Szlakiem historii

,,Tatusiu, co te krzyże znaczą? Czemu są takie duże?
A tam na samej górze jakby trzymały się za ręce
spętane przez łańcuchy
i kotwice trzymają w ręce.
Nie bądź bezpieczny, poeta pamięta.
A te słowa, tablice, czy to rzecz święta?
Czemu tu ludzie przychodzą i płaczą?
A ta pani trzyma ręce, jakby się modliła.
Tatusiu, czy to jest mogiła?
Tu mordowali Niemcy?
Nie synku, Polacy. Jacy Polacy?
Czemu milczysz Tatusiu, ty masz łzy?
Ty płaczesz tatusiu! I ty?”

Zauważyłam, że gdziekolwiek się nie pojawię, zwracam zawsze uwagę na poezję… A ze względu na to, że z Mikoszewa w sumie wszędzie blisko, to parę miejsc historycznych odwiedziliśmy.
Zaczęliśmy dość smutno – od obozu koncentracyjnego w Sztutowie. W Oświęcimiu nie byłam jeszcze, na szczęście, bo sądzę, że jest dużo bardziej makabryczny…  Zaczyna się łagodnie – brama, strażnica SS, dalej administracja – razem z celami bez okien, o powierzchni jakichś 4m2, gdzie tych niegrzecznych zamykali na jakieś 2 tygodnie, kantyną, gdzie za bezwartościowe langenkarten więźniowie mogli kupić papier i ołówek (teoretycznie za pieniądze przysłane od rodzin, które faktycznie zasilały skarb państwa, podobnie jak ,,depozyt”).
Wystawa o świętych i błogosławionych Sztutowa-  głównie księża, jedna zakonnica. W tym ks. Frelichowski, zdaje się jeden z patronów harcerzy, sam harcerz. Ale idziemy dalej – wystawa poświęcona samym więźniom – numery, ponad 110 000. Ktoś nawet tam napisał, że w obozie nie jesteś człowiekiem, tylko numerem. I perfidne dosyć oznaczenia – bo co, może homoseksualistów oznaczali na różowo, bo taką kredkę wzięli? Nawet nie bardzo wiadomo, za co aresztowani.
Okradani, bo choć człowiek pracujący fizycznie potrzebuje ok. 4000 kalorii dziennie, to teoretycznie przeznaczano dla nich 2000, a praktycznie nawet mniej niż 1000. Większość wystaw była w dawnych barakach, powiedzmy, mieszkalnych. Za, tak uroczo zwaną, bramą śmierci. Za domkami, w których znajdowała się też sala operacyjną (żeby było jasne, operacje nie sterylne i robione na żywca) dochodzimy do krematorium, komory gazowej, pociągu pełniącego czasem tę samą funkcję… A przy nich, obok siebie Krzyż i Gwiazda Dawida. Znicze i kamienie, jako znak pamięci.
I ja tak sobie tylko myślę ,,człowieku, weź sobie o tym piekle pomyśl, zanim zaczniesz na cokolwiek narzekać. I szacunek dla Kolbego… To nie takie hop-siup ,,cześć, nie spinaj się, ją za ciebie wezmę i umrę, po miesiącach, albo latach kaźni”. Ale zwykle się o tym nie myśli-  ot, taki sobie święty żył…
A uciec nie było jak – ogrodzenie pod prądem. Po 4 na pryczy, w smrodzie odchodów chorych.

A po wyjściu pozostało mi tylko ,,kochajmy braci Niemców” i zastanowienie, czy ci, którzy do takiego muzeum biorą 10-latki i mówią ,,patrz, poczytaj sobie” mają na pewno całkiem równo pod kopułką.

Kolejne spotkania z polską historią były już mniej dotkliwe, może nie tak bezpośrednie. Choć tak samo odległe w czasie Westerplatte, oprawione w ładny pomnik, tablice… Ale przecież to zwraca uwagę na bohaterstwo – nie na cierpienie. Zaatakowana jednostka w Wolnym Mieście Gdańsku, Schlewzig- Holstein jako nowy koń trojański. A Niemcy, kiedy już poddaliśmy teren, bardzo się dziwili, że nie było podziemi, w których Polacy mogliby się chować w ciągu tych dwóch tygodni. ,,Nigdy więcej wojny” najlepiej widać spod pomnika. Ale przepływające polskie okręty już nie salutują. Wcześniej spuszczały bandery do połowy, albo trąbiły – rozmawiał z nami jakiś mężczyzna. Fajnie by było. Lubię wszelkie ceremonie, a te, z różnych względów często są ważne.

A trzecia odsłona to Stocznia Gdańska – spacery śladami kobiet. Myślę, że moje ewidentne braki zostały choć trochę uzupełnione. Wiersz z początku został napisany przez tzw. autora niepodanego, więc, przynajmniej mi, nieznanego, kolegom stoczniowcom zamordowanym w grudniu 1970r. Pierwotnie pomnik miał mieć 44 metry, tyle ile było ofiar strajku, ale nie mieli tak wysokiego dźwigu, więc skończyło się na 42 metrach. W każdym razie Annę Walentynowicz, Henrykę Krzywonos i parę innych osób ze stocznią warto skojarzyć. Poznałam też nowe hiszpańskie słówko-  spawacz xD. Wybrało się bowiem z nami dwoje Hiszpanów, ale z angielskim przewodnikiem. No i słowa spawacz po angielsku nie znali, a ja mam słownik w telefonie ;). A Hiszpanka, choć brunetka, nie wiem czemu, do bólu przypominała mi Tereskę.

I odrobina humoru na koniec – post pisałam na telefonie, który ma coś w rodzaju słownika t9 i nie idzie draństwa wyłączyć. Pozamieniał parę zdań po drodze – koń trojański stał się koniem koreańskim, Hiszpanka przypominała mi Torebkę, autor niepodany został niezdolnym, perfidne oznaczenia – ostrożnymi, teraz ostrożne oskarżonymi, a kantyna została przemianowana na kantora.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: