Monthly Archives: August 2013

Żądam oklasków

zrombałam dotychczasowy motyw: nie ufajcie opcjom, które chcą wstawić zdjęcie w tle… Ale tak jest ładnie, nic lepszego na razie nie znalazłam, a przywrócić motywu się nie da, bo twierdzi, że jest i zawsze był, białoniebieski… xD

Szlakiem historii

,,Tatusiu, co te krzyże znaczą? Czemu są takie duże?
A tam na samej górze jakby trzymały się za ręce
spętane przez łańcuchy
i kotwice trzymają w ręce.
Nie bądź bezpieczny, poeta pamięta.
A te słowa, tablice, czy to rzecz święta?
Czemu tu ludzie przychodzą i płaczą?
A ta pani trzyma ręce, jakby się modliła.
Tatusiu, czy to jest mogiła?
Tu mordowali Niemcy?
Nie synku, Polacy. Jacy Polacy?
Czemu milczysz Tatusiu, ty masz łzy?
Ty płaczesz tatusiu! I ty?”

Zauważyłam, że gdziekolwiek się nie pojawię, zwracam zawsze uwagę na poezję… A ze względu na to, że z Mikoszewa w sumie wszędzie blisko, to parę miejsc historycznych odwiedziliśmy.
Zaczęliśmy dość smutno – od obozu koncentracyjnego w Sztutowie. W Oświęcimiu nie byłam jeszcze, na szczęście, bo sądzę, że jest dużo bardziej makabryczny…  Zaczyna się łagodnie – brama, strażnica SS, dalej administracja – razem z celami bez okien, o powierzchni jakichś 4m2, gdzie tych niegrzecznych zamykali na jakieś 2 tygodnie, kantyną, gdzie za bezwartościowe langenkarten więźniowie mogli kupić papier i ołówek (teoretycznie za pieniądze przysłane od rodzin, które faktycznie zasilały skarb państwa, podobnie jak ,,depozyt”).
Wystawa o świętych i błogosławionych Sztutowa-  głównie księża, jedna zakonnica. W tym ks. Frelichowski, zdaje się jeden z patronów harcerzy, sam harcerz. Ale idziemy dalej – wystawa poświęcona samym więźniom – numery, ponad 110 000. Ktoś nawet tam napisał, że w obozie nie jesteś człowiekiem, tylko numerem. I perfidne dosyć oznaczenia – bo co, może homoseksualistów oznaczali na różowo, bo taką kredkę wzięli? Nawet nie bardzo wiadomo, za co aresztowani.
Okradani, bo choć człowiek pracujący fizycznie potrzebuje ok. 4000 kalorii dziennie, to teoretycznie przeznaczano dla nich 2000, a praktycznie nawet mniej niż 1000. Większość wystaw była w dawnych barakach, powiedzmy, mieszkalnych. Za, tak uroczo zwaną, bramą śmierci. Za domkami, w których znajdowała się też sala operacyjną (żeby było jasne, operacje nie sterylne i robione na żywca) dochodzimy do krematorium, komory gazowej, pociągu pełniącego czasem tę samą funkcję… A przy nich, obok siebie Krzyż i Gwiazda Dawida. Znicze i kamienie, jako znak pamięci.
I ja tak sobie tylko myślę ,,człowieku, weź sobie o tym piekle pomyśl, zanim zaczniesz na cokolwiek narzekać. I szacunek dla Kolbego… To nie takie hop-siup ,,cześć, nie spinaj się, ją za ciebie wezmę i umrę, po miesiącach, albo latach kaźni”. Ale zwykle się o tym nie myśli-  ot, taki sobie święty żył…
A uciec nie było jak – ogrodzenie pod prądem. Po 4 na pryczy, w smrodzie odchodów chorych.

A po wyjściu pozostało mi tylko ,,kochajmy braci Niemców” i zastanowienie, czy ci, którzy do takiego muzeum biorą 10-latki i mówią ,,patrz, poczytaj sobie” mają na pewno całkiem równo pod kopułką.

Kolejne spotkania z polską historią były już mniej dotkliwe, może nie tak bezpośrednie. Choć tak samo odległe w czasie Westerplatte, oprawione w ładny pomnik, tablice… Ale przecież to zwraca uwagę na bohaterstwo – nie na cierpienie. Zaatakowana jednostka w Wolnym Mieście Gdańsku, Schlewzig- Holstein jako nowy koń trojański. A Niemcy, kiedy już poddaliśmy teren, bardzo się dziwili, że nie było podziemi, w których Polacy mogliby się chować w ciągu tych dwóch tygodni. ,,Nigdy więcej wojny” najlepiej widać spod pomnika. Ale przepływające polskie okręty już nie salutują. Wcześniej spuszczały bandery do połowy, albo trąbiły – rozmawiał z nami jakiś mężczyzna. Fajnie by było. Lubię wszelkie ceremonie, a te, z różnych względów często są ważne.

A trzecia odsłona to Stocznia Gdańska – spacery śladami kobiet. Myślę, że moje ewidentne braki zostały choć trochę uzupełnione. Wiersz z początku został napisany przez tzw. autora niepodanego, więc, przynajmniej mi, nieznanego, kolegom stoczniowcom zamordowanym w grudniu 1970r. Pierwotnie pomnik miał mieć 44 metry, tyle ile było ofiar strajku, ale nie mieli tak wysokiego dźwigu, więc skończyło się na 42 metrach. W każdym razie Annę Walentynowicz, Henrykę Krzywonos i parę innych osób ze stocznią warto skojarzyć. Poznałam też nowe hiszpańskie słówko-  spawacz xD. Wybrało się bowiem z nami dwoje Hiszpanów, ale z angielskim przewodnikiem. No i słowa spawacz po angielsku nie znali, a ja mam słownik w telefonie ;). A Hiszpanka, choć brunetka, nie wiem czemu, do bólu przypominała mi Tereskę.

I odrobina humoru na koniec – post pisałam na telefonie, który ma coś w rodzaju słownika t9 i nie idzie draństwa wyłączyć. Pozamieniał parę zdań po drodze – koń trojański stał się koniem koreańskim, Hiszpanka przypominała mi Torebkę, autor niepodany został niezdolnym, perfidne oznaczenia – ostrożnymi, teraz ostrożne oskarżonymi, a kantyna została przemianowana na kantora.

“Konkurs Kulinarny – nie gotujemy Sarny!”

Dowiedziałyśmy się, że następnego dnia na ognisku ma być nasze przedstawienie, więc mogłyśmy zostać w obozowisku i ćwiczyć, kiedy reszta była na grze Koszatki z pionierki. Dalej konkurs kulinarny – czyli nie ma bzdury, której nie wyjaśnisz fabułą :D. Ale spoko ;). Choć na początku była spina z jedzeniem, bo tego a tego nie było, to w końcu wszystko się udało zorganizować. Chart zrobił lizaki, Sarna jabłka z serkiem mascarpone. Mniaaaaam. Ale byłyśmy najedzone! Nie konserwami :D. To było aż niewiarygodne – gulasz, schabowy faszerowany pieczarkami, czekolada, jabłka Sarny. Mniaaaaam :).
Hani zapalił się olej i patelnia stanęła w płomieniach… :P. A Juleczka (napisałabym Julka, ale nie pamiętam, czy nie lubi Julka czy Jula, więc muszę wynajdować inne 😉 ) i ja siedziałyśmy w namiocie i perfidnie, z pełnymi ustami (co było słychać, więc luz) kłamałyśmy, że “fcale ich nieemy” żrąc frytki ;).
A jak Kraal już przyszedł, to tak trochę zapomniałyśmy zdjąć nitki ze schabowych :P. Ale niestety. Przecież nie mogłyśmy. W końcu to tradycja rodzinna, że skoro takim sznurkiem Will związał upolowanego dzika, to teraz nie wypada zdejmować…
Chyba nigdy nie zapomnę tego “Tradycja rodzinna…” z ust Emilki, kiedy patrzyła, jak w końcu z tą nitką zaczęłam się sama męczyć… xD
Nie wiem jakim cudem 4DW miała taki krótki obóz… W każdym razie, w ramach pożegnania, Kraal zainicjował wspólne ognisko. Choć miejsca było mniej niż rok temu, to zrobiłyśmy go więcej i zmieściłyśmy gościnne 8 gąb :).
Obrzędowe igranie z fajerkiem prowadził Chart – po kilku piosenkach Nati przywitała nas w teatrze o bardzo długiej nazwie i jeszcze dłuższej tradycji, a po następnych paru i zapowiedzi Romea i Julki, którzy gotowi byli udać się na rzut reniferem, pałeczkę przejęłyśmy my, prezentując spektakl pt. “Mały Książę a P[p]rawo H[h]arcerskie”. Co prawda naszych przygotowanych wcześniej rekwizytów nie było widać, a ktoś przypadkiem wylał wodę z kubka, która faktycznie miała zostać wylana, ale nieco później, mi i Mery na głowę, oprócz tego wszystkim pokiklały (dziwne słowo, ale mi w sumie pasuje…) się sceny [+ nie zapominajmy, że nie było Karo], to wyszło całkiem :). Kurczę… przez te kartki tylko nie było tam ani grama śmiechu, więc trochę cienko, ale wyszło. Tylko mogło lepiej. Ale zawsze może lepiej, więc może się przestanę czepiać… 😀
Dostałyśmy od reprezentantów Teatru kwiatki :).
Na koniec ogniska, tradycyjnie, podziękowania, przeprosiny – a potem z inicjatywy Agi modlitwa w intencji ofiar rzezi wołyńskiej. Szkoda, że się o tym wie tyle, że było – a co, kto, jak, gdzie, kiedy i dlaczego, to już w sumie nie. Ale odpowiedzieć dlaczego, byłoby ciężko. No bo dlaczego? Dlaczego mordowali się sąsiedzi? Tak nagle. Dla jednolitej narodowościowo Ukrainy :/ Ludzie są głupi. Sorka. Ale ogólnie w temacie następuje pomroczność jasna, bo to dopiero w programie liceum. Smutne…
I miałyśmy pomodlić się jeszcze w zastępach – to była chyba jedyna taka chwila na obozie. To jest jedna z rzeczy, których nie rozumiem – jest w domu modlitwa wieczorna? No jest. A na obozie, jak zawsze modlimy się razem, tak wieczorem nie. Że msza jest wieczorem? Ale w domu też to tak działa? xD Bo na Harcach na przykład fajnie było, ten raz. Nikt niczego nie zabrania, jeszcze tego by brakowało, ale tak nie ma powerka, jak nie ma jedności… 😛 Cytując p. Aldonę “przynajmniej ja tak to widzę”.
A tak wgl to przez rok chodziłyśmy z Agą do szkoły. Good to know, nie? 🙂 Ona w klasie maturalnej, my w pierwszej :P. I to kolejna osoba, której praktycznie nie znam, a lubię.
Następny dzionek przyniósł nam INO – wyjątkowo dla Renifera szczęśliwe :). Znów cytując, tym razem Julkę “trzeba chyba być byłą zastępową, żeby robić takie ogarnięte mapy” – punkty do znalezienia, zagadki do rozwiązania (i jestem dumna, bo zgadłam rozwiązanie tej jednej, której nie znałam 😀 ). Dodatkowo – 2 punkty ekstra – zaznaczone na różowo ;). Weszłyśmy na teren leśny, ostrzeżone, że możemy z niego nie wrócić, bo wojsko używało lasku i możliwe, że w ziemi wciąż drzemią niewypały – fajnie, że zastępowe rano oddały telefony do ładowania u leśniczego :P. Ale przeżyłyśmy, nie wchodząc w gęstwinę, tylko pędząc grzecznie ścieżką. Chciałyśmy jeden punkt więcej, ale ze względu na wzgląd i czas wróciłyśmy do obozowiska, gdzie byłyśmy idealnie punktualnie. Ugotowałyśmy pampuchy (gratuluję Mery pomysłu włożenia do mokrej kuchenki z mokrym drewnem świeczki. Może brzmi ironicznie, ale ironiczne nie jest – bez tego jadłybyśmy na surowo 😛 i przydało mi się nad morzem, do rozpalenia w kominku 😀 )  i czekałyśmy na resztę zastępów, których nie było i nie było i nie było… Wzięłyśmy prysznic (chyba? w sumie to pierwsza rzecz, którą się robi, jak jest czas, ale było dosyć mokro…), spałyśmy, suszyłyśmy im w tak zwanym międzyczasie drewno… A ich nie było i nie było. Znaczy już wracały, ale zostały na mszy w Kliczkowie. Renio już tego dnia kościoła nie odwiedził… 😦 Już drugi raz na obozie… Szkoda.
No ale zaczynały się ostatnie dni obozu – czyli czekała nas wielka gra. Nikt się jej przecież nie spodziewa… Co prawda było jeszcze planowane wyjście na basen i została olimpiada, ale jeśli zastępowa każe mieć przygotowaną chustę, to coś jest na rzeczy :P. I faktycznie – pobudka o pierwszej w nocy – zawiązane oczy, parę kółeczek wokół własnej osi i idziemy palić ogniska. Jul(k)a mówiła, że uwielbia takie akcje, że ją budzą w środku nocy, prowadzą gdzieś, gdzie nie wie gdzie i każą palić. Ola na to w śmiech, że gdyby ona coś takiego powiedziała, to byłoby jasne, że jest to ze 100% domieszką ironii… 😛 Rano rozpoczęła się gra – pierwszy etap – zdobywanie mistrzostw – szkoły skrybów, koniuszych, zielarstwa, krawiectwa (fajnie się wyszywało nazwę zastępu ;P) i chyba jeszcze czegoś. Zadania na terenie obozowiska 4DW. Teoretyczne i praktyczne. Na koniach poległyśmy – tu by się przydały siostry… Ale szkoła skrybów to coś dla mnie :D.  Wieczorem przyjechała namiestniczka z jeszcze inną Anią, tym razem M. z pieskiem. Nie zostały na ognisku, więc nie musiałyśmy głośno śpiewać xD. Przed grą był też czas dla siebie – na stopień, umycie się itd. itp.  No i wyjechała Wiki. A poza tym Chart miał warsztaty z robienia mydełek. Nie mogę z tego :P. Rok temu robiłyśmy świeczki ze świeczek, a w tym mydełka z mydełek – ale z kawą – podobno działa jak peeling. A żeby się lepiej robiło, to dodaje się mleko. No więc mam mydło z kawą z mlekiem xD.
No ale, tak jak mówiłam, została olimpiada. Konkurencje raczej klasyczne – beretem na proporzec, szyszkami do beretu, chusty… Czadowo się grało xD. Zerwane zostały fartuszki Sarny, Mery również poniosła stratę, ja zgubiłam guzę… ale momentami bałam się Nati… takiego napadu energii i determinacji jeszcze nie widziałam… 😛 Ale “medaliony pokoju” wiszące na wierzchu <znaczy się krzyżyki> pozwoliły nam pokój utrzymać… Choć co i rusz ktoś lądował w krzakach :P. To była jedna z lepszych konkurencji :). Strzelanie z łuku, rzut oszczepem…  I kolejny etap gry, niestety na miejscu, na placu apelowym – fizyka, las, Zawisza, historia, kultura i sztuka… No, opłaca się uczyć xD zwłaszcza trzeciej zasady dynamiki Newtona… I WIEDZIAŁAM, CO TO JEST PIETA (dzięki Gocha, za obraz prezentowany na polskim w drugiej klasie 😉 ).  Ognicho ❤ 🙂 Ognicho z wyjaśnieniem na gawędzie, co było w 1989 i 17 września – które to daty pojawiły się na WG. I opowiastka o rotmistrzu Pileckim – co prawda opowiadanie o obozach koncentracyjnych na dobranoc może nie jest najlepszym pomysłem, ale cóż – historia crudeliter est xD (tak się kończy zaufanie do google translatora… mam nadzieję, że nikt tu nie zna łaciny, ja przynajmniej na pewno nie znam :P).
Następnego dnia – wyprawa na basen. Biedna Basia myślała, że kogoś utopiłyśmy, bo nie mogła się doliczyć Jul(k)i, która wcześniej poszła pod prysznic… Fajnie :). A w drodze powrotnej mieliśmy robić szkic topograficzny i napisać przepis na ciasteczka Jane (fabuła, fabuła, fabuła…).  A był to chyba już drugi, albo trzeci dzień jedzenia obiadów drużyną. No właśnie. I tego dnia przyjechał ksiądz… Tia… Właśnie… No bo na radzie dziewczyny zrozumiały, że skoro księdzu jest, to oni sobie ugotują. No więc ugotowałyśmy sobie, zawołałyśmy pod kuchenki, Kraal nie przyszedł, zgodnie z wcześniejszymi (jak myślałyśmy) ustaleniami, zjadłyśmy praktycznie wszystko, a rozdzieliłyśmy naprawdę wszystko. I przyszedł Kraal. Z menażkami. Hehe, niezręczna sytuacja… W każdym razie chciałyśmy im zrobić podpłomyki, bo o tyle gorzej, że nie bardzo zostało jedzenie, ale zanim zdążyłyśmy zrobić cokolwiek (jedzenie rano musiałyśmy odnieść do gospodarczego, więc nie miałyśmy nawet mąki) zagwizdały na nas na grę. A byłyśmy przekonane, że są wściekłe. No bo nic dziwnego w sumie, choć my przecież nie złośliwe. Człowiek głodny = człowiek zły, zwłaszcza kiedy ma nakarmić jeszcze księdza…
Halt okazał się Haltem w całej rozciągłości. Nie wiem czemu, ale jak na atmosferę panującą, bardzo mi się spodobały jego słowa, a właściwie sposób ich wypowiadania “Jest was w tym roku dużo, więc każdy ma swoją chatkę. A w waszych chatkach jest syf”. Tak więc robiłyśmy generalne porządki. W sumie nawet dobrze, nie musiałyśmy robić tego następnego dnia. Co nie zmienia faktu, że wyglądało to jak kara. I to najgłupsza chyba z możliwych. Halt odwiedził nasze domki “śmieci niewyniesione, kociołek brudny <i tu znów słodkim głosem> pamiętajcie, że z zewnątrz też się go myje”. Kociołki miały być srebrne. Pozdrawiam – Krzysztof Hołowczyc po prostu.
Kiedy skończyłyśmy, wybrzmiał kolejny gwizdek. “Jak wy w ogóle wyglądacie. Jesteście brudni…” i Halt wyliczałby dalej, gdyby nie chrząknięcie znaczące i wspomnienie o dzisiejszym [wtedy] basenie. Na to po prostu się roześmiał ;). “Ogarnijcie się i przebierzcie” – kontynuował – “idziemy na spotkanie Z KRÓLEM!” a kiedy już zaczęłyśmy się rozchodzić, choć nie wszyscy wyraźnie zrozumieli aluzję, dodał(a Basia) “no, jest msza”.
Było kiedyś coś takiego, że tylko ludzie i psy szukają wskazówki w oczach innych, a co ciekawe psy robią tak tylko w stosunku do ludzi. Cóż – na znaku pokoju to wychodzi – więc mnie się wydało, że wściekłe nie są, przynajmniej już. Bo można go przekazać tak chłodno, że ciarki przechodzą i taki to pokój, jak z oślego kopyta salami, można normalnie, a można serdecznie. I to się czuje. Bardzo się czuje.
Po mszy wyszłyśmy na grę – kawałek od obozu – 2 zadania polegały na przemknięciu obok Emilki/Basi niezauważonymi, dalej, przekazanie morsem wiadomości do zamku, czyli Kai, wykonanie biżuterii dla Alice, narysowanie mapy Polski (serdeczne pozdrowienia dla pana Mariana – i dla nas, bo nasza znajomość geografii Polski zabija), narysowanie portretu pamięciowego kalkara i parę zadań, których nie mogłyśmy za żadne skarby świata rozszyfrować (czyżby jednak polityka Renu?)
+ gwiazdozbiory. Kiedy doszłyśmy do ostatniego punktu zaczęło się robić ciemno. I tu ból, bo nie miałyśmy zadań zrobionych, bo chciałyśmy je wszystkie zrobić potem. Sarna znów zostawiła proporzec (bo ją spotkałyśmy i wracałyśmy już razem), więc było 2:1 dla nas :). Chociaż, co prawda, to my zaczęłyśmy go zostawiać xD. Potem to był już tylko rewanż…
No ale meritum – Mery użądliła osa. I bolało i było ciemno. Chart jak wszedł w las, to nie wrócił, więc wychodziło na to, że było jakieś przejście lasem – Basia i Julka poszły obczaić. Wróciły z hasłem “robimy nosze dla Mery. Możesz odciszyć mój telefon?”. No to ja – co się do cholery dzieje? I w głowie odkryte w krzakach gniazdo żmii, albo szerszenie, albo nie wiem co jeszcze. No ale jak przy Mery nie chcą mówić, to nie będę pytać, tylko robimy nosze. Serio się przestraszyłam… Zwłaszcza że na pytanie, czy robimy, czy zostawiamy w spokoju zadania (jak potrzebna pomoc, to wisiorek dla Alice już jakby mało ważny) dostałam odpowiedź, że zostawiamy w spokoju. I głupio, bo miałyśmy taki śliczny wisiorek zrobiony… Śliczny, serio. A zostawiłam go gdzieś na drodze, bo naprawiałam jak się trochę rozwalił, a potem nie było czasu szukać.
A chodziło tylko o to, żeby szybciej być w obozie, bo jest ciemno, a Marysia nie może szybko iść. Wyglądała na tych noszach przezabawnie, a pomimo, że jest lekka, a my niosłyśmy ją w 5, to było trochę ciężko…
Na miejscu opatrywanie kogoś i walka z Kają ubraną w futro (patrz –> Kalkar). I dodatkowe zadanie na placu apelowym, z tych, których nikt nie sprawdza, ale nawet się nie chce oszukiwać, że się je zrobiło – 5 twoich zalet i 10 rzeczy, które udały się na obozie. A sądziłam, że się nie znajdą 🙂 znalazły się. Nawet bez trudu. Nie było przecież tak źle :P.
A na radzie okazało się, że zadania z porządkowaniem obozowiska wymyśliły już dawno, ale potem z nich zrezygnowały. Musiały nas po prostu czymś zająć na czas gotowania.
Następnego dnia – demolka – jeej. Druga ulubiona część obozu… A na obiad była tortilla :). Usadowiłyśmy się na placu apelowym, każda ze swoją częścią pożywienia – placki, keczup, kapusta, kurczak, kukurydza, pomidorki, fasola, groszek, zawijanie. To był chyba najlepszy obiad. Nawet pizza go nie przebiła :).
Chodziło o to, żeby rano zwinąć się jak najszybciej, więc mszę środową ustaliliśmy na północ. Muahahaha :3.
Najpierw ognisko, ale chyba najbardziej drewniane ze wszystkich… Potem otwarliśmy jedną paczkę ciastek, potem drugą, potem poszliśmy do kaplicy, potem prowadziłyśmy próbę śpiewu, potem zapomniałam o Basi, która miała wejść na jedną pieśń z fletem i zaczęłam bez niej, więc bez celu przesiedziała z fletem całą mszę, w międzyczasie Mery zasypiała, potem msza się skończyła, potem było przyrzeczenie Emilki i podrzucanie Emilki… Potem zaczęła się “agapa” – bo chyba tylko tak można ją opisać… No bo poszłyśmy do ognisk, skonsumowałyśmy kiełbaski i wszyscy oprócz Basi P., Nati, Kai, Oli i mnie poszli spać… No lol… A my poszłyśmy rozwalać kaplicę – skoro pobudka ma być o 06.30, to my sobie pośpimy dłużej, a co! Najpierw poszłyśmy we 3 (Kaja, Nati i ja), a potem Basia przyniosła nam czekoladę :D. I przyszła jeszcze Ola. Fajnie tak rąbać słodycze w kaplicy :P. Trochę nieprofesjonalnie, ale w sumie miejsce już w trakcie demontażu, więc nawet nie myślałyśmy, że mogłoby to zostać uznane za zdrożne. Jeszcze któraś poszła zapytać Basi, czy żerdek z krzyża i ołtarza przypadkiem nie trzeba palić. Okazało się, że trzeba, więc śmiałyśmy się, że naprawdę wyglądamy jak sekta… Najpierw w środku lasu msza o północy, potem z nożami do kaplicy (a nóż Nati, trzeba przyznać, robi wrażenie), a potem jeszcze ołtarz do ognia… 😛
Przy okazji, mama sióstr charcianych, czy inaczej chartowych, będzie uczyć u nas w szkole. Hiszpańskiego. Uczyła wcześniej, ale poszła na urlop i wraca. Ale ponieważ teraz poszedł kto inny, to poza tym wszyscy zostają :).
Ale po wrzuceniu tych żerdek, które dały taki ogień, że wracając do ognisk wzięłyśmy gaśnicę z placu apelowego, choć na szczęście las jeszcze nie miał najmniejszego zamiaru się palić, poszłyśmy jeszcze wziąć żerdki z naszego obozowiska (za co wszystkim, once again, bardzo dziękuję :D). I usiadłyśmy i siedziałyśmy. I było nam ciepło, praktycznie do rana :). Tylko wszyscy narzekali, że byłyśmy za głośno. Jak byłyśmy, no to once again sorka, ale każdy wie, że mamy swoje ale. Tyle tylko, że na pewno nie chciałyśmy nikogo budzić :). Po prostu byłoby idealnie, gdyby nikt nie spał – i gdyby to była agapa.
Ja poszłam spać na godzinkę o trzeciej, reszta przespała się kwadrans po pobudce. Jechałyśmy z Basią razem ze sprzętem. Przespałyśmy caaałą drogę xD. Przy wyładowywaniu pomagali nam wędrownicy, ale byli tam w sumie przypadkiem. I szczęśliwie :). Tylko 4 DW, której sprzęt pakowaliśmy rano, a wcześniej składałyśmy namioty, po niego nie przyszła. Więc cóż. Przyszłość ich rzeczy nie jest znana, albo wciąż leżą u nas w harcówce, albo już nie. Przyszła tylko jedna dziewczyna z żaby z mamą, ale wzięły jedną torbę i poszły, chyba nie bardzo wiedząc, co mają ze sobą zrobić…
A następnego dnia – talkowanie namiotów. Potem poszłyśmy jeszcze do 13-tki, żeby zobaczyć, z kim Hania będzie w klasie, ale wyniki zdjęli i będą (były) na początku sierpnia. Podobnie w kwestii Basi w dziewiątce. Potem jeszcze na lody do Tralalala, do biblioteki i domek :). Korzystać z cywilizacji! 😀

A tak jeszcze post scriptum – miałyśmy z czwartą wspólne śpiewogranie – a obóz był chyba obozem nowych, ślicznych piosenek :). Do kolekcji dodaję “Pozwól mi przyjść do Ciebie” Kolejny z utworów, do których znam tekst, a nie melodię :P.