Ania i Natalia powracają w wielkim stylu xD

Można było krótszą drogą – kronika zastępu prawdę ci powie – 2 lata temu było 3,5 kilometra. Ale dzieci nie wiedziały, którędy do Osiecznicy te 3,5 km, więc poszły asfaltem, co zajęło chyba jednak troszkę dłużej… Zwłaszcza, że ziemię zdominował gorąc ;). Na plebanię dotarłyśmy, w ostatnim etapie trasy brnąc przez chaszcze – podobno było bliżej. Zostawiłyśmy Mery i Wiki z plecakami, a same poszłyśmy nas zaanonsować. Ksiądz należał do specyficznych ;). Zdawał się nawet nie ogarniać, że Emilka z nim rozmawiała i zgodził się nas przyjąć, ale i tak zgodził się po raz drugi. Najpierw jednak odbył się szczegółowy wywiad – jak mamy na imię, “Julia, gdzie Twój Romeo?”, ile mamy lat i czy jesteśmy wolne… Eh, jak ja kocham moją podświadomość, a jeszcze bardziej rozum, który zabrania mi wykonywania jej podszeptów :3. Bowiem nauczona w domu, że głupie pytania zasługują na głupie odpowiedzi, uaktywniłam w oczach szelmowskie ogniki i miałam dziką ochotę strolować księdza, że tak właściwie, to jesteśmy razem :P.
No ale uzyskałyśmy dostęp do kuchni, toalety i stołu, w pakiecie z podłogą, a wkrótce, korzystając z tego pierwszego dobrodziejstwa, zabrałyśmy się za robienie obiadu. Co prawda wzięłyśmy go z gospodarczego, bo nie wpadłyśmy na to, że można by go sobie kupić, ale cóż. Cywilizacja wynagrodzi ci wszystko :).
Po konsumpcji ruszyłyśmy w miasto, zdobyć podpis pani z urzędu gminy, zebrać fakty historyczne dotyczące miejscowości i znaleźć plan, który można by było niecnie przerysować.  Ja się upierałam, że przed mszą i tak nie zdążymy iść na basen, więc nie ma sensu pakować do plecaka strojów, okularków i całej reszty asortymentu, ale reszta jakoś dziwnie nie chciała mnie słuchać… No to trudno – chcą, niech tachają. Zresztą podobne nastawienie miałam do wszystkiego większość dnie (no, może oprócz basenu C: ) – wszyscy wszystko robią źle, więc najlepiej z nikim nie rozmawiać, jak nie trzeba, do nikogo się nie odzywać i egoistyczne “dajcie wy mi wszyscy święty spokój i domyślcie się, że przeżywam”. Julka mnie nawet poprosiła, żebym powiedziała, jak się będę źle czuła, a nie wyjechała w środku obozu, ale byłam zdrowa jak rydz, więc to mi raczej nie groziło. Tyle tylko, że trochę przez moją głupotę wciąż podtrzymywała decyzję o odejściu.
Jak już obczaiłyśmy zadania, a w czymś na kształt domu kultury dostałyśmy książeczkę, przebogatą zresztą, o gminach leżących w dolinie Kwisy z mapką i przewodnikiem wędkarskim (właśnie się zastanawiam, czy nie przekazać go w dobre, zakończone haczykiem, ręce Daniela), zostało do mszy nieco mniej niż 2 godziny, więc stwierdziłyśmy, że korzystajmy ze stołu i światła naturalnego, póki są.
Jako grzeczne, praworządne obywatelki, wzięłyśmy czytanie i psalm – ludu w kościółku trochę się zebrało. Wszyscy siedzieli w tylnych ławkach, więc czułam się nieco dziwnie w pierwszej, a poza tym śpiewali pieśni rodem z galaktyki, nawet jeśli najbliższej, to dalekiej. W ogóle czytanie się wpasowało, mówiąc o bliskiej obecności Boga “A gdy Jakub zbudził się ze snu, pomyślał: Prawdziwie Pan jest na tym miejscu, a ja nie wiedziałem.” Bardziej pasowałoby nie ogarnąłem, ale chyba takiego słowa nie mieli – w każdym razie plebania z kościołem stanowiły praktycznie jedność, więc skonstatowałyśmy w końcu, że zasadniczo, to my w bardzo bliskim sąsiedztwie Pana Jezusa c:.
Msza trwała pół godziny i wydaje mi się, że podsumowanie Julki pasowało idealnie “Nie oszukujmy się, ja to się wcale nie pomodliłam”, “To nie była nasza msza” i “Księdzu nas rozpieścił”.
Resztę wieczoru spędziłyśmy co i rusz tracąc energię potencjalną na zjeżdżalni, odmakając i bawiąc się w kolorowych, nadmuchiwanych kółkach :). Plus, nie zapominajmy, prysznic kompleks :D. Na kolację spożyłyśmy cini-minis, kronika była już wykrojona, zaczynała się rysować.
Ksiądz jeszcze tego dnia przyszedł na wieczorne pogaduszki xD. (Przepraszam, Wiki, muszę.) Znów pytał, ile mamy lat, czy mamy rodzeństwo – która powyżej 14 lat, została uświadomiona, że według prawa kanonicznego możemy za mąż iść. “Bo wiesz, Marta. Tu przyjdzie jeszcze dzisiaj taki Piotrek.” Ykhm. No, sorka. Ale drugi dialog zabił wszystkich :D.
” -No, Marysieńka. Tęsknisz za rodzicami?
– No… Nie.
– A do koleżanek, tęsknisz?
– No… trochę.
– A za tą koleżanką, której już wąsy rosną?
tu chwila ciszy i… gong!
-Yyyyy……. Wiktoria? ”
Mina księdza – absolutnie bezcenna :D.
Nadmienię jeszcze, że wielebny zaproponował nam na śniadanie jajeczniczkę i nawet wskazał naszej drogiej zastępowej najbliższy sklep. Mery twierdziła, że pójdzie z nami, ale kiedy budzik rano dał znak do wymarszu, to wyszło na to, że jednak nie… 🙂 No to my w mundury i zapylamy po pieczywko ;). Przez tory i terenem zażwirowanym – aż na drodze wykwitł nam niespodziewanie obiekt drugiej świeżości. Facet nie zalany, ale ewidentnie pod wpływem. No i tenże obiekt, jak nas zauważył, udał się do najbliższego krzaczka z chabrami i zerwał dwa. No to my już obie “aha… no to fajnie…”. Najpierw pana po prostu olałyśmy, później było trudniej, bo panów zrobiło się trzech – jeden był właścicielem sklepu, do którego zmierzałyśmy i siedzieli w altance przy wyjściu. Jak wychodziłyśmy, nastąpił zatem atak zmasowany. “Ale dziewczyny, no nie uciekajcie…” – dostałyśmy po chaberku. Bardzo ładnie wyglądał przy chuście ;). “Ale czekajcie, bo jeszcze kolega.” (kolega zrywa kwiatki obok na działce). “Jak macie na imię?” I tu wróciły nasze czasy bliźniacze 😉 😀 – “Ja jestem Ania, a to jest Natalia…” “O, ładne włosy, Ania” – kosmyk z czoła Julki, prowadzony tą zbędną ręką, powędrował za ucho. Zwiałyśmy już dosyć szybko, wymawiając się głodną czeladzią u księdza.
Przed wyjściem przez jakieś 40 minut szukałyśmy kogoś, komu można by pomóc. Bo my musimy, a tu nikt nas, chlip, nie potrzebuje… W końcu zlitowały się panie z urzędu gminy i dały nam do wyrzucenia kartony. I proszę jaka zamiana ról – to ludzie powinni się cieszyć, że się im pomaga, a cieszyłyśmy się my :).
Wracałyśmy już krótszą trasą, przez Kliczków. Na miejscu usiadłyśmy na ławeczce na patio i radziłyśmy – miałyśmy bowiem po drodze odmówić Anioł Pański z napotkaną osobą, a napotkanej osoby nie miałyśmy i, dodatkowo, zbliżała się 12.00. Aż tu nagle obok nas pojawił się zastęp Żaba. No super! 😀 Pomodliłyśmy się, obczaiłyśmy informację turystyczną, w której nie było prawie nic, bo składał się na nią dotykowy ekran, a następnie Juleczka i ja poszłyśmy do kościoła pw. Trzech Króli, rysować szkic topograficzny, a Wiki i Mery na cmentarz koni, szukać imion tych pogrzebanych. Będąc już blisko obozu minęłyśmy się z Koszatką, podzieliłyśmy się uwagami, a następnie, choć tę samą trasę pokonałyśmy na pielgrzymce, trochę się zgubiłyśmy. Znaczy dotrzeć, dotarłyśmy, ale po dłuższej chwili – Wiki znalazła grę Legnicy. Ja już potem znalazłam właściwą trasę, która właściwa była faktycznie (precyzuję, bo wcześniej znalazłam już jedną “dobrą”) ale wróciłyśmy po karteczkach.
Ugotowałyśmy obiadek na kuchenkach, a po nim Basia zaprowadziła nas na plac budowlany hotelu “Szałas” –> chciałyśmy jeszcze iść na mszę do Legnicy i nawet w tym celu wybrałyśmy się do Kraala, ale po drodze napotkałyśmy naszą Alę, która nas zawróciła – miały mszę o 9.00.
Do zmroku budowałyśmy zatem nasze mieszkanko, kończyłyśmy kronikę i w końcu poszłyśmy spać. Basia P. porwała jeszcze tylko na chwilę Julkę. Miałyśmy zjeść z Sarną kolację, ale one jeszcze wznosiły swój hotel.
Następnego dnia, za zgodą tzw. Dolores, choć dla mnie pozostanie Dorotką, a że właściwie jej nie znam, to powinna być drużynową 2. legnickiej, rano już wbiłyśmy na mszę – pokrętnie się tłumaczyło – “no, bo my zasadniczo jesteśmy na explo, więc się nie pojawiamy w obozowisku, więc czy możemy przyjść tu” 😛 ?
A oprócz Renifera były jeszcze w gościnie Basia, Emilka i Tere, która przyjechała dzień, jak nie dwa wcześniej
Ale, ale… Zbliża się godzina powrotu, a my z kroniką na finiszu, choć wciąż jest ona nieskończona :P. Ale dobra – idziemy, a tu na miejscu się okazuje, że oddajemy dzieła na radzie. Fajnie, że przedtem był speed, alle spoko, przynajmniej pożyczymy od kogoś klej i dokleimy to, na co wcześniej go nie starczyło.
Agatka źle się czuła, przyjechali po nią rodzice.
A wieczorem – jeeej – ognicho :). Sarna w Tomisławiu miała jakąś jazdę z miejscowymi, Chart w dość komiczny sposób przedstawił swoją drogę tam. W ogóle dziwnie w tym roku – zgodziły się nas przyjąć tylko plebania i harcówka, dlatego to było takie krojone i z szałasami.
A tak jeszcze z dnia, to Tereska prowadziła śpiewogranie i już mam od niej chwyty do Drogi, których wcześniej nie mogłam znaleźć dosłownie nigdzie ;). Bo potem  pojechała – zostawiła nam tylko ferrari. A poza tym zastępy, które nie były na mszy, czyli, hm… wszystkie oprócz Renifera i Koszatki, szły wieczorem do Przejęsławia, a my miałyśmy wolne :D. Czyli czas na prysznic na przykład i inne przyjemności, jak kopanie latryny.
Julka po rozmowie z Basią (tylko nie wiem, czy P. , czy W., która po paru obozowych, skutecznych akcjach propagandy stwierdziła, że będzie pracować dla rządu i namawiać ludzi, żeby podpisywali niekorzystne dla siebie umowy ) zrewidowała swoje poglądy na przyszły rok harcerski – podpisałyśmy umowę o współpracy, nawet, powiedzmy w szczegółach. Potrzebna była ta cała akcja – choć może nie najprzyjemniejsza, to potrzebna.
Choć mam napisane dalej, to zasypiam, więc nie wklepię. A to duże, więc wrzucę. Dobranoc! 🙂

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: