“Co to jest “R”? Ja się boję “R”?!”

Sucha relacja? Chyba będzie najlepsza. Bo w sumie po drodze i tak wszystko wyjdzie. Nic mi się nie chce (tak bardzo wszystkich to interesuje, wow). I zaczyna się pisanie w stylu emo bądź przewrażliwionego gimbusa -,- Ale i tak idę sobie zrobić picie, bo uschnę. I może pozbyć się z siebie resztek munduru <3. Koniec. Nowa piżamka xD. TEN WPIS BĘDZIE DŁUGI I PEŁEN WSZYSTKIEGO, BO TAK. Tak więc ad rem (sądziłam, że wszyscy znają ten skrót. Jakże się zdziwiłam, jak okazało się, że jednak nie. Ale muszę uważać – słowo antropofobiczny też nie każdy może zrozumieć.) W ogóle dzisiaj moja duma z zastępu rośnie trochę. Trochę spada. Trochę się cieszę. Trochę mi żal. Trochę się boję. Trochę nie wiem. Trochę wiem za bardzo. Trochę mam ochotę części ukręcić łeb. Trochę nie wiem, jak części pomóc… Trochę dużo tego trochę. Trochę za bardzo chcę zbawiać świat. Trochę nie jestem Bogiem. TROCHĘ?!

Punkt 1. jestem dumna z dziewczyn. Na zbiórce były wszystkie (!) przed czasem (!!) :D. Poszłyśmy do mojego domu, po drodze zahaczając o warzywniak i sklep spożywczy. Wtarabaniłyśmy się do sklepu wszystkie, potem ja stwierdziłam, żeby nie robić pani chaosu i kto nie kupuje, ten wyjść i w końcu przed kasą została sama Zosian, pytając o korzeń chrzanu. Ale pani go nie miała. Tak więc jej płonne nadzieje na wielki biznes z harcerkami rozsypały się w proch :(.

Punkt 2. Dotarłyśmy do mnie do domu, ze wszystkim, co było potrzebne. Kasia zrobiła warsztaty z węzła ratowniczego i przyniosła taką długą długą linę. Jej 🙂 Zosiak ogarnęła też inny sposób, chociaż też jednoręczny. I wiązałyśmy go na sobie – co było bardzo przydatne. Jeszcze nie czuję, żeby była częścią zastępu… Ale się nią stanie. Na pewno. W ogóle to jest zadziwiające, jaką różnicę widać w człowieku po dwóch latach. Pamiętam Wiki i Mery jako wilczki. Zmieniły się. Zosia też. I to dosyć, nie tyle zabawne, co w pewien sposób urocze, że tak, jak kiedyś pomagało się im, tak pomagają. I teraz Zosia jest najmłodsza, nie one. No tak, zaskakująca analiza… 😛 Ale to naprawdę widać, szczególnie u Wiki. W ogóle zastęp jest fajny. BP miał niezły plan. Tak, jak rodzeństwo wiąże na zawsze, tak zastęp może nie na zawsze, ale na lata. Ciekawe, że do tej pory tego nie widziałam.

Punkt 3. Wyszłam z domu, dziewczyny chwilę po mnie. Poszłam na punkt, na którym miałam stać, wcześniej zmieniłam też zadanie dziewczynom – bo co jak co, ale scenki z pantomimy aż 2 na raz, to jednak dużo… No więc byłam przekonana, że na wałach nikogo nie będzie. A tu widzę sporą grupę ludzi i zakonnicę. Jakby zakonnica nie była człowiekiem xD. No ale trzeba przyznać, że się wyłamywała dosyć. No i była bez piwa… Najpierw stanęłam jakieś 4 metry od nich na zasadzie “nie znam was i po co mam z wami rozmawiać w sumie” a potem ona do mnie podeszła sama. Tak jakoś nam się zebrało. O krucjacie wyzwolenia człowieka, o której też opowiadała Ola G. na wczorajszej grupce, że poszła z kolegami ze studiów na piwo, znaczy w tłumaczeniu oni poszli na piwo, a ona na kawę. A reagowali różnie. Jedna dziewczyna stwierdziła, że wydawało jej się, że w oazie są tylko tacy nawiedzeni, co cię zaraz będą nawracać, a Ola wydaje się spoko, drudzy “To wam tam nie pozwalają pić!?”, inni zapytali co za tekst ma na bransoletce (o ile się nie mylę Iz 24, 10). A może inny, to jak patrzę, to nie ma to takiego uniwersalnego sensu jak Kor 13, . No, ale jak się dowiedział, że to z Biblii, to stracił zainteresowanie. Jakby. No i rozmawiałyśmy trochę o wszystkim, a potem wróciła do swoich. Pytała, czy mam podpisaną krucjatę. Po co mam mieć podpisaną, skoro i tak nie piję? Nie wiem, czy to naprawdę ma jakieś znaczenie i mam wstręt do papierkowości.
Nie ogarnęłam, skąd się tam wzięła, bo na początku powiedziała tylko “ci to resocjalizacja”, myślałam zatem, że opiekuje się grupką zbuntowanych. Potem jednak doszłam do wniosku, że to byli po prostu studenci. Tyle tylko, że zakonnica była w wieku niezbyt studenckim… No nie wiem i już się raczej nie dowiem. Urszulanka szara chyba. Doesn’t matter.

No i czekałam na nie i czekałam… I wyciągnęłam paletkę do ping-ponga i zaczęłam się bawić piłką, bo żadnej książki nie wzięłam. Nie wiedziałam, że siedzenie na punkcie jest takie nudne. A ludzie sobie poszli, a moje sobie przyszły. Na tym punkcie trochę nie wyszły mi azymuty, bo BARDZO MA ZNACZENIE gdzie się stoi, jak się je wyznacza. BARDZO. No ale znalazły, a ja poszłam dalej, udawać antropofobicznego sędziego tenisa stołowego. No cóż. Pobiegłam zatem na plac zabaw, skryć się. Ale nie było tak łatwo. Jak już wróciłam ze sklepu kupiwszy 2 kisiele i herbatniki to zadzwoniła do mnie Zosian. I nastał…

punkt 4. – czytaj zgubienie apteczki. No, takie definitywne. Kurde, szkoda. Ale klasyczny przypadek – ktoś dał, ktoś nie wziął i została. I już nie ma. Skompletujemy nową. (Czy naprawdę muszę sobie przypominać, że NIE przeklinam? Nie wiem, co mi się stało, serio.) No, skompletujemy. Albo się znajdzie. Święty Antoni mnie jeszcze naprawdę nigdy nie zawiódł, ale obawiam się, że tutaj jest już bardziej potrzebny patron od rzeczy “uczciwie znalezionych” albo po prostu ukradzionych, bo tak jest. Chyba że wpadła do Odry. Nie ma u mnie Odry, ale jeśli wpadła do Ślęzy, to już zdecydowanie wpadła do Odry. No więc dziewczyny się rozdzieliły – Wiki i Zosian szukać apteczki, a Zosiak, Kasia i Julka dalej na grę. Nie zrozumiem, czemu się rozdzieliły, bo jak dla mnie zastęp się nie rozdziela. I to nie w ramach czepiania się, żeby nikt mnie źle nie zrozumiał. Po prostu ja bym tak nie zrobiła, choć jak Julka o tym opowiadała, to wydawało się naprawdę w miarę sensownym rozwiązaniem.

punkt 5. – ogarniamy życie – czyli jak to zrobić, żeby zastęp się skompletował, jak nie zna osiedla, a został punkt gry, na którym MUSZĄ być wszyscy… Hm… No to wróciłyśmy do mnie do domu, zrobiłyśmy ogórki i obiad. Hehehehehehehehe. Ogórki wyszły dobre. Kasia naśladuje Jezusa – On zamieniał wodę w wino, ona ogórki w owoce – tak się kończy nadawanie morsem xD xD xD. Ale ja się wcale nie śmieję. Owoce bardzo się przydały. Obiad też – nigdy wcześniej nie jadłam spaghetti z czosnkiem i cebulą. I nie umyłyśmy potem naczyń (Marta Trebusz zapada się pod ziemię). Tzn. umyłyśmy talerze, a potem zajęłyśmy się urodzinami Wiktorii. No. Tego. Tak jak Julianny na zimowisku – jak nie ma ciasta, bo nie szło się do Mery dodzwonić, to się ma kisiel z jogurtem. Dobre, polecam.
Chicas w tym czasie rozłożyły Hobbita na mojej podłodze i usiłowały w niego grać. Ale ma zrytą instrukcję i nie da się tego ogarnąć -,- No więc weszłam z hasłem wojskowym: No to teraz zaprzestajemy siesty i śpiewamy sto lat: Sto lat, sto lat! Wiktoria myślała, że zapomniałyśmy.

Punkt 6. – nauka francuskiego i Martusia i Juleczka dały ciała – czyli dlaczego to była OSTATNIA zbiórka w tym cyklu i jak to zrobić, żeby zrealizować wszystkie zadania z cyklu i wyczyny. Rozkminki, bonjour, comment tu t’appelles? , salu, je suis etc… I gdzie mieszkasz, którego już się z Julką nie nauczyłyśmy, w panice ogarniając, czy damy radę to co miało być za 2 tygodnie zrobić TERAZ. Nie polecam.

Punkt 7.  Apteczka się nie znalazła. Kończymy grę. Spotykamy moją sąsiadkę, rodziców mojej poprzedniej drużynowej, zagorzałej fanki i członkini ZHP oraz babcię mojej koleżanki z piaskownicy, które uwielbia ze mną rozmawiać. Kasia mówiła, że byłam dla niej niemiła. Julka, że nie. Ja nie wiem. Nie chciałam w każdym razie i bardzo mnie to zdziwiło. Może jednak język nie zawsze robi to co chcemy? Przykład – Hiszpania 2012?

Dziewczyny musiały znaleźć antropofobicznego sędziego, ale wcześniej uprzedzić go o swoim przybyciu. Stąd tytuł. Nie wiem, czy dobrze grałam, wiem, że mnie to rozśmieszyło. I ten głos pełen paniki. Wow. Ja się boję R! Ale renifera już nie. Przedstawiły mi zawody pantomimą, najbardziej mi się podobał chyba kościelny. A, bo Mery uciekła, bo do niej ktoś przyjechał. I trafiła na zły przystanek. Nie wiem, jakim cudem. Ale potem dojechała na Grunwaldzki. A my skakałyśmy w kabel i grały w ping-ponga.

Masz ci los, dzisiaj znowu przyda mi się mleko do snu <3. Dzień pełen emocji, mrau. I jeszcze widziałam moją animatorkę. Ale ona mnie nie widziała. Myślałam, że jako błękitna banda bardziej rzucamy się w oczy. Muszę czytać, bo robię straszne błędy ortograficzne…

Punkt 8. Gra Zosik o tajemnicach różańca. Ambitna, niekonwencjonalna. Lubię to! 🙂 Serio. Rozwijająca. I w ogóle. No.

Punkt 9. Rada. Takie tam. Kasia rozważa odejście, Julka odchodzi. Więc prawdopodobnie ja będę zastępową. Jak mówiłam, nic ważnego. A poza tym taka rada jak zazwyczaj. Byłam dosyć zaskoczona, że podobała im się gra. Sądziłam, że będzie beznadziejna.

Punkt 10. Julka została u mnie do 19.00, kiedy przyjechał jej tata. Zaliczyła mi duużo zadań :P. I dobrze. Jedziemy na ZLOT! I pogadałyśmy o szkole, kolegach, koleżankach, wycieczkach. Doszło do nas, ilu rzeczy nie zrobiłyśmy (oddać naszywki właścicielom, rzeczy właścicielom, książek pretendentom do bycia właścicielem)… Bo oczywiście zapomniałyśmy ❤ ❤ ❤ ❤ ❤ GIMBAZJUM

I dałam Julce zdjęcia z obozu.

I pojechała.

I piszę.

I już.

Skończyłam.

Chyba nie jest źle, 1500 słów. Żal apteczki.

Aha, miałam coś jeszcze napisać.

Merci, znaczy dziękuję, Julianno. Nie dlatego, że mogę być zastępową, bo to nie ma znaczenia. Dlatego, że zrobiłaś to dla zastępu. Pomimo tego, co zniechęcało Ciebie, mam wrażenie, że dobro zastępu było głównym argumentem. I w imieniu chyba wszystkich dziękuję, że potrafiłaś. Dla mnie to master. Ale dowodem na to, że nie było tak źle była reakcja dziewczyn dzisiaj. Sama wiesz.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: