy do kościoła (wiedzieliście, że może być parafia pw. stygmatów? Ja nie, a ta była…), na początku było coś na kształt adoracji, ale na kształt. W sumie sztandary już weszły, a tutaj chupa-surprise : jeszcze klękamy – chociaż z 5-minutową adoracją się jeszcze nie spotkałam. Ale tam wszystko było chyba w trybie ekspres, a spowiedź, szczerze mówiąc, przypominała mi bardziej speed-dating. Chociaż, jak podpowiada ciocia wikipedia, taka “krótka randka” trwa 3-8 minut, a średni czas na penitenta wynosił grubo poniżej minuty. Serio, zabawnie się na to patrzyło – ktoś podchodzi, klęka, za 30 sekund odchodzi. Nie wiem, jak wyglądało, że tak powiem, od wewnątrz, ale nie chciałabym sprawdzać. :/

Wracałyśmy z rodzicami samochodem. Najlepszy był mój rodziciel, który z lwią częścią Renia trafił do Bolesławca. Po drodze pytał dziewczyn, czy tu skręcić, czy jak jechać, czy jak – one nie odpowiadały, myśląc, że on żartuje i wie, że nie wiedzą… On z kolei myślał, że są zmęczone i nie słyszą, albo nie ogarniają xD. Potem wrócił jeszcze po mnie i po mamę, a w tym czasie Julianna, Wiki, Mery i Karo zrobiły sporą część zadań.
Moi zmyli się dosyć szybko, ale zostawiając mi cenne surowce i GITARĘ :). Co prawda Hania z Łasicy mogła mi pożyczyć, ale ze swoją jakoś tak lepiej. Przekonała mnie Basia W., jednym zdaniem – “Spoko, ja też nie umiem grać na flecie, a gram na mszy” :).
Jakoś nie byłyśmy głodne, więc nie zjadłyśmy obiadu… Julka i Agatka pojechały z rodzicami do Kliczkowa, więc wkrótce rozległo się kolejne “z i Marta” – 2DW poszła na boisko ogarnięte przez 4DW na zbijaka, ringo, 2 ognie (to NIE jest to samo co zbijak 😉 )… Niestety propozycja Kraala, żeby się wymieszać, została odrzucona i grałyśmy druga na czwartą, ale co tam. Przy ringo i tak się podzieliłyśmy, bo Bóbr i Żaba tego nie znały. A potem część została na zbijaku, a reszta poszła sobie porzucać w kółeczku ringami :3. Karo została w namiocie, bo źle się czuła. W sumie ciężko było ogarnąć, co jej jest, bo na zadane pytanie mruczała coś niewyraźnie, głosikiem półtrupa, ale przystawała po prostu na odpoczynek.
Chyba było ognisko? Tak, było. Przeszło przecie z soboty. Emilka nawet mówiła, że czekała na moment, za który mogła się wkurzyć, ale nie bardzo znalazła. Spodobała mi się chwila na podziękowania lub przeprosiny. Emilka miała trochę doła, że jej nie wychodzi, że nie widzi, że nas coś boli, źle się czujemy i w ogóle (tego dnia wyjechała Wiktoria K.). Nie sądziłam, że da się do niej przytulić. Może inaczej – nie sądziłam, że kiedyś to doświadczenie zdobędę. Ale zdobyłam 😛 (w sęsie że do Emilii). Wieczorem, po kolacji zrobiłyśmy jeszcze radę zastępu. Julka o czymś nam chciała powiedzieć, ale w sumie może lepiej zostawić to na explo… Mój grzeczny głosik stwierdził, że może jak to ma zmienić pracę zastępu, to po co czekać? Oj tak, miało zmienić… Chciałabym zobaczyć moją minę, kiedy gapiłam się na Julkę tę małą wieczność. Kolejna rzecz, której się dowiedziałam, to to, że można przez tak długi czas nie mrugać. I co to znaczy mieć oczy jak spodki. Byłam podręcznikowym przykładem, o ile istnieje taki podręcznik. A Julka oznajmiła nam, że planuje odejść. Że sobie nie radzi, za to że poradzę sobie ja. Bo mam większe zdolności przywódcze, ogarniacze i w ogóle. Dziwiło mnie trochę, że Wiki i Mery (bo Karo chyba dalej leżała w namiocie) zaczęły się zastanawiać, kto będzie zastępową – która z nich, a może Zosia? Julka mnie wtedy jeszcze nie wymieniła – a mnie w tej ich wyliczance nie było. I może bym się tym bardziej przejęła. Ale zdałam sobie sprawę, jak obie schrzaniłyśmy pracę w tym roku. I psułyśmy ją sobie nawzajem. Ja w niemalże każdej możliwej chwili dając do zrozumienia, że chcę być zastępową, że pewne rzeczy zrobiłabym lepiej i zaznaczając, tak mimochodem, jak źle robi je Julianna, albo jak ich nie robi. Ona z kolei przez to nie chciała dać mi nic do roboty i wkurzała na mnie, przez co ja nakręcałam się jeszcze bardziej i odreagowywałam, przez co jeszcze bardziej nakręcała się ona. I tak w stare dobre koło Macieju. I bardzo dobrze, że tę atmosferę oczyściłyśmy. Dziewczyny powiedziały, że w nowym roku pomogą. Julka jednak myślała nad tym od siedmiu miesięcy i wydawało się, że klamka zapadła.
Przed radą drużyny Karolina zadzwoniła jeszcze do rodziców, żeby dowiedzieć się, co ma zrobić, jak od kilku dni ją boli brzuch. Oni wsiedli w samochód i huzia do Przejęsławia.
Do Kraala poszłam z Julką, odnieść mój kochany instrument z późnych lat 90-tych. Nati, na początku stojąca przy nas, potem dyplomatycznie się odsunęła. A ja Julce płakałam w ramię, przyklejona do niej – bo chyba dla nas obu to było ciężkie – z poczucia winy, strachu i szoku…
Ponieważ Wiki i Mery opuściły godzinę warty miały pójść tej nocy po raz drugi. Jeszcze rano o tym rozmawiałyśmy, potem jednak zapomniałyśmy, wieczorem było w nieświadomości – dziewczyny miały pierwszą wartę, Julka wróciła z rady może na kwadrans przed północą. I zaczęła je budzić. Reakcja Wiktorii była prosta “NIENAWIDZĘ WAS”. Cisnęłyśmy z tego wszystkie, do końca, jak i z paru innych haseł, te jednak kiedy indziej :). W końcu wstały i poszły grzecznie z Anią W. . Wiki miała tylko przerwę na spotkanie z ciocią (mamą Karo).
Rodzice Karo mieli przyjechać koło 01.00 – została godzina – Julka i tak chciała na nich poczekać, a mi jakoś nie było do spania, jej chyba zresztą też – przeglądałyśmy zdjęcia na jej telefonie, śmiałyśmy się, jak dawno nie… Fajnie było…
A czekając na nią pozwoliłam sobie obejrzeć komiks autorstwa Xeni, dotyczący obozu :P. Genialny – jak wszystkie :). I ja nawet do siebie pasowałam :P.
Rano czekało nas wyjście na explo.

Niedziela na 1300 słów? Nieźle, nieźle. Chyba najwięcej się działo… No to będą 4 posty, a nie 3, jak myślałam… Śpijcie dobrze – w końcu okaże się, że wszystkie żyjemy długo i szczęśliwie :). Nawet niedługo :).

“-A obudzisz się na obiad? -Taaak.” nieważne, że 16 godzin później :)

Cześć! Nie wiedziałam, że spanie przez 16 godzin jest możliwe. Serio. I naprawdę myślałam, że obudzę się na obiad xD. No cóż… Przed chwilą zapytałam tatę, czy próbowali mnie budzić – powiedział, że tylko sprawdzali, czy żyję :). A ogarnęłam się, kiedy o 3.00 stwierdziłam, że wciąż mam na sobie sukienkę i zastanawiałam, co właściwie robiłam całe popołudnie :).

Czuję się sfrustrowana… Pękła mi struna w gitarze, nie pamiętam, co było w ostatnich dniach obozu, a poza tym to w domu nie ma ciastek, znalazłam kolejną dziwną paruzyjną stronę, nie naprawili mi telefonu i dalej nie mogę słuchać ani radia, ani muzyki :/.
No ale harcerka panuje nad sobą, uśmiecha się i śpiewa w kłopotach. Kłopotów nie ma, ale czuję się sfrustrowana. Pośpiewam. 🙂 Hehehe, tja, jasne… A poza tym, to dzisiaj wszystko chce, żebym zrobiła ten wpis :C i rodzice wybierali złą rękę, kiedy do wyboru było to albo gitara, kostka jak na złość wyrzucała nieparzyste, a na monecie był orzeł… No i pękła struna xD. Poszłabym kupić, tylko nie ma w pobliżu sklepu muzycznego. A mam zapasowe. 3. I nie pękła żadna z tych trzech, tylko najgrubsza… I po “naprawie” wgrali mi dziwne nowe oprogramowanie i wyrzucili aplikacje…

Dobra, hej me Bałtyckie Morze… Czuję się dziwnie, kiedy babcia jest w pokoju obok. Nie, sorka. Nie mam rozpędu. Mogę śpiewać, ale przepisując śpiewnik. Mam duużo akordów od Basi W. I olewać “wskazówki” losu. Nie ma.

~~jutro~~

No tak, pisanie jutro faktycznie było lepszym pomysłem :). Chociaż mogłabym zacząć już wczoraj, w okolicach 23.00, kiedy to przeglądając profil Ani Pi. natrafiłam na pewną śliczną piosenkę co odmieniło diametralnie mój nastrój i nastawienie do obozu. No bo nie oszukujmy się, był gorszy od poprzedniego. Ale od początku.
1 lipca radośnie i o poranku zjawiłyśmy się na dworcu głównym w składzie następującym:
Chart: Nati, Ola, Ania, Wiktoria, Agata, Hania
Sarna: Basia, Marta, Emilka, Ola, Wiki, Asia
Koszatka: Kaja, Weronika, Zosia
i Renifer: Julka, Marysia, Wiktoria, Karolina i ja
Kliczków 2013 Kliczków 2013 1 Kliczków 2013 2 Kliczków 2013 3 Kliczków 2013 4 Kliczków 2013 5 Kliczków 2013 6

Hm… Nie ma jak zmienić skanu, ale przepisywać nie będę. Dodam tylko, co bym napisała, gdybym pamiętała, że troszkę zmodyfikowałyśmy modlitwę przed i po posiłku na mniej jedzeniową… 🙂

Kliczków 2013 mapka
Kliczków 2013 7 Kliczków 2013 8

Tak troszkę inaczej 🙂 , mam nadzieję, że nie dużo gorzej :).