Monthly Archives: May 2014

“Ja mam trochę inny problem z alfabetem – abcdefgah…”

lub inny tytuł – co Hala Stulecia ma wspólnego z funkcją kwadratową?

Żeby umieścić wpis w kontekście, trzeba by powiedzieć o koncercie. Ze względu na jakże piękne okoliczności przyrody zdecydowałyśmy się go odwołać. Z wielu względów. A w sobotę miała być druga próba.

No więc skoro w piątek po południu okazało się, że próby nie będzie, to trzeba było ogarnąć coś na zbiórkę. Tak. Jak się porównuję ze sobą sprzed pół roku i nie widzę zbytniego podobieństwa. Chyba że genotypowe :P. W szkole zatem pożyczyłam książkę “434 zagadki o Wrocławiu”, która stanowiła bazę sobotniej gry. Z 434 wybrałam około 20.

W sobotę wstałam godzinę wcześniej, żeby tę grę rozłożyć. Oprócz rady była jedynym punktem programu, więc żeby zajęła trochę więcej czasu to dochodziła do Hali Stulecia. Ale nie mogło być tak łatwo. Otóż 2 przystanki od domu uświadomiłam sobie, że tej gry nie wzięłam… No to co? Trzeba było się wrócić. I tak zdążyłam.

Uważam, że mój zastęp jest kochany. Szczególnie jak stwierdziły (konkretniej to Mery 🙂 ), że one dogadają się z księdzem odnośnie kiermaszu, żebym ja nie musiała <3. Moje serduszko rośnie, bo moją pewność siebie skutecznie (choć mam nadzieję, że na krótko, bo inaczej trafię do wariatkowa) podkopało dzwonienie z szukaniem salki dnia poprzedniego…

Problemem było to, że lało. Wiedziałam, że będzie lać. A miałam przygotowane coś oprócz gry? Nie. Ale po radzie na szczęście przestało, więc wyszły. A ja udałam się autobusem linii chyba 145 pod Halę, uczyć się do sprawdzianu z matmy. I tak 2 godziny miałam z głowy i utwierdziłam się w przekonaniu, że rozumiem postać kanoniczną funkcji kwadratowej.

I koniec zbiórki. Czuję się biednie. Mam nadzieję, że planowany biwak wyjdzie 100% lepszy. Na organizację potrzeba czasu, jakiejś logistyki, czy coś. Na biwak zastępu jedziemy w piątek, ogarniamy go od wczoraj xD. Powodzenia xD.

Dzisiaj spałam do oporu, byłam u babci… Czadowo było. Ale mam trochę dość. Jeśli chodzi o Zawiszę, to kocham klimat i w ogóle, ale kryzysik chyba właśnie przyszedł. A ja się śmiałam, jak mówili, że przyjdzie…

Uświadomiłam sobie w każdym razie niedawno jedną rzecz: że jestem dzisiaj takim człowiekiem, jakim zazdrościłam 2 lata temu – czyli z duuużą ilością znajomych – wychodzę na rolki – bach! Emil, bach! Piotrek. Wracam ze zbiórki obok pasażu – bach! Julianna i jakiś inny chłopak z oazy. Wracam ze szkoły kiedyśtam – bach! 3 znajomych. Prawie zawsze kiedy wychodzę na osiedle, to kogoś spotykam. To jest super :).

A na rekolekcje jako animatorki jadą z nami Ola (co prawda nie moja, ale też fajna 🙂 ) i dziewczyna Darka. No proszę, jeszcze nie pojechałam, a już znam coraz więcej ludzi :P.

Tytuł cytatem z Czesia. Trochę się zdziwił pewnie, jak próbował wejść do domu, bo Ania zamieniła mu nakładki na kluczach. Miałyśmy głupawkę trochę. “Ewelina kabel! Ewelina kabel! <wchodzi Czesław> Ewelina, zwinęłaś kabel?” :D.

Pozdro. Ale bieda…

Panny z mokrą głową i subtelny gwałt.

Lista spraw do ogarnięcia z biegiem dnia nie skracała się zbytnio. Tak wyglądał mój piątek. Na dworze padało, a ja czułam w sobie absolutny dezorden. Jedną kwestią przynajmniej nie musiałam się przejmować – miałam się zerwać z lekcji przed nim, bo jechałyśmy na biwak do Ramułtowic. Dezordenu punkt kulminacyjny nastąpił po historii Hiszpanii. Całą przerwę przesiedziałam u p. Relsyn, bo nie będę miała opcji zobaczenia się z nią przez nie wiadomo ile. A potem… – byłam przekonana, że wf. Ale wcześniej była zmiana planu. Nieważne. Przerwę spędziłam bez moich ludzi, więc na początku lekcji udałam się pod halę. Na halę wejść nie można, bo matury. Ale można od strony patio. Fajnie, że pada. A od patio też nie można, ale za to można przez kratkę. Ale kratka zamknięta – wpuściła mnie Maja z 1i, bo od wewnątrz można otworzyć. A jak już się dostałam na tę halę, to okazało się, że mojej klasy tam nie ma <3. Najpierw obdzwoniłam najbliższych, którzy mogliby odebrać. A potem sprawdziłam plan. Dostałam mój własny, bo jako przewodnicząca miałam pilnować ogarniania nowego xD. No i okazało się, że mamy wok. Więc musiałam (znowu przez dwór), wrócić do szkoły.

Wok jak wok. Jak chcesz to słuchasz. Większość powtarzała barok, ja nie musiałam. Ale ale… Dostałam sms-a, że biwak odwołany. Uff – lista rzeczy, które będę musiała zrobić właśnie z cichym trzaskiem nikła w płomieniach, których nie ugasiła nawet zaokienna ulewa. Tylko problem sprawdzianu…

W ogóle od rana miałam gorącą linię. Tu sms od Doroty, że zbiórka na PKS-ie o 16.00. Uhm. No dobra, czyli jak w mailu jest napisane, że wyjeżdżamy o 16.30, to znaczy, że o 16.30 WYJEŻDŻAMY. Telefon do taty, czy nie ma problemu, żebyśmy jechali pół godziny wcześniej. Moje sms-y do dziewczyn. Sms od Doroty, że odwołany biwak. Sms od Oli, że grupka odwołana, bo będzie mało ludzi. Sms do Oli, że 10 min temu odwołali mi wyjazd, więc mogę być. Sms od Oli, że niech zostanie jak jest. Sms do mamy, że wyjazdu niet, ale ze sprawdzianu i tak się zrywam, bo jakby nie miałam okazji się pouczyć. Mama, że uff. I wyraziła zgodę (spróbowałaby nie…). Sms od Zosiaka, czy to prawda, że biwak odwołany. No prawda, prawda…
No. Kocham. Uwielbiam dostawać sms-y i maile. I może dlatego tak często sprawdzam skrzynkę :).

W zamian za biwak w sobotę czekała nas zbiórka drużyny. No a po niej sąd i rada – coś do czego ogarniałyśmy się od kwietnia :P. W piątek w ramach spotkania ogólnego jechaliśmy oazą do Franciszka na jakąś modlitwę ogólnowspólnotową o dobry wybór nowego moderatora diecezjalnego, czy coś takiego… W każdym razie na początku myślałam, że będę. Ale potem (przyznaję, że ulewa również miała wpływ na moje ogólne rozleniwienie i w konsekwencji na decyzję) uznałam, że kurczę  – jutro się widzę z Dorotką, z którą się widzę rzadko. To chyba lepiej zamiast się pchać na Borowską, ogarnąć trochę pionierki.
Stałam sobie przy kuchennym oknie i myślałam, patrząc na krople spadające z całkiem nieprzyzwoitą częstotliwością, że właśnie rozkładamy(łybyśmy, oczywiście) namioty. I śmiać mi się chciało, bo zanim byśmy to ogarnęły, to byłybyśmy już mokre i złe :P.

W sobotę było spoko. W sumie oazę lubię coraz bardziej, bo tak naprawdę niewiele ode mnie wymaga. W sensie nie ogarniam spotkań, nie przygotowuję nic ekstra, co najwyżej jestem podkomendną. I o ile nie zostanę animatorką, czego na razie zdecydowanie nie przewiduję, to tak zostanie. A zbiórki drużyny też nie ogarniałam. Mogłam na nią po prostu przyjść. To była dość miła odmiana c: . Czekając na spóźnionych ogarnęłyśmy 2 nowe gry. I przejrzałyśmy Gniazda – staję się sławna.

Jako pierwsze zadanie – oczywiście po modlitwie – scenki. Każdy zastęp ma temat – jedną z aktywności eurojamowych. No a reszta musi zgadnąć, która to. W ogóle nieźle się zapowiada. Zaczynam się powoli spinać. Zrobię sobie w wolnej chwili libellusa :). Fajnie się zapowiada. Venite et vincite, venite et cognoscite, gaudete… Będzie fiesta generalnie.

Potem krótki quiz o eurojamie i z ogólnej wiedzy harcerskiej. Jest kwestia… skąd Zosia to wszystko wie… Opadła mi szczęka generalnie, bo ona jest genialna :). I nie tylko tym mi dzisiaj zaimponowała. To jest super człowiek. Muszę przestać mówić o moim zastępie dzieci. Bo ja to taka bardzo dorosła xD.

A następnie – wyjście na krótką grę – ekspresji ciąg dalszy. Przygotowania naszego zastępu do EJ w 5 aktach, krótki życiorys patronki, też w formie scenki. Ale nie tylko – robiłyśmy też sztafetę i nosze (w klasie jest pan dyrektor i są ławki – podobne zdanie. Trudno). Subtelny gwałt to apropos Sarny, której patronką jest bł. Karolina Kózkówna. Monika była Karoliną, Basia żołnierzem, a reszta Sarny robiła za krzaki xD. Jakoś trzeba było to ogarnąć…

Gry zrobiłyśmy tylko kawałek, bo deszcz, deszcz, deszcz…

Potem uczyłyśmy się (również w końcu) piosenki na przyrzeczenie i hymnu federacji. Jest ładny. Śpiewałam go sobie dzisiaj, jak robiłam deburdelizaję generalną pokoju.

I na koniec zabawy. Plątanka, która nam wyszła wybitnie trudna, atomki i MAFIA. Gdzie okazało się, że faktycznie do 3 razy sztuka. Za każdym razem byłam obywatelem. 2 razy lekarzowi udało się mnie uratować. Za 3 razem już nie…

I wbił do nas ksiądz, ogarnąć co robimy, bo zbiórkę miałyśmy w Maciejówce. Zanim się obejrzałam Zosiak siedziała i podpisywała z nim zadania. Chciałabym umieć tak jak ona. Ale przynajmniej się z nim umówiłam. Widzę postęp.

Do Doris doszłyśmy całe mokre. Całe. Całe. Ale przynajmniej na początku sądu serwis herbaciany przyniósł nam po kubku, a także cytrynę i cukier. Sąd był długi. Zwłaszcza że razem z radą i z jedzeniem parówek z frytkami. A potem też kilka zadań ogarnęłam z Dorotą. I nawiedziła mnie myśl, że Zawisza to chyba jedyne coś, gdzie 16-latka (nie wiem dlaczego ostatnio robię z siebie w myślach 17-latkę…) tłumaczy 23-latce, że wie, jakie odgłosy wydaje kaczka xD.

Co prawda jeszcze nie zaczęłam zaliczać czerwonego, ale w sumie to dobrze. Przynajmniej te poprzednie zadania zrobię. A na razie czeka mnie barok. W czystym, przyjemnym pokoju :D.

Pozdro 2700.

Drugie urodziny. A właściwie trzecie. MOJE. WSZYSTKIE MOJE :D.

Już wyjaśniam :).
Śpieszę.
I pośpieszam :).

Pierwsze urodziny mam 27.02, w rocznicę dnia, w którym przyszłam na świat – to logicznie.
Drugie urodziny mam chyba jakoś w grudniu, bo taką datę ustawiłam na facebooku przed lutym, żeby sprawdzić ile osób będzie o mnie pamiętać bez pomocy (Dżasta, Gocha, czujcie się docenione).
A czuję się, jakbym trzecie urodziny miała dzisiaj, bo za dzielne robienie skanów dostałam tort xD.

Ale może od początku. A początek był w piątek. Aż nie czuję, że rymuję. I przypomina mi to barokowe “Szpaczkujesz. Nie czujesz? […] Ukoli do woli, aż jękniesz i pękniesz” Józefa Baki. Weekend z dwiema firmami. Ewentualnie z dwiema sektami, jak kto woli. Oaza + Zawisza, Zawisza + Oaza.
Piątek – zastanawiałam się, czy nie jechać na wszechnicę, zwłaszcza że miała być na temat dyskutowany ostatnio przeze mnie z Basią i z Emilem. Ale chyba nie brałam opcji pojechania w dzień wolny do szkoły na serio. Tym bardziej, że stęskniłam się za ludźmi. Troszkę. I miała być bardzo fajna grupka. I weź tu próbuj rozmawiać ze mną jak z normalnym człowiekiem :).

W każdym razie byłam o 17.00 w salce przy naszym kościele, a wraz ze mną moja animatorka (jak już wszyscy wiedzą – najlepsza na świecie –> słodzę tylko tym, którzy zasługują), Ewelina, Patrycja i Weronika. Trzy ostatnie mają bierzmowanie w czwartek. No i właśnie o bierzmowaniu była grupka. O Duchu Świętym, Jego darach, itp. itd.. Tak. Nie ma to jak powtórka. Już te dary pamiętam. A na dowód: mądrości, męstwa, umiejętności, rozumu, rady, pobożności, bojaźni bożej. Jest nieźle. Po półgodzinie zostałyśmy tylko we 3 z Eweliną, ale nie szkodzi. I tak było git. Po grupce celebracja o Słowie Bożym. Nic niezwykłego. Ale było z mocą. I nie wiem, czy wszyscy zrozumieją o co mi chodzi. Po prostu… Może lepiej z Mocą? Tak, było z Mocą :D. Ten śpiew, ta radość, ta Moc! Jak przy chrzcie u dominikanów.

Po celebracji tylko quiz wiedzy biblijnej. To był najciekawszy motyw. Rywalizowaliśmy podzieleni na 3 grupy. Do wyboru pytania ze starego i nowego testamentu. Na początku szłyśmy z moją grupą na łatwiznę, próbując nowy. Potem już na hardcore’a. Czyt. YOLO w wykonaniu oazy xD. Nasi animatorzy tworzyli jury. A jak się skończyły pytania z telefonu, to wymyślali własne… Np. (uwielbiam Czesia) jaka ryba pożarła Jonasza? Odp. wielka. Albo (uwielbiam Darka) który sędzia w bitwie z Filistyńczykami wpadł na pomysł, żeby przywiązać lisom do ogonów pochodnie i wpuścić je między wrogie wojska. Odp. Samson. Ale niektóre z wcześniejszych były bardziej piekielne. Np. Kto żył najdłużej – do tej pory pamiętam, że nazywał się Meduszelah i żył 969 lat…

To tyle z piątku.

W sobotę pierwsza próba do koncertu piosenek dla dzieci. Na Klecinie, czyli tam gdzie 6dw. Ale próba bez 6dw. Dlaczego? Zapytam przy najbliższej okazji wyroczni delfickiej.
Przed nią Nacia zrobiła krótkie warsztaty na higienistkę. I dobrze. Zaliczę u Julki (taki mam zamiar :P) i pół mojego zastępu będzie mieć ładną naszywkę na rękawie.

Ale chociaż ogólnie próba i zbiórka były krótkie, to w planie był jeszcze dzień wspólnoty. Czyli zebranie wesołej gromadki ruchu światło-życie ze wszystkich grup wiekowych. Powtarzam wszystkim to samo: od czasu małych grupek było super. Wcześniej też było dobrze, ale momentami czułam się trochę jak w sekcie. Tyle że to moja religia ❤ :D. Nie za bardzo umiem to wytłumaczyć. Po prostu wszyscy wokół mnie modlili się w sposób, jakiego nigdy w życiu nie widziałam, więc było dla mnie, choć wiedziałam, że zasadniczo jest fajne, dziwne i niezbyt umiałam się włączyć :P. Aczkolwiek jak dzisiaj Czesław zapytał, jak mi się podobało, to zapytał, czy byłam na czuwaniu odnowy w Duchu Świętym. Bo tam on się czuje trochę jak w sekcie ;).
Po małych grupkach agapa – czyli rozmawiamy, jemy i generalnie jest wesoło. Było wesoło, zwłaszcza że poznałam 2 osoby, z którymi jadę w lecie na rekolekcje. A że miałam jechać nikogo nie znając, to bardzo się ucieszyłam i cieszę nadal. A jak się skończyły słodycze, to poszliśmy zwartą grupą do maca. Nic nie poradzę, jest mi z tymi ludźmi dobrze :D.

A dzisiaj – żeby nie burzyć triduum, też się z częścią widziałam. Bo jak zwykle robiliśmy oprawę muzyczną mszy. No właśnie.

Trochę przerąbane być animatorem. A z drugiej strony strasznie bym chciała być taką zastępową. Bo jak u nas ktoś ma problem i sobie nie radzi, to wbija do Oli. To jest super. Ale równocześnie dostajesz problemy innych. Chociaż to też jest dobre. Jak mi kiedyś ktoś napisał “fajnie się dzielić tym, co się przeżywa, tym, co dobre i tym, co trudne”. To jest siła przyjaźni. Ona pozwala zrobić bardzo dużo. Bardzo.

Wybaczcie sentymentalny charakter tego fragmentu, już się ogarniam… 🙂

Aha, dzień wspólnoty chyba nie mógłby się obejść bez świadectwa. A było tym lepsze, że znałam osobę, która je mówiła. O bardzo bezpośredniej ewangelizacji. Błękitne parasolki, jak to komuś coś mówi. W każdym razie jak ktoś się czuje niezewangelizowany, to niech wbija na rynek w każdy czwartek po 20.00 i da się znaleźć.

A z innych ogłoszeń – w środę wbijamy na rynek na fish-moba. Tańczyć tańce lednickie :D. 17.00. Nie wiem czy będę, w każdym razie zabawa będzie na pewno :D.

Nie jestem normalna. Moi znajomi też nie. Dobrze mi z tym.
Pozdrawiam.
Do Eurojamu jakieś 80 dni.

Zadźgam cię soplem w saunie!

Boli mnie: mięsień półbłoniasty, podkolanowy, płaszczkowaty, brzuchaty łydki,  półścięgnisty, dwugłowy uda, prostownik krótki palucha, prostownik krótki palców, odwodziciel palca małego, międzykostne grzbietowe oraz pośladkowy wielki, razy tyle, ile tych wszystkich organów posiadam. Chyba że któryś podałam bez powodu, albo któryś pominęłam. Chodzę jak kaleki pingwin. W każdym razie majówkowy wyjazd w góry uważam za absolutnie udany :D.

Zbiórka na dworcu o 07.00. Tak wyszło, że byłam już za 20, bo wyjechaliśmy “z marginesem” :P. W każdym razie ostatecznie było nas 14. 10 osób od nas z oazy (9+ksiądz) i 4 z klasy naszego moderatora. No i od nas jeszcze dojeżdżała Aga – dziewczyna Darka.

I od razu niestety zrobił się rozłam pomiędzy dwiema grupami. O ile Maciek od księdza z liceum znał wcześniej przynajmniej Czesia i Darka, więc już był zintegrowany, o tyle z dziewczynami było gorzej. Kompletnie różne światy.

Miliard ludzi wyjeżdżało, więc że nie udało nam się zająć miejsc niestety. Dariusz nawet jakieś złapał, ale ktoś krzyknął, że z przodu jest dużo wolnych, a potem okazało się, że wcale ich nie było :P. Część złapała miejsce w przedziale, a myśmy siedzieli sobie pomiędzy i graliśmy w blef. Ale liceum księdza nie chciało z nami. No to nie :). Szczerze mówiąc sądziłam, że w pociągu będę spać, ale jakoś nie wyszło.

Pierwszego dnia podejście na Łabski Szczyt. Jakoś się szło. Dziewczyny od księdza spytały Agę, czemu ich nie lubimy i się nie integrujemy. Próbowałyśmy zatem, skoro pytanie do nas doszło, ale nie wychodziło :P. Chyba najbardziej (tak, będę mówić też o innych osobach niż Darek i Czesław, ale potem) udało się Czesiowi. No bo szedł w miarę koło nich, więc udało im się pogadać.

Aha, żeby jakoś ogarnąć. Nie twierdzę, że to nie są wartościowe dziewczyny. Bo na pewno są. Ale na wyjazd wzięły sobie 3 paczki papierosów, które skończyły im się na początku drugiego dnia, ich język pozostawiał wiele do życzenia, tematyka rozmów też. To taka ogólna charakterystyka. Taka sytuacja :).

Nie wiem, czy bardzo się hejtowaliśmy. Trochę na pewno, ale na pewno staraliśmy się też nie. No bo po co? Nie o to chodzi przecież.

Na jednym z pierwszych postojów po drodze poznaliśmy cool story dot. naszego poprzedniego moderator, aktualnie proboszcza w Brożcu. Mianowicie: właśnie na tej drodze, którą szliśmy, ogarnął swoje powołanie. Pojechał na rekolekcje w ciszy, po czym stwierdził, że zasadniczo nie wytrzyma dłużej w tym ośrodku, czy gdzie tam był, i poszedł w góry. No. A po drodze od jego imienia oaza oznaczyła źródło zwane januszowianką, chcą dokonać jego kanonizacji <z tego co ogarnęłam, to za życia>, a potem na tej trasie ogarnąć drogę krzyżową śladami ks. Janusza i zbijać kasę :).

Najgorsze było ostre podejście do schroniska pod Łabskim, ale pierwszego dnia jakoś dawałam radę. Nie było źle. Dotarliśmy. Czesław (zacznę liczyć, ile razy o nich mówię, ale ej, nic nie poradzę. Tam naprawdę byli inni ludzie :P. Jeszcze Krzysiek, Emil, Makary, Ania, Ewelina, Wiktoria… Bo o innych padło już co najmniej jedno słowo :). ) oddawał krew niedawno, więc mieliśmy ze sobą dużo czekolady :D. I kanapki z trasy też były, więc pod Łabskim się dzieci najadły.
Znikąd pojawił się też jakiś mulat, obstawialiśmy, że Brazylijczyk, który wesoło do wszystkich nadawał. O niczym.
“Oh, do you like Hannah Montana? No? You don’t have Hannah Montana. Looking for my family. Have you seen them? I’m  not black. Don’t you like black? Oh. No, german no. I don’t like german.”

Na to Darek “You have to be more quiet, because there are Germans”
“Do you have any problem? Did I ask you of something?”

Zastanawialiśmy się, czy ktoś go nie zauważył. Doszliśmy do wniosku, że tak: jego rodzina :).

Pojawiły się 2 opcje działania. Można było iść z Darkiem trochę ambitniejszą trasą na Śnieżne Kotły, albo jeszcze trochę podejść, ale generalnie wracać. Zachęcona opowieścią Ani, o tym, że ciężko trochę, ale generalnie warto iść na te Kotły, chciałam się wybrać z ambitniejszą grupą. Ale ksiądz stwierdził, że może być tam niebezpiecznie i z Darkiem puścił tylko Agę, Czesia i Emila (na własną odpowiedzialność, bo pełnoletni). Trochę mi się to nie podobało, ale potem okazało się, że dobre się stało. Po prostu raczej nie dałabym rady.

My natomiast większą grupą weszliśmy na Łabski. A potem zaczęło padać. Bardzo. Tak że jak schodziliśmy, to zastanawiałam się, jak sobie nic nie skręcić, bo co prawda wzięłam buty trekingowe, ale nie za kostkę. Zatrzymaliśmy się w schronisku pod Łabskim, zdjęliśmy na chwilę kurtki, oczywiście całkiem mokre. Spodnie też mieliśmy mokre… Wszystko mieliśmy mokre xD. Ale jak przestało padać, to zaczęliśmy schodzić. Słońce wyszło, więc rzeczy trochę wyschły. I dobrze, bo nie miałam innych spodni… A w drodze pożerałyśmy cukierki Eweliny. Naładowałyśmy sobie do kieszeni pełne garście i dziwnie szybko zniknęły :P.

W ośrodku byliśmy około 18.30. Darek z ekipą, chociaż ksiądz był przekonany, że się spóźnią, przyszli 15 minut po nas. Nie robili postojów. Zastanawiałam się, jak Aga przeżyła bez pałatki, bo zostawiła ją nam, żebyśmy mieli na czym siedzieć, a ponieważ szli na Kotły, to zrobili dłuższy odpoczynek i wyszli wcześniej i jej nie wzięła. Z Krzyśkiem doszliśmy do wniosku, że jego przeciwdeszczowe coś wygląda jak ornat i tak samo się wkłada, natomiast furorę zrobił pałatko-namiot Czesia. Wyglądał w nim jak Frodo ;).

Na chwilę po 20.00 była msza. Śmieszny był rozkład miejsc. Nie dość, że kościółek był malutki, to nas też było malutko, a rozkład następujący.
Z 14 osób (bo Aga wyjechała) w kościele było 13, bo Maciek się źle czuł i został w ośrodku. Przy ołtarzu był ksiądz, a służbę ministrancką mieli Darek, Krzysiek i Makary (ergo w ławkach zostało osób 9). Dziewczyny alienowały się 2 ławki za nami (ergo z przodu osób 6)*. A diakonia muzyczna zajęła całą 1. ławkę  (ergo Emil został sam w 2.).
* I tak nie pomogło. I tak wszyscy się do nich odwrócili na znak pokoju xD. I ksiądz je na kazaniu aktywizował.

Średnio mieliśmy czas na przećwiczenie tego, co mamy śpiewać, więc też średnio wyszło :/. Ale nie tak całkiem źle. Tylko też ja np. nie ogarnęłam. No bo serio, sama siebie bardzo zjechałabym wzrokiem za pytanie “Co śpiewamy” przed częścią stałą -,- . I w paru miejscach istniały 2 wersje melodii, a my śpiewaliśmy obie naraz.

A po powrocie do pokoju… Śmiałam się do siebie dziko, bo stwierdziłam, że te dziewczyny od księdza nie mogą nas uznać za normalne. Diakonia muzyczna wróciła do pokoju i co robi? Śpiewa sobie piosenki mszalne xD.

A tak btw to nauczyłam się nowej melodii do psalmu. Ale Ola i tak się będzie rzucać, że nieliturgiczna… 😛

Potem przyszedł jeszcze czas na pogodny wieczór. Wiktoria sobie coś zrobiła z nogą, więc nie bardzo mogła we wszystkim uczestniczyć. A były raczej takie taneczne rzeczy – oczywiście belgijski, sing halleluja i polka. Na koniec taka fajna zabawa z długopisem :P. Ale że to nie był klimat doczepnych, to pogodny na koniec przekształcił się w dyskotekę. No i oczywiście rozkręcali Darek i Czesio :P. A Krzysiek został DJ-em ;). Koło 23.00 skończyliśmy. Chociaż w niektórych pokojach impreza trwała do 04.00. Nietrudno się domyślić, kto nie wstał na śniadanie ;).

W piątek wstaliśmy na modlitwę o 07.50, na 08.00 było śniadanie. Pierwszy raz w życiu dostałam legalną dyspensę :P. Zrobiliśmy sobie kanapki na drogę, a wyjść mieliśmy o 10.00. Do tego czasu grałyśmy w pokoju w czarne historie. Takie zagadki – masz podane zdanie, pierwszą część makabrycznej historii, a zadając pytania na tak i nie masz ogarnąć tło. Np. rodzina ze smakiem, łyżeczka po łyżeczce zjadła swoją babcię. Albo w saunie leży martwy mężczyzna, a obok niego termos. Bo morderca przyszedł do sauny, przyniósł w termosie sopel, zadźgał gościa soplem i nie zostawił żadnych (oprócz termosu – geniusz -,-) śladów przestępstwa.

Tego dnia było jednak dużo gorzej. Zastanawiałam się, co mam zrobić, żeby nie mieć podejścia “NIE, NIE CHCĘ, NIE WEJDĘ, NIE PÓJDĘ ANI KROKU DALEJ”. Bo nie chciałam go, a je miałam. Słabo trochę. Mam nadzieję, że nie jęczałam strasznie, ale trochę jęczałam na pewno. Podejście na Szrenicę było dla mnie najtrudniejsze.

Ale udało się! A po drodze widok na Kamieńczyka – obłędny :). Lepiej było na górze.
Pogoda od początku dnia była deszczowa i mglista. W pewnym momencie jednak udało nam się mgłę wyprzedzić. Do czasu. Zrobiliśmy dłuższy postój na Hali Szrenickiej i mgła nas dogoniła. Razem z deszczem. Tym razem jednak nie zmokliśmy wcale aż tak bardzo. Na szczycie było super :). Kojarzycie ten obraz Friedricha?
wędrowiec

Było DUŻO bardziej klimatycznie. Przez chmury nie było widać na dole nic. Zastanawiałam się nawet, czy nie stanąć na skale bliżej krawędzi skały, żeby być bardziej jak ten wędrowiec, ale ksiądz by mnie potem udusił, więc raczej się nie opłacało.

Na początku nie mogłam znaleźć reszty moich ludzi (poziom zmęczenia materiału – patrz: mniej więcej Dorotka na zzz-cie), ale Ewelina wyszła ze schroniska i to pomogło mi dojść do wniosku, że chyba są w środku. Poza tym Darek ogarnął dla nas cały stół, więc sobie siedzieliśmy w cieple i było miło :). Zjedliśmy czekoladę i w ogóle. Chociaż część osób od razu dorwała telefony z grami :P. Nie, wcale nie jesteśmy uzależnieni…

Trasa powrotna była cudowna. Ogarnęłyśmy z Eweliną, że to wyjście w góry bardzo nawiązuje do różnych ostatnio popularnych gier na telefon. Jeden ptaszek, którego przyuważył Czesław latał zupełnie jak fluppy bird, a szliśmy po jakichś moczarach, więc kładki były jak w temple run. Widoki super. I schodziło się oczywiście dużo przyjemniej niż wchodziło. W końcu mogłam się rozglądać, a nie patrzeć pod nogi. Wysiłek? Jasne. Ale widoki są warte wszystkiego :D. Tylko wyobrażenie, że mielibyśmy wracać na Szrenicę, której schronisko wydawało się coraz mniejsze i mniejsze…

Pod koniec zejścia zostało ogłoszone, że już na siebie nie czekamy. Zostało nam 40 minut do obiadokolacji i około godziny drogi. Więc – kto pierwszy ten lepszy :). Dostałyśmy speeda dzięki Czesiowi i Maćkowi, bo nie chciałyśmy być za nimi. Potem dogonił nas jeszcze Emil, z którym urządziliśmy sobie małą dyskusję filozoficzno-teologiczną z kotem Schopenhauera i Boecjuszem w tle. Takie rzeczy tylko oaza :P. No i jeszcze to, że Czesław z Maćkiem ogarniali matmę, pytając po drodze Emila o sinus z 30. Nie wiem, czy to miało związek z tym, że głównodowodzący diakonii muzycznej zaczyna matury w poniedziałek… Słuchanie o deltach było urocze.

Zdążyliśmy! Trochę spóźnieni dotarliśmy na obiadokolację. Po niej był czas na wyjście do miasta, więc się wybrałam z Eweliną i Wiktorią. Co prawda ta druga już była (z powodu najpewniej skręconej kostki została z Anią w ośrodku i poszły sobie do biedronki). Wtedy właśnie doszłam do wniosku, czym się już podzieliłam, że chodzimy (a przynajmniej ja) jak kaleki pingwin. W prawo- w lewo- w prawo- w lewo :).

Tym razem udało nam się zająć miejsca siedzące. Zastanawialiśmy się nawet, czy nie wsiedliśmy do pociągu widmo, bo był prawie cały pusty. A w drodze powrotnej graliśmy w mafię. Było czadowo :). Nigdy tak dobrze mi się nie grało. No i Emil był super świrem. Tak po prostu sobie wstał i z dzikim rechotem i drgawkami zastrzelił chyba Makarego. Cóż, jego prawo. Natomiast Czesław jako świt sfailił i zabił Kataniego… Ale jako szefowi mafii również udało mu się zabić kataniego, za co była pełna podziwu.

I tak upłynął dzień, wieczór i poranek pierwszych dni weekendu majowego. Był naprawdę bardzo super. A wstałam dzisiaj koło 11.00, jakby się ktoś pytał :P.

Pozdro :D.