Zadźgam cię soplem w saunie!

Boli mnie: mięsień półbłoniasty, podkolanowy, płaszczkowaty, brzuchaty łydki,  półścięgnisty, dwugłowy uda, prostownik krótki palucha, prostownik krótki palców, odwodziciel palca małego, międzykostne grzbietowe oraz pośladkowy wielki, razy tyle, ile tych wszystkich organów posiadam. Chyba że któryś podałam bez powodu, albo któryś pominęłam. Chodzę jak kaleki pingwin. W każdym razie majówkowy wyjazd w góry uważam za absolutnie udany :D.

Zbiórka na dworcu o 07.00. Tak wyszło, że byłam już za 20, bo wyjechaliśmy “z marginesem” :P. W każdym razie ostatecznie było nas 14. 10 osób od nas z oazy (9+ksiądz) i 4 z klasy naszego moderatora. No i od nas jeszcze dojeżdżała Aga – dziewczyna Darka.

I od razu niestety zrobił się rozłam pomiędzy dwiema grupami. O ile Maciek od księdza z liceum znał wcześniej przynajmniej Czesia i Darka, więc już był zintegrowany, o tyle z dziewczynami było gorzej. Kompletnie różne światy.

Miliard ludzi wyjeżdżało, więc że nie udało nam się zająć miejsc niestety. Dariusz nawet jakieś złapał, ale ktoś krzyknął, że z przodu jest dużo wolnych, a potem okazało się, że wcale ich nie było :P. Część złapała miejsce w przedziale, a myśmy siedzieli sobie pomiędzy i graliśmy w blef. Ale liceum księdza nie chciało z nami. No to nie :). Szczerze mówiąc sądziłam, że w pociągu będę spać, ale jakoś nie wyszło.

Pierwszego dnia podejście na Łabski Szczyt. Jakoś się szło. Dziewczyny od księdza spytały Agę, czemu ich nie lubimy i się nie integrujemy. Próbowałyśmy zatem, skoro pytanie do nas doszło, ale nie wychodziło :P. Chyba najbardziej (tak, będę mówić też o innych osobach niż Darek i Czesław, ale potem) udało się Czesiowi. No bo szedł w miarę koło nich, więc udało im się pogadać.

Aha, żeby jakoś ogarnąć. Nie twierdzę, że to nie są wartościowe dziewczyny. Bo na pewno są. Ale na wyjazd wzięły sobie 3 paczki papierosów, które skończyły im się na początku drugiego dnia, ich język pozostawiał wiele do życzenia, tematyka rozmów też. To taka ogólna charakterystyka. Taka sytuacja :).

Nie wiem, czy bardzo się hejtowaliśmy. Trochę na pewno, ale na pewno staraliśmy się też nie. No bo po co? Nie o to chodzi przecież.

Na jednym z pierwszych postojów po drodze poznaliśmy cool story dot. naszego poprzedniego moderator, aktualnie proboszcza w Brożcu. Mianowicie: właśnie na tej drodze, którą szliśmy, ogarnął swoje powołanie. Pojechał na rekolekcje w ciszy, po czym stwierdził, że zasadniczo nie wytrzyma dłużej w tym ośrodku, czy gdzie tam był, i poszedł w góry. No. A po drodze od jego imienia oaza oznaczyła źródło zwane januszowianką, chcą dokonać jego kanonizacji <z tego co ogarnęłam, to za życia>, a potem na tej trasie ogarnąć drogę krzyżową śladami ks. Janusza i zbijać kasę :).

Najgorsze było ostre podejście do schroniska pod Łabskim, ale pierwszego dnia jakoś dawałam radę. Nie było źle. Dotarliśmy. Czesław (zacznę liczyć, ile razy o nich mówię, ale ej, nic nie poradzę. Tam naprawdę byli inni ludzie :P. Jeszcze Krzysiek, Emil, Makary, Ania, Ewelina, Wiktoria… Bo o innych padło już co najmniej jedno słowo :). ) oddawał krew niedawno, więc mieliśmy ze sobą dużo czekolady :D. I kanapki z trasy też były, więc pod Łabskim się dzieci najadły.
Znikąd pojawił się też jakiś mulat, obstawialiśmy, że Brazylijczyk, który wesoło do wszystkich nadawał. O niczym.
“Oh, do you like Hannah Montana? No? You don’t have Hannah Montana. Looking for my family. Have you seen them? I’m  not black. Don’t you like black? Oh. No, german no. I don’t like german.”

Na to Darek “You have to be more quiet, because there are Germans”
“Do you have any problem? Did I ask you of something?”

Zastanawialiśmy się, czy ktoś go nie zauważył. Doszliśmy do wniosku, że tak: jego rodzina :).

Pojawiły się 2 opcje działania. Można było iść z Darkiem trochę ambitniejszą trasą na Śnieżne Kotły, albo jeszcze trochę podejść, ale generalnie wracać. Zachęcona opowieścią Ani, o tym, że ciężko trochę, ale generalnie warto iść na te Kotły, chciałam się wybrać z ambitniejszą grupą. Ale ksiądz stwierdził, że może być tam niebezpiecznie i z Darkiem puścił tylko Agę, Czesia i Emila (na własną odpowiedzialność, bo pełnoletni). Trochę mi się to nie podobało, ale potem okazało się, że dobre się stało. Po prostu raczej nie dałabym rady.

My natomiast większą grupą weszliśmy na Łabski. A potem zaczęło padać. Bardzo. Tak że jak schodziliśmy, to zastanawiałam się, jak sobie nic nie skręcić, bo co prawda wzięłam buty trekingowe, ale nie za kostkę. Zatrzymaliśmy się w schronisku pod Łabskim, zdjęliśmy na chwilę kurtki, oczywiście całkiem mokre. Spodnie też mieliśmy mokre… Wszystko mieliśmy mokre xD. Ale jak przestało padać, to zaczęliśmy schodzić. Słońce wyszło, więc rzeczy trochę wyschły. I dobrze, bo nie miałam innych spodni… A w drodze pożerałyśmy cukierki Eweliny. Naładowałyśmy sobie do kieszeni pełne garście i dziwnie szybko zniknęły :P.

W ośrodku byliśmy około 18.30. Darek z ekipą, chociaż ksiądz był przekonany, że się spóźnią, przyszli 15 minut po nas. Nie robili postojów. Zastanawiałam się, jak Aga przeżyła bez pałatki, bo zostawiła ją nam, żebyśmy mieli na czym siedzieć, a ponieważ szli na Kotły, to zrobili dłuższy odpoczynek i wyszli wcześniej i jej nie wzięła. Z Krzyśkiem doszliśmy do wniosku, że jego przeciwdeszczowe coś wygląda jak ornat i tak samo się wkłada, natomiast furorę zrobił pałatko-namiot Czesia. Wyglądał w nim jak Frodo ;).

Na chwilę po 20.00 była msza. Śmieszny był rozkład miejsc. Nie dość, że kościółek był malutki, to nas też było malutko, a rozkład następujący.
Z 14 osób (bo Aga wyjechała) w kościele było 13, bo Maciek się źle czuł i został w ośrodku. Przy ołtarzu był ksiądz, a służbę ministrancką mieli Darek, Krzysiek i Makary (ergo w ławkach zostało osób 9). Dziewczyny alienowały się 2 ławki za nami (ergo z przodu osób 6)*. A diakonia muzyczna zajęła całą 1. ławkę  (ergo Emil został sam w 2.).
* I tak nie pomogło. I tak wszyscy się do nich odwrócili na znak pokoju xD. I ksiądz je na kazaniu aktywizował.

Średnio mieliśmy czas na przećwiczenie tego, co mamy śpiewać, więc też średnio wyszło :/. Ale nie tak całkiem źle. Tylko też ja np. nie ogarnęłam. No bo serio, sama siebie bardzo zjechałabym wzrokiem za pytanie “Co śpiewamy” przed częścią stałą -,- . I w paru miejscach istniały 2 wersje melodii, a my śpiewaliśmy obie naraz.

A po powrocie do pokoju… Śmiałam się do siebie dziko, bo stwierdziłam, że te dziewczyny od księdza nie mogą nas uznać za normalne. Diakonia muzyczna wróciła do pokoju i co robi? Śpiewa sobie piosenki mszalne xD.

A tak btw to nauczyłam się nowej melodii do psalmu. Ale Ola i tak się będzie rzucać, że nieliturgiczna… 😛

Potem przyszedł jeszcze czas na pogodny wieczór. Wiktoria sobie coś zrobiła z nogą, więc nie bardzo mogła we wszystkim uczestniczyć. A były raczej takie taneczne rzeczy – oczywiście belgijski, sing halleluja i polka. Na koniec taka fajna zabawa z długopisem :P. Ale że to nie był klimat doczepnych, to pogodny na koniec przekształcił się w dyskotekę. No i oczywiście rozkręcali Darek i Czesio :P. A Krzysiek został DJ-em ;). Koło 23.00 skończyliśmy. Chociaż w niektórych pokojach impreza trwała do 04.00. Nietrudno się domyślić, kto nie wstał na śniadanie ;).

W piątek wstaliśmy na modlitwę o 07.50, na 08.00 było śniadanie. Pierwszy raz w życiu dostałam legalną dyspensę :P. Zrobiliśmy sobie kanapki na drogę, a wyjść mieliśmy o 10.00. Do tego czasu grałyśmy w pokoju w czarne historie. Takie zagadki – masz podane zdanie, pierwszą część makabrycznej historii, a zadając pytania na tak i nie masz ogarnąć tło. Np. rodzina ze smakiem, łyżeczka po łyżeczce zjadła swoją babcię. Albo w saunie leży martwy mężczyzna, a obok niego termos. Bo morderca przyszedł do sauny, przyniósł w termosie sopel, zadźgał gościa soplem i nie zostawił żadnych (oprócz termosu – geniusz -,-) śladów przestępstwa.

Tego dnia było jednak dużo gorzej. Zastanawiałam się, co mam zrobić, żeby nie mieć podejścia “NIE, NIE CHCĘ, NIE WEJDĘ, NIE PÓJDĘ ANI KROKU DALEJ”. Bo nie chciałam go, a je miałam. Słabo trochę. Mam nadzieję, że nie jęczałam strasznie, ale trochę jęczałam na pewno. Podejście na Szrenicę było dla mnie najtrudniejsze.

Ale udało się! A po drodze widok na Kamieńczyka – obłędny :). Lepiej było na górze.
Pogoda od początku dnia była deszczowa i mglista. W pewnym momencie jednak udało nam się mgłę wyprzedzić. Do czasu. Zrobiliśmy dłuższy postój na Hali Szrenickiej i mgła nas dogoniła. Razem z deszczem. Tym razem jednak nie zmokliśmy wcale aż tak bardzo. Na szczycie było super :). Kojarzycie ten obraz Friedricha?
wędrowiec

Było DUŻO bardziej klimatycznie. Przez chmury nie było widać na dole nic. Zastanawiałam się nawet, czy nie stanąć na skale bliżej krawędzi skały, żeby być bardziej jak ten wędrowiec, ale ksiądz by mnie potem udusił, więc raczej się nie opłacało.

Na początku nie mogłam znaleźć reszty moich ludzi (poziom zmęczenia materiału – patrz: mniej więcej Dorotka na zzz-cie), ale Ewelina wyszła ze schroniska i to pomogło mi dojść do wniosku, że chyba są w środku. Poza tym Darek ogarnął dla nas cały stół, więc sobie siedzieliśmy w cieple i było miło :). Zjedliśmy czekoladę i w ogóle. Chociaż część osób od razu dorwała telefony z grami :P. Nie, wcale nie jesteśmy uzależnieni…

Trasa powrotna była cudowna. Ogarnęłyśmy z Eweliną, że to wyjście w góry bardzo nawiązuje do różnych ostatnio popularnych gier na telefon. Jeden ptaszek, którego przyuważył Czesław latał zupełnie jak fluppy bird, a szliśmy po jakichś moczarach, więc kładki były jak w temple run. Widoki super. I schodziło się oczywiście dużo przyjemniej niż wchodziło. W końcu mogłam się rozglądać, a nie patrzeć pod nogi. Wysiłek? Jasne. Ale widoki są warte wszystkiego :D. Tylko wyobrażenie, że mielibyśmy wracać na Szrenicę, której schronisko wydawało się coraz mniejsze i mniejsze…

Pod koniec zejścia zostało ogłoszone, że już na siebie nie czekamy. Zostało nam 40 minut do obiadokolacji i około godziny drogi. Więc – kto pierwszy ten lepszy :). Dostałyśmy speeda dzięki Czesiowi i Maćkowi, bo nie chciałyśmy być za nimi. Potem dogonił nas jeszcze Emil, z którym urządziliśmy sobie małą dyskusję filozoficzno-teologiczną z kotem Schopenhauera i Boecjuszem w tle. Takie rzeczy tylko oaza :P. No i jeszcze to, że Czesław z Maćkiem ogarniali matmę, pytając po drodze Emila o sinus z 30. Nie wiem, czy to miało związek z tym, że głównodowodzący diakonii muzycznej zaczyna matury w poniedziałek… Słuchanie o deltach było urocze.

Zdążyliśmy! Trochę spóźnieni dotarliśmy na obiadokolację. Po niej był czas na wyjście do miasta, więc się wybrałam z Eweliną i Wiktorią. Co prawda ta druga już była (z powodu najpewniej skręconej kostki została z Anią w ośrodku i poszły sobie do biedronki). Wtedy właśnie doszłam do wniosku, czym się już podzieliłam, że chodzimy (a przynajmniej ja) jak kaleki pingwin. W prawo- w lewo- w prawo- w lewo :).

Tym razem udało nam się zająć miejsca siedzące. Zastanawialiśmy się nawet, czy nie wsiedliśmy do pociągu widmo, bo był prawie cały pusty. A w drodze powrotnej graliśmy w mafię. Było czadowo :). Nigdy tak dobrze mi się nie grało. No i Emil był super świrem. Tak po prostu sobie wstał i z dzikim rechotem i drgawkami zastrzelił chyba Makarego. Cóż, jego prawo. Natomiast Czesław jako świt sfailił i zabił Kataniego… Ale jako szefowi mafii również udało mu się zabić kataniego, za co była pełna podziwu.

I tak upłynął dzień, wieczór i poranek pierwszych dni weekendu majowego. Był naprawdę bardzo super. A wstałam dzisiaj koło 11.00, jakby się ktoś pytał :P.

Pozdro :D.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: