Nasz kościelny jest szatanem

Witam.
W dzisiejszym odcinku dowiemy się, jak zastęp Renifer spędził swoją czerwcówkę.
Dlaczego czerwcówkę, proszę państwa? Ponieważ wyjazd odbył się w 2 ostatnie dni maja.
Zastępowi towarzyszył kamerzysta, ale ponieważ jego kamera okazała się ślepa, zachowały się tylko wyniki pracy fotografa.
Zapraszamy.

~~~

Wydaje się, że harcerze są praworządni xD. Do czasu – w piątek pojawiłam się w szkole tylko na 1 lekcji. No i na, powiedzmy, konsultacjach. W konsultacjach przeszkodził p. Ambrosio…

Justynka, która siedziała w szkole od 7.00 knuła plany, jak pozbawić życie 2 z naszych nauczycieli.
Na sprawdzian z fizyki – konsultacje o 7.00 – nasza nauczycielka nie przyszła. Hempf. A ta, która miała być o 8.00 była, ale musiała zaopiekować się Hiszpanem, który przyjechał egzaminować ustnie maturzystów. Jak już wróciła do nauczycielskiego, to tych konsultacji zostało 20 min. Więc Dżastuś siedziała w szkole 2 godziny za długo. I to 2 poranne godziny, bardziej wartościowe niż kamień węgielny…

Po matematyce w naszej szkole zaczął się turniej gier nietypowych – korfball, ergowiosła, przeciąganie liny i bule. W ten sposób zostałam zwolniona z kartkówki z hiszpańskiego i sprawdzianu z WOKu. Oba trzeba będzie nadrobić, ale co z tego? Nie było ich w piątek :).
Po turnieju musiałam się zwolnić, bo zaczęło się (gdyby to był facebook, to dodałabym krzyżyk na początku i wszystko byłoby niebieskie…) #wielkiesulistrowiczkoweyolowyjezdzamoczwartejniemamzakupowniejestemspakowanacorobic
Nie wiem, czy gra jest warta świeczki (ciekawe, skąd się wzięło to określenie…), ale zawsze jak mam wrażenie, że wyjazd będzie do kitu i mam ochotę rzucić wszystkim o ścianę (a średnio mi wolno), tak jest super. I nawet wiem dlaczego. Spontan. Coś, na co normalnie nie pozwalam, bo za bardzo rozwala mój plan. Mój Boski plan :P.

No więc tak. Wróciłam z poczuciem wielkiego niedoczasu, ale wszystko ogarnęłam. Nawet tata wrócił wcześniej niż miał, więc mnie podwiózł. I wyjazd przywitałam dwoma wybuchami dzikiego śmiechu, bo
1) zbiórka była o 16.00, ja byłam jakoś za 10, najwcześniej przyszła Julka, o 15.59, przepraszając za spóźnienie. Wybaczyłam. Nie miałam wyboru xD.

2) jakoś 10 po zaczęłam dzwonić. Najpierw do Mery.
– No hej, gdzie jesteś, kiedy będziesz?
– No… Ja już jestem, a gdzie wy jesteście?
– No… W środku, a ty?
– Ja… Pod zegarem.
– A… Y… A ty jesteś tam, gdzie pociągi, czy tam gdzie autobusy?
– Tam gdzie pociągi.
Tutaj zaczął się mój dziki wybuch nr 2. Julka powiedziała, że po Mery podejdzie, więc nie było problemu. Mimo wszystko stałam i rżałam przez kolejne 2 minuty.

Szczęśliwie do 16.30 zebrali się wszyscy. Problem pojawił się, kiedy nie było wiadomo, z którego peronu odjeżdża autobus. To znaczy było wiadomo, ale nie było wiadomo, gdzie ten peron jest. Koniec końców jednak znalazłyśmy :). I w jakieś 1,5 godziny dojechałyśmy do Sulistrowiczek.

Na samym początku zostałyśmy zaproszone przez babcię Wiki na herbatę i ciasto. Było naprawdę pyszne, drożdżowe, z owocami i kruszonką. Po nim zabrałyśmy plecaki do domku i powoli ogarnęły. Na dworze było kilka drzew czereśni, a dziadek Wiki podstawił nam 2 drabiny, więc generalnie była zabawa

 

:). O. Proszę :). CAM01208

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Po owocowej uczcie poszłyśmy jeszcze na spacer do strumyczka. Miałam mały problem, co będziemy robić, jak już wrócimy ze spaceru, ale zgodnie z zasadą carpe diem wyszłam z założenia, że pomartwię się tym wtedy, kiedy już będę musiała.
A martwiłam się niepotrzebnie – po pierwsze, przy strumyczku odbyła się walka na miecze (a mieczy dookoła było dość dużo), oczyszczanie strumyczka, zbieranie śmieci do kubła (brzmi fascynująco, ale to nie było zwykle zbieranie śmieci. To było zbieranie śmieci MIECZAMI!) i tworzenie mostka na palecie, bo jak się ktoś postara, to spokojnie przełoży nogę prostopadle do krawędzi i (ajajaj) wpadnie do wody… a po drugie, po powrocie (kiedy to śpiewałyśmy sobie “Siała baba mak” i bawiły się <puchatkowo :3> w misie patysie) padła propozycja belgijki. Porzucałyśmy latającym dyskiem (Wiki w bardzo dzikim miejscu przechodziła przez płot, żeby ten mój dysk wydostać zza żywopłotu…), po czym wróciłyśmy do domku, zjadłyśmy kolację… Nieee, to nie był jeszcze koniec dnia :). Otóż dziewczyny dobrały się do mojej gitary :). Zrobiłyśmy zatem śpiewogranie z szantami i… jadłyśmy pianki – może nasza zabawa nie była odpowiednia do wieku, ale jak się napcha pianek do buzi i próbuje powiedzieć chuppy bunny, to jest zabawnie :). Potem grałyśmy w tabu, które parę dni wcześniej ściągnęłam na telefon. Położyłyśmy się chwilkę po północy, wcześniej puszczając Julce nasze filmiki składowe filmu o życiu Maryi.

Walka na miecze była ostra, jak widać ;). Zosiak (z radością i absolutnym przekonaniem, że fakt się nie odstanie “Wiki umarła” – trafiona mieczem. Zosia machała tym kijem jak zawodowiec :P.
CAM01224
Na następny dzień zaplanowane było podejście na Ślężę z dziadkiem Wiki. Obudziłyśmy się o 8.15 – skoro już lajtowo, wyjazd bez mundurów i w ogóle, to po co się zrywać bladym świtem? Wyszłyśmy po śniadaniu, czyli ok. 9.30. W czasie drogi udało mi się ogarnąć, jak z ręki wydobyć dźwięk sowy, if you know what I mean. Dalej nie zawsze mi wychodzi, ale już wiem, że to wykonalne :). Na górze zrobiłyśmy mini sesję zdjęciową na misiu :). Wiki też nie próżnowała i urządziła sesję… maratończykom. I dalej nie wiem, jacy ludzie w wolnym czasie dla funu wbiegają sobie na Ślężę. Co nie zmienia faktu, że ich podziwiam.

Wróciłyśmy o 14.30, więc ja poszłam sprawdzić, o której dokładnie mamy autobus. Po chwili przerwy dziewczyny wzięły się za gotowanie obiadu. W międzyczasie zostałyśmy potraktowane kolejną porcją ciasta :).

Po spaghetti przyszedł czas na powrót do domku. Julka udała się na króciutką sjestę, a my zrobiłyśmy pseudoradę.

Po ogarnięciu domku, żeby nie został po naszym wyjeździe brudny, znowu przyszła pora na tabu – uwielbiane przez wszystkich :).

I już. Koniec biwaku Renia.

Następnego dnia jeszcze tylko sprzedaż ciast z Chartem. Wyszło. I to nawet całkiem ładnie finansowo :). Po całej akcji zostałam na własne życzenie ucharakteryzowana na królika. Nie, nie wrzucę zdjęcia. Zdecydowanie za dużo ludzi je posiada, a gdyby jeszcze miało wejść w internet… Wyglądałam niecodziennie, a Nati ma nowe zdjęcie kontaktu :P.

Aha, tytuł… Byłabym zapomniała – należy Wam się małe wyjaśnienie. Nie, nasz kościelny nie igra z siłami nieczystymi. Tę wersję usłyszała moja mama. Nasz kościelny jest szafarzem. Ale po mszy nie mógł nam udzielić komunii (jak śpiewany, to nie idziemy, bo na raz się nie da), tylko musiałyśmy czekać, aż ksiądz wyspowiada jakieś 2 osoby… Nie wiem jakimi argumentami się posłużył, bo generalnie ogarnia zawsze Ola :P.

Pozdrawiam ciepło. I polecam jako lekturę rozrywkową gazetkę “Wasze Podróże” – do nabycia w salonach Empik już za 5 PLN. Ma w sobie duuużo błędów i niezręcznych sformułowań, więc razem z mamą dzisiejszego popołudnia zaliczyłyśmy kilka ataków śmiechu.
Dla przykładu:
“potem widzisz ścięte siano, a obok nie ścięte”
“żadna górka nie zatrzymuje twojego wzroku, ponieważ Holendrzy nie usypują sobie górek”
I hit – zanim to przeczytałam na głos, musiałam się uspokoić :D.
“W każdej miejscowości na brzegach kanałów wyznaczone były miejsca do cumowania, obok których znajdowały się stanowiska do podłączenia się do prądu i nabrania pitnej wody.”

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: