“Jak nie to mała owca!”

Hehe, właśnie wróciłam z zimowiska. Znaczy właśnie jak właśnie… Wysiadłyśmy ok. 15.30, ale potem trzeba było odespać. No bo, jak wiadomo, nocy nie poświęca się przecież na spanie :P. Tzn. poświęca się z niej 4,5 godziny.

Ale od początku.
Pojechałyśmy prawie całym zastępem. Ogólnie to na wyjeździe było nas jakoś wyjątkowo dużo. Od nas 5, w Sarnie 7, Koszatka 6, Chart jak my. Już liczba obecnych wskazuje na to, że zaczęłyśmy z mocą :). Na dworcu okazało się, że nie mamy apteczki, bo Nacia jej zapomniała… No dobra, się mówi trudno i jakoś się będzie sobie radzić… Jechałyśmy do Kłodzka dwie godziny, przez większość podróży grając w skojarzenia – najpierw same, a potem z Sarną. Konkretniej to częścią Sarny.
Kiedy wysiadłyśmy na stacji Kłodzko Miasto, po chwili przywitał nas Czerwony Kapturek. Wręczył zastępowym mapy z czterema zaznaczonymi punktami (“No, ty wyglądasz na ogarniętą…”). Gra w chusty wyznaczała kolejność wyjścia na pierwszą część gry. Renifer wychodził jako ostatni, ale przerwy czasowe były tak małe, że i tak potem się prawie wszystko wyrównało. Z czterech punktów zaznaczonych na promenadzie udało nam się zdobyć 3. Żaden zastęp nie znalazł wszystkich. Gorzej było jednak z odszyfrowywaniem – ta sztuka udała nam się tylko raz. Na karteczkach były zagadki – udało nam się odgadnąć 3/4. Odpowiedzi w czwartej były sensowne, ale niestety nie zostały uznane… 😦

Macie, pobawcie się:

Promienieje, gdy zatraca się w porywającym tańcu, trawi wszystko prócz czeluści nocy. Gdy pokarm dostanie – żyje, gdy wodę – umiera.

Człowiek który to wymyślił, nie potrzebuje tego dla siebie. Człowiek, który kupił, nie potrzebuje tego dla siebie. Człowiek, który to potrzebuje, nie wie o tym, ale ma to potrzebne. (I nie jest to ani bajka, ani smoczek, ani pieluchy.)

Im mnie więcej, tym mniej widzisz. Gdy Cię otulę możesz zamknąć oczy i tak mnie widać będzie.

Idą za tobą lub przed tobą, zależy w którą stronę idziesz. Odziej się na czarno, a i tak ciemniejsze będą. Przed światłem zawsze umykają, choć gdy słońce niknie to i one znikają.

Kiedy już wróciłyśmy, mogłyśmy pójść do klarysek na Łukasińskiego. Tam część się rozpakowywała i ogarniała, a kuchciki poszły gotować obiad. W sumie to bardziej obiadokolację. Niezbyt się kleiły rozmowy, może trochę przez ustawienie stołów, które nie dawało wiele możliwości. No bo takie “L” sprawia, że prawie do wszystkich masz daleko :P. Posiłek, pomimo tego, że wyglądał jak papka, to był całkiem smaczny. Po nim warsztaty księdza ze mszy św. po łacinie. Po prostu przeczytaliśmy sobie jej tekst na głos, żeby się potem nie mylić.

Wieczorem była jeszcze msza święta, na której prowadziłyśmy śpiew. Trochę słabo, bo jak się coś robi, to człowiek bardziej się przejmuje tym, czy to wyjdzie czy nie, niż modlitwą. Ale śpiew się udał. I ksiądz był zadowolony. Część nawet nie zauważyła, że inne agnus dei (po warsztatach części stałe po łacinie) było na próbie, a inne na mszy.

Pierwsze świeczysko było średnio klimatyczne, przy włączonym świetle, bez świeczek… Ale następnego dnia się poprawiłyśmy :). Tematem scenek było przedstawienie własnej bajki w kontekście fragmentu 

-Puchatku?
-Tak, Prosiaczku?
-Nic- powiedział Prosiaczek biorąc Puchatka za łapkę – Chciałem się tylko upewnić, że jesteś.”
Och, jak słodko <3… (W ogóle to Sarenka miała fazę na “jak słodko”, przez cały wyjazd. Miały też fazę na “Zawsze tam gdzie ty”, więc już drugiego dnia śpiewania tego na okrągło ludzie mieli trochę dość… ).

Nad scenką pracowało nam się genialnie :). Technikę wybrałyśmy nieco inną niż zwykle, bo operę. W ogóle to wow, jak zaproponowałam, żeby śpiewać, to spodziewałam się reakcji “Nieeee, nieeeee, ja nie chcę śpiewać… Nieee.” A skończyło się na entuzjastycznym “ok” :). Współczuję księciu, który obudził naszą Śpiącą Królewnę… Zosiak sama zresztą wyśpiewała, że “I w ten oto sposób zrujnowałem sobie resztę życia”. Tak, tak, miałyśmy wtedy wenę twórczą :D. Szkoda, że nikt tego nie nagrał :P. To była jedna z naszych lepszych scenek ostatnio.

W zapowiedziach Kraala znalazło się też wprowadzenie w fabułę. Lord Farquad (nie wiem, jak to się do licha pisze…) porwał postacie bajkowe i gdzieś je uwięził (notabene to uwięził też Kota w butach, który nie mając świadomości tego, kim ma być, chwilę wcześniej głośno szczekał :P).

Kiedy reszta poszła się już myć, my poszłyśmy na pierwszą część sądu honorowego, czyli stopnie, sprawności, przyrzeczenia. Wilczki dzielnie go przeżyły :P. Potem myć się i spać.

Po nocy ludzie wstali żywi i szczęśliwi. Po rozgrzewce i porannym apelu (na którym zostałam mianowana, a dziewczyny mogły w końcu złożyć przysięgi :D) zjadłyśmy śniadanie. W chlebach znajdowały się wiadomości. Generalnie to była konspira :). Podchodzę do tego naszego stolika i pokazują mi, żebym była cicho i podeszła bliżej :P. Gdybyśmy chciały dołączyć do ruchu oporu przeciwko Farquadowi, mamy stawić się o 08:45 pod kościołem. Problem tylko był taki, że wcześniej zastępy, które miały służbę kuchenną musiały umyć naczynia. Tego nie dało się zrobić szybko… Ale umówiłyśmy się, że żeby było fair, to po prostu na siebie poczekamy. Ksiądz trochę się nastał na dworze…

Punkty były 4 – miałyśmy je zdobywać w kolejności, przy czym kolejność była inna dla każdego zastępu. Naszym pierwszym był cmentarz (a tak się cieszyłyśmy, że chyba jesteśmy pierwsze…). Pewna kobieta [nie żeby jakaś konkretna, czy znajoma…] widziała na nim bajkową postać, która zostawiła dla nas wiadomość. Ale że nie bawiła się od śmierci męża, to najpierw musimy się z nią pobawić – zrobić sztafetę morsa. Ze zdaniem “Zielony pies je brunatną trawę.” Wtedy dostałyśmy też drugie zadanie sms (w czasie gry miały pojawić się 4) – przeprowadzić wywiad z mieszkańcem Kłodzka. Hm… zastęp się nie rozdziela, a my robimy dość długie zadanie na cmentarzu, gdzie raczej nie ma tłumów. Złapałam jednego pana, ale nie był z Kłodzka. Trudno. Musiałyśmy odpuścić (na wykonanie go było pół godziny).

Drugie zadanie było u Basi. Też niekonwencjonalne – jedna osoba słucha piosenki z bajki i musi ją zanucić zastępowi tak, by ten zgadł, o jaką chodzi.

Naszym trzecim punktem były takie dziwne ruiny. Mi się osobiście kojarzyły trochę z pentagonem, bo na mapie przypominały gwiazdę. Patrzyłam na to i zastanawiałam się, co to do licha jest… 😛 Jak weszłyśmy od razu poczułyśmy klimat romskiego podwórka. Nie jestem uprzedzona. Tylko nie lubię jak ktoś przeklina na całe gardło. I bać się o zastęp też nie lubię, choć ten strach już może wynikać z uprzedzenia. Czas się kurczył, ale stwierdziłam, że jak dawać z siebie wszystko, to wszystko. Dziewczyny też szły. I jak zobaczyłyśmy Agę to dostałyśmy takiego speeda… 🙂 Rysowałyśmy szkic topograficzny. A że podejście było pod górę, to jak wracałyśmy, stwierdziłyśmy, że zbiegniemy. Ostatnia była Mery, która zyskała kibiców w postaci cygańskich dzieci, krzyczących “szybciej, szybciej!”.
Lepsze jest to, że Aga o sąsiedztwie Romów dowiedziała się dopiero, jak schodziła z punktu.

O 12.00 poszłyśmy do kaplicy na anioł pański, po nim przyszedł czas na apel ewangeliczny i gotowanie obiadu. Dyżur przez cały dzień miały Chart i Sarna, a Renifer z Koszatką w tym czasie robić filcowe pacynki na warsztatach u Basi. Jej wychodziły naprawdę śliczne. I niektórym też. Mnie się moja niezbyt podobała. Ale uroczy był Prosiaczek koszatkowej Zosi…

Na obiedzie atmosfera była dużo lepsza niż wczoraj. Dzięki wnioskom wysuniętym na radzie nie został już podany w dwóch garach, tylko w wazach. Zapraszałyśmy też Kraala. Do nas przyszła Dorota. A no właśnie, bo nie napisałam wcześniej, że Doroty były dwie. I śmiesznie było pierwszego dnia, kiedy Dorota – drużynowa powiedziała nam, że za chwilę Dorota będzie czekać przy stole i zbierać kasę i karty, a myśmy na nią patrzyły zastanawiając się, czemu mówi o sobie w trzeciej osobie… W każdym razie dobrą aurę słychać było w tym, że nic nie było słychać 😛 – wszystko zagłuszały rozmowy. Trochę to przeszkadzało, ale było super.
Na punkt Doroty na grze niestety nie dotarłyśmy, chociaż opowiadała nam, że czuła się trochę śmiesznie, kiedy siedziała w okularach przeciwsłonecznych i czapce z kolorowymi farfoclami, a ludzie przechodzący obok zwalniali, na rondzie zaczynali jeździć w kółko, a policja na wszelki wypadek obok niej zwolniła :P.

Po jedzeniu odbyły się nasze warsztaty. Drużyna nas trochę nie słuchała, ale część się udzielała i starała. Może się czegoś nauczyły. W każdym razie kto chciał, ten mógł. Dziękuję Nati za ogarnianie hałasu. W sensie uciszenia go.

Tego dnia na mszy miałyśmy służbę. Trochę słabo, bo chociaż Wiki i Mery same się do niej zgłosiły (a mi ulżyło, bo to znaczyło, że nie będę musiała służyć ja, która służyć nie umiem), ale nie przypomniały sobie, jak to zrobić. Ja sama w nieogarze dnia <bo miałam poczucie, że tak kompletnie, kompletnie nic mi nie wychodzi> przypomniałam sobie o modlitwie wiernych dopiero na mszy, więc była taka, jaka niby miała być. CAŁKOWICIE spontaniczna xD.

Po (chyba?) mszy warsztaty Sarny z szyfrów – poznałyśmy 3 nowe, przy czym 2 z nich zabójcze :P.

Tego dnia świeczysko prowadziłyśmy my. Tym razem hasłem było “Z pszczołami nigdy nic nie wiadomo. Ani z misiami, prosiaczkami, królikami, sowami i harcerkami…”. Udało się ogarnąć klimat – kiedy my byłyśmy na radzie, mój zastęp poprzestawiał stoły i przygotował świeczki  i w ogóle. Na później przewidziane było krótkie czuwanie przed przyrzeczeniem. A tego samego dnia odbyło się jeszcze śpiewogranie – ale już nie pamiętam dokładnie kiedy.

Chart miał czadową scenkę :). Ale widać, że zmienił się skład drużyny, bo mało kto ogarnął “spokojnie, to tylko napad padaczkowy” :(. Potem nastrój stopniowo się wyciszał i śpiewając kanon poszłyśmy do kaplicy. Kaja twierdziła, że czuwanie jej nie wyszło, bo to ona ogarniała piosenki. Moim zdaniem wyszło i to bardzo. Piosenki były spokojne, był moment wyciszenia… Ogólnie było spoko.

Wyszłyśmy po nim na dwór, gdzie Zosiak i Aga złożyły przyrzeczenia. I tutaj moje faux pas. Na śmierć zapomniałam o okrzykach. I żebym kulturalnie po przypomnieniu Dorotki nie zrobiła nic, to może byłoby lepiej. Bo już nie liczę na to, że mój mózg mógłby podpowiedzieć jakieś “na cześć Zosi – hip hip hura!”… Martusia postanowiła spróbować z niewykorzystanym okrzykiem z apelu porannego. Tak, grunt to spryt -,-. Ale zrehabilitowałam nas pamiątkową kartką. Uważam, że to był całkiem fajny pomysł :).

Poszłyśmy spać. W końcu. W sumie to jeszcze na radzie się umówiłyśmy na jutrznię, a poza tym to lulu :).
Nie dane nam jednak było przespać spokojnie całej nocy. O 01.11 był alarm i nocna gra. Bałam się, że dziewczyny się nie obudzą. W ogóle to nie wiem, co to za magia, że zawsze budzą się zastępowe, a resztą trzeba potem potrząsać :P. Udało się. Odpowiadałyśmy (a w sumie to ja zawłaszczyłam kartkę, więc w sumie to odpowiadałam) na pytania dotyczące zastępów i drużyny. Potem mogłyśmy wracać do łóżek.
Następnego (a, nie, tego samego) dnia obudziłam się o 06.40, żeby się szybko ogarnąć, ale weszła Dorotka, mówiąc, żebym jeszcze szła spać. Jak tak, to spoko :).

Poranna gimnastyka odbyła się na dworze i niestety trochę się na nią spóźniłyśmy… Po śniadaniu apel- hasłem dnia jest “Prosiaczek był tak przejęty myślą o tym, że może się przydać, że zapomniał się bać.”

Kolejność wyjścia na grę określała gra w radio, a potem w ninje. I dzięki temu, że ostatnio Renio się w ninjach rozsmakowuje, wyszłyśmy na grę jako drugi zastęp. Punkty nie były oznaczone na mapie, tylko opisane wskazówkami. Znalazłyśmy wszystkie 4 karteczki i zrobiły wszystkie zadania. Ułożyłyśmy piosenkę o zastępie (Mery ją ogarnęła z gitarą… zazdraszczam, ja tak nie umiem… :P). Wypisałyśmy 25 węzłów i narysowały 15. I zrobiłyśmy jeszcze trochę innych rzeczy. Np. pomodliłyśmy się aniołem pańskim z mieszkanką Kłodzka i wymieniłyśmy pudełko z zapałką na 2zł. To była chyba najdroższa zapałka “kupiona” w życiu tej pani, która zgodziła się z nami wymienić.

Miałyśmy jeszcze iść zwiedzać twierdzę kłodzką, ale że 60%, czyli jednak większość nie chciała, to spytałam Doroty, czy musimy. Alternatywą okazało się spanie, granie, nicnierobienie, więc wyszło, że jednak musimy. Ale się nie udało :(.
Miałyśmy wrócić do 14.00. Wejście do twierdzy odbywały się co pół godziny, przejście trwało godzinę. Dotarłyśmy do twierdzy ok.13.10. Więc przerąbane. Porobiłyśmy sobie zdjęcia, poszłyśmy do sklepu, Zosiak na wysokościWiki przewodnik Wiki-nasz przewodnik ;)i moja czołowa!w tuneluw tuneluna baszcie

żeby kupić picie, które wszystkim się już kończyło, a potem wróciłyśmy do domu. Chyba najlepszym punktem było chodzenie przez 20 minut z zamkniętymi oczami. Ja miałam szczęście być oczami i udało mi się nie zabić żadnej z dziewczyn (oczywiście przypadkiem). Tylko kiedy już miały otwarte oczy, to ja dalej miałam ochotę mówić im, gdzie są krawężniki… na ślepo i wszystkich dotknęła ślepota

Ale to nie był koniec gry. Chart ogarniał coś dziwnego z biblioteczką. Nie wiedziałam co, ale niezbyt mi się to podobało. Powiedziałam Basi i Kai, że zastanawiające. W sumie niedługo potem zadanie stworzone w przypływie natchnienia przez naszą przyboczną Barbarę ogarniała cała drużyna. Na tablicy korkowej wisiała karteczka, a na niej podane były numery książek z biblioteczki, strony, wersu i słowo. Wyszło z tego ni mniej, ni więcej “Mianowice faraon pełen wzruszenia i obawy otworzył grobowce w świątyni”.

Po obiedzie odbyły się warsztaty Charta z ekspresji. Było kilka ciekawych gier, szczególnie podobała mi się czekolada :). Znałam ją wcześniej, ale i tak bawiło się miło. Ludzie rzucają po kolei kostką. Ten, kto wyrzuci 6 oczek musi włożyć czapkę i rękawiczki i nożem i widelcem jeść czekoladę. Problem polegał na tym, że w naszej grupie szóstka wypadała cały czas… Poza tym mała doza improwizacji. Ludzie zostali losowo dobrani w pary – mieli ten sam temat, ale inne techniki. I tym sposobem w zakrystii przed mszą posługiwano się pantomimą i operą, na ławce trenerskiej na meczu pantomimą i zwykłymi słowami, w szkole przed kartkówką niekonwencjonalną wersją robota i też zwykłą grą aktorską.

Ponieważ nasz ksiądz się rozchorował, poszłyśmy na mszę do sióstr klarysek. Po niej w bardzo ładnym wirydarzu odbyło się przyrzeczenie Basi.

Kiedy wróciłyśmy do domu obejrzałyśmy przedstawienie Charta. Było bardzo dobrze przygotowane, śmieszne i… no po prostu genialne :). I tylko zastanawiałam się, skąd je znam… A znałam z hiszpańskiego kółka teatralnego w naszej szkole.
Po nim odbyła się druga część sądu honorowego. A wieczorem zaczęłyśmy spiskować :P. I…

…o 02.00 obudziłyśmy Kraala (ponieważ trzaskanie krzesłami i stołami nie pomogło, a trzeba było uważać, żeby nie obudzić śpiącego na dole księdza to po prostu zaczęłyśmy pukać do drzwi). 3 postacie w kocach, czyli Wiki, Basia i ja, nic nie mówiąc, kazałyśmy Dorotce, która wstała, obudzić resztę i pokazałyśmy im (też zakocowaną) Hanię. Ta dała im wskazówkę z morsem i mafekingiem. Próbowały wracać do pokoju na różne sposoby, ale że nie spała tak z połowa drużyny, to nie bardzo im się udawało. “Muszę iść po długopis. One też muszą. Taki mamy patent.” Wskazówka od Hani doprowadziła je do Nati, a ona do kuchni. W kuchni stwierdziły, że muszą wracać do pokoju, bo im zimno. Ale skoro już miałyśmy koce na tej grze, to czemu się nie podzielić… 😛 Kiedy skończyły, ustawiłyśmy się w szeregu i stałyśmy z rękami ułożonymi w serduszka, żeby w słodkiej, różanej atmosferze mogły wrócić spać. Choć liczyłyśmy się z tym, że następnego dnia nas zabiją.
Chociaż Dorota z ogniska młodych stwierdziła, że nie chciało jej się wstawać, ale z tymi kocami i serduszkami byłyśmy takie słodkie… 🙂 Cóż, jak widać wciąż żyjemy ;).

Następnego dnia pobudka, msza, śniadanie, warsztaty Koszatki. Potem rada podsumowująca zimowisko, które wszystkim bardzo się podobało, wieeelkie sprzątanie. Na koniec jeszcze takie śpiewogranie z zabawami (wiecie, że bardzo dużo osób nie znało gwizdka?). Aż tyle, że po hasłach “zakrztusiłam się śliną” padały sucharki “swoją?”. Nieco obrzydliwe, ale Nati poszła swój gwizdek przepłukać.

Apel kończący. Zimowisko się kończy – Renifer płacze. Wielką grę wygrał Chart. My dostałyśmy po czekoladzie. Duużej.

W ogóle to Kłodzko to niesamowite miejsce. Przez całe zimowisko jeden, jedyny raz się zdarzyło, że kierowca nie przepuścił nas od razu na pasach… Aż dziwne to było… I ludzie bardzo mili. Przynajmniej my na takich trafiałyśmy. Koszatka poszła odmawiać anioła pańskiego z właścicielem sklepu z dewocjonaliami “Wszystko dla katolika”, który przekazał im obrazki dla całej drużyny i poprosił o modlitwę za niego i jego sklep i za wszystkich ludzi, którzy wcześniej nie byli chętni do współpracy z nimi :P.

No. Tylko jedna rzecz, że jak wynosiłyśmy śmieci, to poszły w złe miejsce i potem ich już nie ogarnęłyśmy i to trochę niedobrze… Trochę bardzo. Ale jak przyjechała śmieciarka, no to już było za późno :(.

W drodze powrotnej zaliczałam Mery zadania i aż mi się sentymentalnie zrobiło. Pozwoliła mi sfotografować kawałek. Ma w jednej tabelce 3 zastępowe 🙂 :). kronika Mery

I porwałam od Nati na chwilę książeczkę na stopień pionierki. Jejku, ile tam czadowych rzeczy jest! Też porobiłam zdjęcia i czytałam. Podróż powrotna była świetna. Bardzo żałowałam, że zimowisko się kończy, ale równocześnie zdałam sobie sprawę, że dawno nie byłam taka szczęśliwa. To były genialne dni…

Aha, tekst z tytułu to pan konduktor, który mówił, że nasze legitymacje są nieważne (bo niepodpisane) a na okrzyki “Jak nie?!) odpowiadał właśnie tak.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: