Tak być nie może

No nie. Nie może. Stwierdziłam, że tak być nie może.
Za dużo wspomnień mi ucieknie, jak tego wszystkiego nie opiszę. Więc opiszę. Bo z poprzedniego wpisu to powspominać mogę błoto xD.

Nie pamiętam,w jaki dzień tygodnia pojechaliśmy. Jakie to zresztą ma znaczenie? Na początku czułam wielki dezorden (przepraszam za hiszpańskie makaronizmy, ale dezorden to jedno z moich ulubionych słów i jedno z nielicznych stworzonych przeze mnie :P) – gdzie patrzeć, gdzie iść, co robić, siedzieć, czy stać? A może leżeć? Z zastępem? Gdzie zastęp? Mają być w kupie, czy mogą być gdzie chcą? Co się dzieje? Aaa, ratunku!…
Z drugiej strony jednak cieszyłam się potwornie, że już wyjeżdżamy. Że nie trzeba niczego dopinać na ostatni guzik, że jeśli czegoś nie wzięłam, to już trudno, że niczego nie trzeba pakować, przygotowywać, zbierać, organizować. Trzeba po prostu wsiąść do autobusu i wyjechać.

No więc kiedy sprzęt został już zapakowany do autobusu, po prostu wsiadłam do autobusu i wyjechałam.
Drogę spędziłam czytając Pratchetta, ćwicząc 20 węzłów i tłumacząc Zosianowi, z którym siedziałam, że nie, niestety nie mam ochoty grać w statki ;).

Droga minęła w sumie jak droga, z koronką i różańcem. Ksiądz żartował, że następny punkt programu to jutrznia. Szkoda, że żartował, przyzwyczaiłam się do jutrzni :P.

I nadszedł ten dzień, kiedy nasz autobus stanął na parkingu w chyba Echaffour i obóz zaczął się zaczynać na poważnie. Dostałyśmy identyfikatory na smyczach (chociaż w sumie bez zdjęć) z dokładnym adresem zameldowania, na wypadek gdyby dziecko się zgubiło, nie miało pojęcia gdzie mieszka, skąd jest, nie umiało po angielsku/ francusku/ migowemu tego wytłumaczyć i nie wiedziało, jak trafić z powrotem 🙂

Klasycznie następnym punktem programu była pionierka. Hahahahaha… hahaha.. haha. ha…
Tak jak pisałam poprzednio, przywitało nas morze paproci. Przyszłyśmy z resztą zastępowych obczajać miejsca na obozowiska. Mało gdzie były 4 drzewa. To znaczy w sumie Chart miał chyba 3, Kraal też jakoś tyle, nam, Sarnie i Koszatce udało się z czterema. I Zosiakowi niech będą dzięki za znalezienie miejsca. Bo to wynalezione przeze mnie było gorsze.

Budowanie, ech to budowanie. Z żerdkami o wadze młodego słonia z 5 workami ziemniaków na grzbiecie, a długości dwóch likaonów (czegoś zbliżonego rozmiarami do hieny). I z ziemią do wkopania podpórek, w której po 30cm zaczynają się kamienie…

Muszę jednak powiedzieć, że najlepiej pracowało nam się trzeciego dnia – wtedy wszystkim zależało, żeby wrzucić na górę namiot. Skończyło się to tak, że najpierw Basia przyszła nas ochrzanić (było po ciszy nocnej, aczkolwiek nie można powiedzieć, żeby było u nas cicho), a potem wbiłyśmy ten namiot na platformę trochę byle jak (pomimo tego, że we Francji słońce zachodziło koło 22.30, to jak go wrzucałyśmy było już całkowicie ciemno), a ja położyłam się spać z poczuciem kompletnej porażki. Bo ten namiot stał, jakby chciał, a nie mógł, więc już nawet przestał chcieć. Rano go poprawiłyśmy, ale wtedy weszłam do śpiwora w mundurze i zasnęłam, bo było mi po prostu wszystko jedno.

Następnego dnia nie zostało już zbyt wiele czasu, bo po południu wychodziłyśmy na ceremonię otwarcia. Z tego co pamiętam to kończyłyśmy paleniska (można było już odebrać kuchenki, na nie też [tak jak wcześniej na żerdki] dostałyśmy kartki). W końcu paleniska robiłyśmy 2 większe, po jednym na 2 zastępy. W końcu wyszło tak, że gotowałyśmy też we 2 zastępy na 1 kuchence, bo lało i nikomu się nie chciało robić obiadu (a tym bardziej składać nierozłożonych kuchenek…), ale Kraal zapytał jak mamy zamiar zaprosić je na obiad… Więc się dogadałyśmy i tak zostało do końca obozu.

Na ceremonię otwarcia wyruszyłyśmy asfaltem. To było genialne odczucie, bo ludzi było multum. Taka wielka rzeka harcerek. Rzeka proporców trzymanych w górze. Rzeka ludzi. Oj, głośnych ludzi, bo śpiewałyśmy co się tylko dało :D. Taką właśnie radosną rzeką doszłyśmy na wielki plac. Widać było duży podest, po jego lewej stronie również duży biały namiot z orkiestrą w środku, a po lewej również biały i również duży namiot (albo zadaszenie) z ustawionymi pod nim krzesełkami. One były przeznaczone do mszy, my na razie usiedliśmy w wielkim półkolu, jednym ćwierćkolu żeńskim i w jednym ćwierćkolu męskim. Pośrodku półkola stało bardzo wysokie podwyższenie, właściwie wieża, na której stał komisarz federalny.

W końcu rozpoczęła się ceremonia otwarcia. Wciągnęli na maszty flagi wszystkich krajów obecnych na Eurojamie (i tutaj mały zonk – co na eurojamie robi Wielka Brytania, której nie ma w FSE?), a potem program artystyczny. Nie wszyscy widzieli, więc ci, którzy widzieli, robili relację na żywo, a Zosiak, która nie miała zbyt wielkiej szansy, żeby widzieć, siedziała mi na barana. Ksiądz (od Gienka, duszpasterz bluSZcza i naszego biwaku), jako że parę ostatnich miesięcy spędził w Stanach też robił symultankę dla nieanglojęzycznych.

Po oficjalnym otwarciu (chyba wtedy był czytany też list od papieża – nie wiem, po angielsku go chyba nie czytali wcale) przyszedł czas na to, żeby się poprzesuwać do mszy. Przeprowadzili nas przez bramę [która miała jakąś swoją wzniosłą nazwę, ale nie pamiętam jaką…]. Spore wrażenie zrobiła na mnie dzwonnica. Która była. Był w niej dzwon. I dzwonił :D.

Kiedy tak siedziałyśmy w oczekiwaniu, aż wszyscy się poukładają, jak mają być, udało nam się zlokalizować po drugiej stronie płota 1. i 5. Wrocławską. No to sobie pomachaliśmy ;). To był ten jeden z nielicznych momentów, kiedy widziałyśmy chłopców :P.

Aż się zaczęło. I tym razem wrażenie zrobiła nie rzeka harcerzy, ale rzeka sztandarów. Szły czwórkami i wydawało się, że nie skończą iść. Szły, szły i szły. Było ich zaskakująco dużo.

Niedziela była jeszcze jednym z dni, kiedy było ciepło. Ba, gorąco nawet. Dlatego właśnie w czasie mszy przychodziły do nas za pośrednictwem wolun… psiakość ten hiszpański… wolontariuszy butelki wody, ewentualnie przy pomocy wolontariuszy opuszczali ogrodzony teren (udając się do punktu medycznego) mdlejący. Potem, kiedy się wychodziło, mijało się długi szereg ludzi ułożonych pod foliami termicznymi.

No i przy wyjściu miałyśmy z Nati fazę na szukanie Hiszpanów i przybijanie im piątek. To było spoko :P.

Na koniec jeszcze słit focia na wielkim placu apelowym.

Impreza przeznaczona na ten dzień skończyła się szybciej, niż to było przewidywane. Może dobrze. W każdym razie wróciłyśmy sobie grzecznie do obozowisk.

cdn.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: