Trwa akcja “prosimy, podziel się dekalogiem!”

Czadowo :). Znaczy wczoraj jeszcze myślałam trochę inaczej, ale wczoraj to jedyne o czym marzyłam, to to, żeby pójść wreszcie spać. Jak wróciłam, to się przespałam godzinę, a potem jeszcze huzia do Dżastiny na matmę. Mam nadzieję, że coś dała… Vamos a ver, bo sprawdzian poprawiała dzisiaj.
Wyjechałyśmy w sobotę około 14.00. Na początku pragnę zaznaczyć, iż miałyśmy zabrać ze sobą flagę Polski, której nastąpiło cudowne rozmnożenie – żadna z nas nie miała, więc miałyśmy mieć flag 0, a ostatecznie miałyśmy 3 -> Zosia jednak u siebie znalazła, ja zrobiłam z bibuły, a Julka pożyczyła od Basi. Z pakowaniem plecaków do luku był trochę problem, ale się udało, a furorę zrobił paragon, który niczym nieskończony papier rumiankowy Regina wysuwał się z kasy. Nadawałby się na antyczny zwój :P. Siadłyśmy sobie z tyłu, wyszło, że siedziałam sama, więc wzięłam obok torbę Kai, która razem z Julką, starającą się odespać nocny maraton Thora, usadowiły się obok. Ale w sumie potem przysiadła się Dorota, tak że całkiem miło się jechało. I już okazało się, że da się z nią porozmawiać normalnie. W sumie to niby było wiadomo, ale należało sprawdzić ;). Od razu, jak rozgościłyśmy się na szkolnej podłodze, oddałam w godne ręce ostatnie cukierniczki. W końcu jestem od nich wolna, została mi tylko moja własna…
Na dobry początek, czas na obiad – co prawda byłam, a zresztą nie tylko ja, przekonana, że obiad to będzie, ale w niedzielę i poniedziałek, ale dostałam drugi. Hanka, która już pogodziła się z tym, że tego dnia zostanie przy kolacji i śniadaniu, też się najadła :)… Po apelu rozpoczynającym przyszedł czas na warsztaty. Warsztatów cztery rodzaje, ale tak pomyślane, że podzielone na 2 tury – ergo każdy będzie miał okazję wziąć udział w aż połowie ;). Oczywiście wszyscy rzucili się na wszystko. Jak się później okazało, topografia była dla raczej początkujących, pierwsza pomoc też niezła. Każdy mógł się czegoś nauczyć, nie tylko ci, którzy nie umieją założyć rękawiczek. Bo takie np. bandażowanie głowy, to już trochę ambitniejsze zajęcie. Na drugą turę wybrałam się z Julianną na warsztaty manualne, a Zosia na zdobnictwo obozowe. My robiłyśmy lampiony, a oni, jeśli dobrze ogarniam, to pajęczynkę. Przynajmniej pierwsza tura, bo przy drugiej, to chyba coś nie poszło. Nie wiem. W każdym razie Zosia relacjonowała, że część faktycznie plotła, ale one rzucały sobie beretami do kosza.
Btw. taka rozkminka, że mamy strasznie, strasznie dużo Kraala. No bo na samym początku była Dorotka, Basia, Maja, asystentka hufcowej ds. harcerek, znaczy Ania B./S. , szczepowa nowego szczepu, czyli Ania Pi., Aga Pąją <no jakoś muszę nazwiska zmieniać, ale to inaczej niż w całości po prostu nie brzmi. Więc, drodzy wtajemniczeni czytelnicy, nie przejmujcie się “ą” i czytajcie jak trzeba ;)>, taka jedna Gosia, co generalnie nikt nie wiedział skąd… Klaudyna, Dominika W., która odwiedziła nas już na obozie (razem z pieskiem). W trakcie w sumie Ania Pi. i chyba Maja pojechały, ale za to przyjechał nasz księdzu. Tak jak mówię, Kraala było dużo :P.
A na manualnych robiliśmy lampiony – no i super. Przydadzą się na roraty u dominikanów. Mam zamiar. Naprawdę. Ktoś się wybiera ze mną? Nie mówię, że codziennie, ale tak czasami… Grudzień w sumie już niedługo…
Na dobry koniec dnia po kolacji nadszedł czas na świeczysko i scenki o Eurojamie. Genialna scenka Charta :D. I Nati, przed salą gimnastyczną pytająca mnie niewinnie, jak tam hiszpański…
Hanka w sumie wzięła gitarę, ale udało jej się zagrać całą jedną piosenkę, bo Kraal zaczynał bez niej…
I dobranoc. Ale najpierw jeszcze (nie no, nie można tak wcześnie iść spać) pojawił się problem. Bo w sumie jest jeden prysznic… Jest. Ale jak jeden prysznic na 3 drużyny, to możemy się w nim myć. Bo tak głupio, bo nie wszyscy będą mogli… Ale z drugiej strony głupio się w nim nie myć, jak jest… I udowodniłam sobie, jak bardzo nie umiem myć się w misce ;).
Kategoryczna cisza nocna nastała o 23.00, pod groźbą tego, że Dorota wygoni nas przed szkołę i będziemy sobie wokół niej biegać. I generalnie, to w tej szkole mieszkają sobie ludzie, więc tym bardziej cicho. I na początku było. A potem u sarny i koszatki zrobiło się wesoło. I nie mogło przestać. Nati zwracała uwagę, ja narzekałam, Nati wypraszała na zewnątrz. A w pewnym momencie weszła Basia i na chwilę zapanowała cisza. A potem Basia wyszła. Ale w końcu udało się zasnąć. Nie na długo.
Jakoś tak wyszło, że jak ktoś wszedł do naszej salki, to nie spałam. I nie tylko ja. Parę osób, razem ze mną, jak zobaczyło Agę Pąję w sukience, z chustką na głowie i świecą chrzcielną zaczęło się śmiać na zasadzie; aha, no to tego, wszystko jasne…
Uuuuuuu, uuuuuuuuu. URODZIŁAM SIĘ W WOLNEJ POLSCE! I… i wiecie. No. No. No ja. Ja tyle razy otwierałam tym dzieciom w tej szkole drzwi. I ja teraz nie mogę spokojnie spoczywać w grobie, bo tu. Bo tu. Bo tu RUSKIE JAKIEŚ I NIEMCY! No. Musicie mi pomóc. Musicie. Musicie mi pomóc… Chodźcie, chodźcie ze mną.
No to idziemy. Schodzimy do podziemia, znaczy do szatni, gdzie zaborcy właśnie ustalają, jak podzielić Polskę. Nie musimy się bać, bo nas nie widzą. Ale jak skończyli rozmawiać i rzucili nam koperty, to musimy uciekać, bo zaraz nas zobaczą. Koperty, oczywiście, z zaszyfrowanym tekstem.

Odszyfrowałyśmy jako pierwsze. Opłacało się cały cykl nadawać morsem :). Na początku chciałyśmy zapalić światło, ale duch nie pozwolił. Potem, jak już sobie poszedł, to zapaliłyśmy, ale z kolei Ania B. przyszła zgasić… No to odszyfrowywałyśmy przy latarkach. I w końcu mogłyśmy pójść spać. Aż do 07.00.

Po pobudce śniadanie, a po śniadaniu wyjście na mszę. 2DW do Karczyc, a 4DW i Domasłów do Chmielowa. Pomijam, że przy naszych służbach chyba nie tak poszło wszystko, co mogło… Na początku przez niezłą chwilę szukałyśmy lekcjonarza. Kościelny mówił, że jest na ambonie. Ale ej no, na tym czymś, co wygląda jak ambona, to jest mszał, a nie lekcjonarz… Aż w pewnym momencie Dorota nas zawołała, bo znalazła. Na górze :). Taka klasyczna, starokościelna ambona. No więc pierwsze czytanie miałam ja i trochę pochrzaniłam linijki. Aga w aklamacji zrobiła: alleeluuja, alleluja, alleluu-ekhm-ja, choć to było bardziej śmieszne, niż nieudane. Weronika w modlitwie wiernych przeczytała z oremusa wszystkie intencje po kolei, zapomniawszy trochę o “ciebie prosimy”. A jak podchodziłyśmy we 3, to w sumie zrobiłyśmy to tak niejednolicie, że mi wstyd. Wszystkie się kłaniamy, nie, wszystkie klękamy. Ale nie ma miejsca.. Dobra tam!
Po mszy podróż do Chmielowa na przedstawienie 4DW o św. Marcinie. Wyszło super, podziwiałyśmy je z chóru. Na koniec i tak najlepszy był szatan, z krótką, ale treściwą rolą Agi Pąji “hahahahaha” xD. Scenariusz i reżyseria: Hanka D.
A po mszy – rozpoczynamy WG. Walka w chusty i w radio ustaliła kolejność wyjść – Renifer idzie drugi. Kierujemy się pod pewien konkretny, podany w liście adres. Wchodzimy. Tadeusz, krewniak Piłsudskiego, miał mieć dla nas mapę. Było tam już kilka zastępów. W każdym razie oznajmił nam, że nie dostaniemy mapy, zanim wszystkie nie wypijemy herbaty. No więc wypiłyśmy, wymęczyłyśmy koty, Eurojammę, wredniaka. Ogarnęłyśy z Julianną, że ludzie w tym domu mówią dziwnie pobodnie do Agi Pąji i są do niej dziwnie podobni ;). To było serio supermiłe. Jak już dostałyśmy mapę, to wyszłyśmy dalej. Ale genialni byli jej bracia, którzy trochę nam pomagali. W jednym miejscu nikt nie mógł znaleźć punktu, więc młodzi krążyli po zaroślach “no, bo Agnieszka to gdzieś tu schowała”, albo “bo wiecie, punkt jest na moście” i pobiegli nam je przynieść :D. Ola z Żaby zastanawiała się, jak mają na imię “Gienek, nie? – Skąd wiesz? – A nie wiązałyśmy cię już kiedyś do drzewa?” Aha, punkty miały być bardzo dobrze ukryte. Może i miały, ja tam nie wiem… 😀 No i zastęp miał brać na punkcie po JEDNYM kawałku materiału. No ale co zrobić, jak na punkcie ogólnie jest tylko jeden kawałek. To jak my weźmiemy, to dla innych nie starczy… To zaczęłyśmy odrywać mniejsze kawałki. Potem się okazało, że skrawek miał wziąć pierwszy zastęp. Byłyśmy na cmentarzu, a potem w sumie wracałyśmy prostą drogą do Karczyc, robiąc postój na zrobienie części zadań. No i przy kościele zrobiło się trochę creepy, jak nagle coś, w chłodzie i we mgle, zaczęło grać “wlazł kotek na plotek”, a źródła dźwięku nie udało się zlokalizować…
Na wywieszenie flagi miałyśmy się stawić o 16.00. Nie wcześniej i nie później. O 16.00. Powitał nas, dobrze już znany, duch woźnej. “Jak się cieszę, że was widzę. No naprawdę. Jak ja się cieszę, że was widzę. Oj, jak ja się cieszę, że was widzę. Naprawdę się cieszę, że was widzę. Tak bardzo się cieszę, że was widzę. Tak się cieszę, że was widzę. Jak dobrze, że was widzę.” Mówiła to z kamienną twarzą, my po 6 razie zaczęłyśmy między sobą zaliczać ją do czubków. Otóż kazała nam pozszywać flagę. Ale szybciej, szybciej! To dajcie też innym do szycia! Ale jak robimy tylko z 6 kawałków, żeby było szybciej, to mamy jej dać resztę do spalenia, bo to świętość. Bo czy my nie myślimy? No, to przecież nie ona tę flagę podarła!
A. Jest tylko jedna rzecz, o której zapomniała nam powiedzieć. Teren należy do ruskiego mafioza i musimy się z nim jakoś dogadać. Szujka okazała się przekupna – nabyłyśmy teren za pieniądze uzyskane na punktach (i tu muszę zanotować błąd rzeczowy. W 1918 nie było polskich złotych. Nie wiem, czy w ogóle już była waluta, ale pierwsze były marki polskie. Przynajmniej tak twierdzi moja książka od historii).
Jednym z zadań było powiedzenie dekalogu i prawa harcerki pierwszej napotkanej osobie. Z drugiej strony po wciągnięciu flagi miałyśmy zaśpiewać ułożoną po drodze piosenkę patriotyczną. A jak weszłyśmy, to okazało się, że już za późno. Więc się zaczęłyśmy śmiać. Tak, jak powiem zaborcom prawo, to na pewno ich nawrócę. I tak jak w tytule.
Po obiedzie SH.
SH nie ujawnił swoich postanowień. Oprócz tego, że mam tłumaczkę. Szkoda, mogłabym się rozpisać o nim na pół strony. Bo dość dziwnie było, ale doesn’t matter. Nie ujawnił.
Wieczorem świeczysko, już bardziej z gitarą. Udało mi się nawet zagrać ojczyznę. Bo baranki kraal znowu zaczął sam. Ale miały świetny pomysł, bo świeczysko to była skondensowana historia Polski – każda scenka poprzedzona wierszem, a podsumowana piosenką.
Do stanu wojennego “Czy pan pamięta, generale”, “Elegia o chłopcu polskim”, “Wiwat trzeci maj”; powstanie warszawskie “Pałacyk Michla”, Chrzest Polski to właśnie baranki. Tylko po bitwie pod Grunwaldem było “Biegnie, biegnie mały osioł” xD. I to świeczysko było już po ciemku “no, bo ten pan mi mówił, żebym nie ruszała” mówiła Aga wyłączając światło na sali za pośrednictwem skrzynki “urządzenie pod prądem, nie dotykać”.
Tę noc udało się przespać bezboleśnie. I nieprzerwanie. Po śniadaniu olimpiada, a potem marsz niepodległości do Chmielowa na mszę, gdzie odpust. Jola z 4DW i ja zajęłyśmy wakat niesienia sztandarów z Niepokalaną i Jezusem podczas procesji dookoła kościoła. Fajnie się je wyciągało z kościoła. Bo generalnie to przyzwyczaiłam się, że nieważne jaki sztandar, bo każdy sztandar nosi się na plecach, więc w tej pozycji go chciałam z kościoła wynieść. Z tym że miejsca tam było trochę mało, a trzeba go było obrócić. I w sumie całkiem logiczne pytanie Agi, czy nie mogę wynieść go przodem. No w sumie mogę. Tylko na to nie wpadłam, bo sztandar nosi się przecież na plecach.
A jak już wyszłyśmy, to trzeba było ogarnąć, o które prawo Adze chodziło…
No i nastąpił zlotu koniec. WG wygrał Bóbr, bo “Bóbr Budowniczy zawsze da radę!”, a olimpiadę, choć tu bez zaskoczenia, Sarna.
Przed szkołą grałyśmy jeszcze z Zosią w klasy.
A potem w auto i po zabawie na dworcu i odebraniu hot-doga z rąk Hani do domu!
Pomimo, dzięki, ale generalnie ten zlot był super. Nie wiem, czy nie najlepszy z dotychczasowych.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: