Syndrom odstawienia…

…dopada nawet najlepszych ;P. Dzisiaj, już po triduum, bardzo dziwnie było mi z myślą, że nie jadę na próbę. Że będziemy znów śpiewać dopiero za rok.

Chciałam powiedzieć (choć może zachowuję się niezbyt kulturalnie, bo właśnie rodzinka siedzi w dużym pokoju, a ja ich trochę olewam…), że bycie częścią scholi dało mi strasznie, strasznie dużo. Po pierwsze jakieśtam umiejętności muzyczne. I poczucie, że lubię muzykę i jestem w stanie coś z nią zrobić. Dało mi to, że kiedy śpiewam, to patrzę w nuty i coś to dla mnie znaczy. Nie pamiętam melodii, ale jestem w stanie zaśpiewać. To dla mnie czarna magia. Kolejną czarną magią jest chorał gregoriański…

Poza muzyką – można powiedzieć, że byłam w jakiejśtam grupie robiącej więcej. Jakiejśtam grupie podziwianej. Nie wiem, czy to zdrowe, czy nie, wg mnie to naturalne u ludzi, że lubią być obiektami uznania :). Ale to nieważne.

Mogłam spędzić czas (za co siebie przeklinałam – patrz: sobota 8.00-21.00 poza domem) z całkiem fajnymi ludźmi. Nieważne, że dalej nie wiem, jak mają na imię <w większości>. W każdym razie gdyby nie Zawisza, to nie byłoby mi tak łatwo być z dorosłymi na ty. Takie tam były relacje. Nie żadne “ave, o Panie”. Razem stworzyliśmy coś super. I nie zepsuło mi tego uczucia nawet to, że się myliłam. Że jak dyrygent mówił o unoszeniu podniebienia, czy śpiewania cienkim strumieniem, to wiedziałam, że tego nie umiem i raczej tak szybko się nie nauczę. Nie zepsuło mi tego NIC.

A rezurekcja była niezwykła. Tak, czułam to prawie cały dzień. Że szykuje się niezła impreza :D. Zwłaszcza że mówili, że raz im się zdarzyło siedzieć do 3.00.
Próba z orkiestrą od 19.00, ok. 20.30 przejście do kościoła. I cała msza. W trakcie niej chrzest 3 dorosłych. To samo w sobie było super. Połączony oczywiście z bierzmowaniem i ich 1. Komunią Świętą. I to “Gloria Patri et Filio”, które samo mi się wyrywało z gardła, chociaż byłam święcie przekonana, że raczej mi się nie uda tego zaśpiewać, skoro melodię poznałam  tego samego dnia.

Ogólnie myślę, że to, że jakoś oprawialiśmy tę liturgię, bardzo pomogło w jej przeżyciu. Innym. Fajniejszym :D.

Ale liturgia liturgią, najlepsze pieśni zostały na sam koniec. Najszybsze. Najcudowniejsze. Takie, że Ala mówiła, że mniej więcej na poziomie “O dniu radosny” zaczyna tańczyć. Potem jeszcze “Surrexit Christus”, “Regnavit Dominus”… Tak jak mówię, najlepsze. “Cała Ziemio wołaj”, “Na Zmartwychwstanie Pańskie” – czyli pieśń pod Rubika (“Chrześcijanie klaszczcie w dłonie” 🙂 ).

Klimat tej nocy był niepowtarzalny. Mój tata też to czuł. Taka atmosfera radości.
A po wyjściu z kościoła poczucie “Wow, Wielkanoc!” połączone z “Wow, właśnie czuję, że zrobiliśmy coś dużego”. I byłam, jestem z tego strasznie dumna. Bolała mnie szczęka xD.

W ogóle sobota była super. Justyna wróciła na przepustkę. Siedziałam z nią kilka godzin. Dowiedziałam się baaardzo dziwnych rzeczy. I posiedziałabym dłużej, gdyby nie to, że mama twierdziła, że będę u tych dominikanów nieprzytomna, jeśli się chociaż trochę nie zresetuję. W poniedziałek wieczorem wraca do szpitala. Jeszcze jakieś 2 tygodnie.

A tak jakby ktoś miał ochotę posłuchać :D. https://www.dropbox.com/sh/3haa73nvy0ny1ga/SpkmSWpeX3

Do zobaczenia za rok! Wielka Noc już 5 kwietnia :D. Z nową energią, z nowym wyczekiwaniem. Z nowym dziełem, z nowym śpiewem, z nową, wielkaocną radością! 😀

A dzisiaj próbowałam z tutoriala na youtubie nauczyć się Sonaty Księżycowej :D.

Pozdro! I cudownych świąt! Najlepszych, jakie mogą być :D.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: