ZZZ w Wałbrzychu, czyli “co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela” :).

Spotkałyśmy się na dworcu głównym. Teoretycznie zbiórka była zarządzona na 07.30, ale Nati i Kaja przyjechały chwilkę potem, bo nie miały wcześniej autobusu. Ciągle jednak nie mogłyśmy się doczekać przyjścia drużynowej. Ok. 08.00 jednak “ktoś” zadzwonił z jej numeru do Basi i oznajmił, że nasza zastępowa została porwana. Musimy podążać za wskazówkami, a na razie udać się do jej rodzinnego miasta. No i żadnej policji!
Zgodnie z poleceniem wsiadłyśmy w pociąg do Wałbrzycha. Podróż upłynęła nam miło i dość fazowo :). Rozmawiałyśmy, po dziecinnemu cieszyłyśmy się z Nati i Basią z wyłaniającego się zza chmur słoneczka i smuciły, gdy znikało… Na porządku dziennym były też sekrety w stylu Sarny :P.
Jeszcze w pociągu odebrałyśmy 2. wiadomość od porywaczy “Dworzec miasto, budynek dworca, rura od deszczu. Przed wami 8 wyzwan, cel ostateczny to ptasia kopa”. Śmiesznie było, bo znając niecałkiemzawszepoprawnośćortograficzną Dorotki, zastanawiałyśmy się, czy na pewno chodzi o kOpę, czy też może to miało być ó.
W “rurze od deszczu” znalazłyśmy 1. zadanie – tekst do odszyfrowania Mafekingiem. Każda miała swoje hasło, bo czekały nas historyczne kalambury. Potem kościół św. Barbary i kolejna “rura od deszczu”, ale ta nazwana już rynną. Tym razem zadanie ze sztafetą – ale jeszcze nie teraz, dopiero kiedy wejdziemy na szlak na Lisi Kamień. Zaczęłyśmy więc podejście. Teoretycznie miałyśmy się rozstawiać co kilometr, ale nijak się tak dało, bo droga była strasznie kręta. Po drodze znalazłyśmy kilka zadań, ale dziwnie szybko się skończyły. Żeby nie stracić tak łatwo możliwości zaliczenia zadań na łączniczkę, bo taki był cel tej gry, zadzwoniłyśmy do porywaczy. Miałyśmy iść zielonym, a potem niebieskim szlakiem. Jednak takie opcje były 2, więc pojawiło się pytanie, czy mamy wracać na tę drugą, czy możemy iść tą, którą szłyśmy. Porywacz zapytał, czy rozróżniamy szlak rowerowy od nierowerowego. No więc mamy iść nierowerowym. No to ok, idziemy nierowerowym dalej. W międzyczasie jeszcze Basia się wracała po scyzoryk, który miała w kieszeni, a myśmy się z nią komunikowały za pośrednictwem gwizdków i morsa. Aha, miałyśmy nadać dowolne zdanie. 1. nadawała Basia, więc i do niej należało wymyślenie go. “Kolec jeża mnie pociesza” pozostanie na zawsze w mojej pamięci ;).
Doszłyśmy na Lisi Kamień, spotkałyśmy 2 sarny i narysowałyśmy panoramę Wałbrzycha z punktu widokowego. Niedługo potem dotarłyśmy też na Ptasią Kopę. Czekało na nas rozpalone ognisko i Dorota, leżąca nieprzytomna ze związanymi rękami na karimacie. (Btw, to jak o tym napisałam Florianowi <czyt. mojemu Węgrowi>, to stwierdził że jak przeczytał “Dorota was kidnapped”, to trochę się przestraszył :D). Jakoś przywróciłyśmy ją do stanu żywotnego i zaczęłyśmy gotowanie. Fajnie tylko, że kuchcik <nie ma to jak, prawda, autokrytyka> nie pomyślał o naczyniach. Tzn. miałyśmy kociołek do ugotowania ryżu, ale kurczaka smażyłyśmy w menażkach, na głębokim oleju. Zamiast startej marchewki z jabłkiem była surówka z talarków. No, a w czasie gotowanie coś się w mojej menażce zapaliło. Fajnie, że kuckcik ogarnia podstawy chemii i próbował gasić olej wodą… Fajnie, serio xD. Ale w końcu się udało! 🙂
Pomodliłyśmy się na przed jedzeniem, chociaż pan chcący zjechać rowerem po stromym stoku skutecznie rozpraszał naszą uwagę. Też była lekka prowizorka – Nati np. jadła w kociołku :P.
Po obiedzie czekało nas krótkie śpiewogranie, chociaż trochę zamulałyśmy. Pojawił się pomysł, żeby na kolację zrobić pizzę :). Zwłaszcza że Nati miała bardzo fajny przepis.
Następny punkt, to warsztaty z musztry. Każda zastępowa miała znaleźć sobie kija trochę niższego od siebie. Potem zamieniałyśmy się, będąc kolejno zastępowymi, bądź zastępem jednej z nas. Dostawałyśmy lewą nóżkę stając na spocznik i ogólnie ćwiczyłyśmy apel, żeby potem przekazać naszą wiedzę dalej :).
Po radzie drużyny zebrałyśmy pozostałe jedzenie i zeszłyśmy w dół – tym razem dobrą trasą, bo wcześniej, choć nie szlakiem rowerowym, to poszłyśmy nie całkiem tym, o który chodziło Dorocie.
Po przyjściu do mieszkania zabrałam Nati i poszłyśmy po składniki do pizzy. Mogłam też w końcu komuś powiedzieć o sprawie, która pół dnia chodziła mi po głowie i sprawiała, że trochę zamulałam.
W planie na wieczór był co prawda jeszcze film, ale życie potoczyło się inaczej. Zaczęłyśmy pizzę, pokroiłyśmy składniki, poczekałyśmy aż ciasto wyrośnie. W międzyczasie, ponieważ byłyśmy już trochę głodne, zrobiłyśmy kanapki. Podczas kolacji ogarniałyśmy też ćwiczenia, na koordynację dwóch półkul. Część wychodziła bez problemu, część jednak nie, co zostało podsumowane tytułem :). Hitem wieczoru stało się “dobble” i “tabu”. W dobble każdy uczestnik dostaje kartki z obrazkami. Każda karta ma dokładnie jeden obrazek wspólny z dowolną inną. Chodzi o to, żeby ten jeden jak najszybciej znaleźć i mówiąc, który to, położyć swoją kartę na tej, położonej na środku, zanim zrobi to ktoś inny. Tabu jednak, to dużo lepsza gra :D. Chodzi o to, żeby opisać jakieś słowo, bez użycia kilku innych. Jeżeli masz (tak na konkretnym przykładzie) cesarskie cięcie, to nie można tego opisać po ludzku, że to poród poprzez rozcięcie brzucha i wyciągnięcie dziecka, tylko powstają cuda “jak… kobieta jest… w stanie błogosławionym i nie może spokojnie… wydać na świat potomka”. Ale liczy się też pomysłowość. Basia P. miała przedstawić nam przodka, a że zabroniony był ojciec, dziadek i pradziadek, to posłużyła się linią żeńską. Ale po dłuższej chwili gry było już fazowo, a Dorota była tak zmęczona, że wyglądało to osobliwie :P. Grałyśmy w grupach Kaja-Nati-Basia W. kontra Basia P.-Dorota – ja. Miałam opisać puzzle, a że o puzzlach rozmawiałyśmy tego samego dnia, to właśnie tego użyłam “Dorota ma to na stancji, 200 części i układa”. Basia W. radośnie – “A ja wieem”. Dorota z jeszcze większym bananem “A ja też wiem!”. I chwilę jej zajęło dojście do tego, że jest w drużynie z nami, więc powinna się swoją wiedzą podzielić :P. Lepiej jeszcze było, jak trzymała w ręku pierdzieja i miała kontrolować wypowiedź Basi. Trzymała go, a Basia mówiła. A Dorota tkwiła wzrokiem w ścianie. No to my do nie “ale patrz w tę kartkę”. Odpowiedziała, że dobrze, ze wzrokiem tak pełnym niezrozumienia, o co nam właściwie chodzi, że to było słodkie :). Albo Basia: wampiry, wilkołaki…No! Co chce się zabić? I moja błyskotliwa odpowiedź: czosnek?
W pewnym momencie Barbara już nie wytrzymała i spadła z krzesła :).

Następnego dnia, ze względu na zmianę czasu, odpuściłyśmy sobie mszę o 7.00, poszłyśmy na 09.00, a potem, rekreacyjnie, podjechałyśmy autobusem do Szczawna-Zdroju. Tamtejszy park jest super :). Zjadłyśmy sobie lody, podeszłyśmy do parku… Stamtąd zresztą pochodzi nasze jedyne zzz-towe zdjęcie, odbić w stawiku. Wcześniej zrobiłyśmy radę na dwóch zwalonych bukach pospolitych.

zzz
(Btw, może ktoś się rozpozna? 😛 Ja jestem pierwsza od prawej, tyle wiem. Basia się chyba nie załapała…)

Wróciłyśmy do mieszkania Doris, pociągnęłyśmy jeszcze 3 rundki dobble i przyszedł czas powrotu na dworzec.

Zzz jak dla mnie super :). I fajnie, że mogłam zaliczyć coś na stopień. Takie ożywienia w podpisywaniu dobrze mi <i mojej pionierce> robią :).

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: