Korzystając z faktu, że nieopatrznie zgłosiłam się do uzupełnienia kroniki…

Eurojam po raz ostatni 😉

Bivouac VC-3 – NAJFAJNIEJSZA PRZYGODA W MOIM ŻYCIU! 😀

Kiedy siedziałam w Normandii, to nie sądziłam, że kiedykolwiek coś takiego napiszę. Tam miałam włączonego szemracza – jak to ksiądz Piotr mówił na kazaniu. Wszystko było źle. Wszystko.
Żerdki za ciężkie, do wody za daleko, za dużo błota, za dużo padało, było zimno, ciężko się wchodziło na naszą platformę, sznurek był za cienki, żerdki były za krótkie, do toi-toi było za daleko, godziny palenia ognisk były bez sensu, ogniska się nie paliły, nie dało się nie spóźnić na aktywności, nie było czasu na Tempus Verdi (coś w stylu Apeli Ewangelicznych), marzyłam o tym, żeby się wyspać bardziej, niż na którymkolwiek z poprzednich obozów… Wszystko było źle. Wszystko.
Ale teraz, kiedy patrzę na ten obóz, to mam bardzo dużo cudownych wspomnień – i to o nich właśnie chcę wspomnieć, żeby ludzie potem mieli co czytać i jednak zechcieli się wybrać na Eurojam 2024 J.

Venite et aedificate! – Chodźcie i budujcie!

Tutaj tylko kilka słów, ostatnich w klimacie narzekania: paprocie, cement, sznureczek, żerdy, 15=25 (przynajmniej wagowo;) )
Więcej mówić nie trzeba. Miałyśmy żerdkę z Ikei ;).

Venite et maerete! – Chodźcie i mdlejcie! 😛
Czyli ceremonia otwarcia. Całkiem miła, z komisarzem na wieży i chłopcami biegającymi z flagami. A potem msza. Tego dnia był okropny upał – dobrze, że wolontariusze podawali nam wodę i sprawnie zajmowali się tymi, którzy potrzebowali się udać do punktu medycznego.
Sztandary na mszy świętej szły dobrych kilka minut, czwórkami, co wywierało niesamowite wrażenie.
A w drodze na plac apelowy i w drodze powrotnej śpiewałyśmy z Francuzkami :D. One też próbowały z nami, ale „Szli murzyni” są jednak trudniejsi niż „Pumci!”.
Venite et vincite! – Przyjdźcie i wygrajcie!

Eurojam zaczął się cudownie – słoneczną pogodą na wielkiej grze. Ta, w której uczestniczyłyśmy, nazywała się Save the Pope! – chodziło o to, że papież został porwany przez czarne anioły, a my (jako drużyny różnych władców państw europejskich) wyruszałyśmy mu na pomoc. Pracowałyśmy w grupach po 2 zastępy – 1 francuski i 1 niefrancuski.
Na grę wyszłyśmy spóźnione – przygotowanie do mszy świętej się przedłużyło – ludzie na eurojamie spowiadali się na potęgę ;). W każdym razie zanim doszłyśmy do punktu zbiórki, znalazłyśmy punkt rozpoczęcia gry, gdzie jej szefowe pozwoliły nam poczekać, aż się zacznie. Czekając na ludzi, którzy mieli dojść z punktu zbiórki, poznałyśmy się z zastępem Wapiti. Razem z Kuną nauczyłyśmy je gry w gwizdek. Okazało się, że Francuzki też znają pif-pafa i o-made-made.
Na grę dobrałyśmy się z Wapiti – w czasie jej trwania zdobywałyśmy monety, a za nie wykupywałyśmy podpowiedzi, które miały nas doprowadzić do miejsca pobytu papieża. Przebiegłyśmy bieg sprawnościowy, rozpoznawałyśmy z zamkniętymi oczami smaki, zjadłyśmy wspólnie lunch – trochę był problem, jak się razem pomodlić, ale wybrnęłyśmy łaciną ;).
Na koniec gry szczęśliwie odnaleziony papież rzucał w nas cukierkami i błogosławił nimi ;).

Venite et laborate! – Przyjdźcie i pracujcie!

Na laborate byłyśmy sparowane z zastępem Włoszek Volpi, czyli z Liskiem. Jeszcze przed warsztatami spotkałyśmy je podczas wielkiej gry, a rozpoznały dzięki warkoczykom Kiary, w których miała całą głowę J.
W pierwszym dniu warsztatów to dziewczyny przyszły do naszego obozowiska. Chwilkę trwało, zanim się ogarnęłyśmy, ale po chwili wspólnej zabawy zaczęłyśmy zajęcia – a mianowicie uczyłyśmy dziewczyny robić krokusy z bibuły. Nawet się udało. Miałyśmy trochę problemów z tym, żeby się dogadać, ale metodą „patrz na mnie i rób to, co ja” wyszło.
Przy okazji poznałyśmy bardzo fajny patent włoskich skautów – w pewnym momencie dziewczyny z Lisa zapytały nas, jakie jest nasze zwierzę… Nie bardzo ogarniałyśmy o co chodzi, bo nie chodziło im o nasze zwierzę z proporca. U Włoszek przy nadaniu stopnia tropicielki nadaje się też imię jakiegoś zwierzęcia. Stwierdziłyśmy, że chyba wprowadzimy ten zwyczaj też u nas J.
Dziwne było też to, że miały ze sobą 2 proporce – 1 był proporcem drużyny, a nosiły go, bo wygrały cykl.
Ale nie tylko my byłyśmy zaskoczone zwyczajami naszego zastępu bliźniaczego – Włoszki zastanawiały się, czy nie jest nam zimno, skoro nie mamy podłogi w namiocie. One nie budowały platform.

Kolejnego dnia warsztatów to my miałyśmy wybrać się do ich gniazda. Trafić udało nam się całkiem bez problemów, bo Włoszki wyszły po nas do głównej drogi i przyprowadziły. Niestety tym razem nie było z nami Zosiana, który źle się poczuł.
Na ich warsztatach robiłyśmy ramki do zdjęć z kartonu i włóczki. Tym razem rozmawiało nam się dużo łatwiej, już nie tylko o harcerstwie, ale o muzyce, chłopakach, rodzeństwie… śpiewałyśmy, zrobiłyśmy wspólne zdjęcie. Było dużo śmiechu J.

Venite et adiungite! – Przyjdźcie i dołączcie!

To chyba ulubiona z moich aktywności. Kiedy dowiedziałyśmy się, że pójdziemy do drużyny Francuzek, pomyślałyśmy sobie nieśmiało: może to drużyna Wapiti? I wyobraźcie sobie naszą radość, kiedy okazało się, że tak – faktycznie odwiedzamy nasz zaprzyjaźniony zastęp!
2 Drużyna Val d’Yvette przygotowała grę – i znów tak jak na wielkiej grze pracowałyśmy parami zastępów – Renifer oczywiście z Wapiti. Okazało się, że ktoś ukradł gwiazdki z flagi Unii Europejskiej – po wykonaniu zadań otrzymywałyśmy wskazówki, dzięki którym mogłyśmy znaleźć złodzieja.
Konkurencje były ciekawe – od „szczura” po przenoszenie na ślepo kubka z wodą i napełnianie w ten sposób butelki – ale wcale nie szło się po linii prostej – ani w poziomie ani w pionie :P.

Do naszej drużyny nikt nie przyszedł. W czasie tej aktywności były taka ulewa, że Dorotka wytłumaczyła tamtej drużynowej, że spotkamy się kiedy indziej ;).

Venite et gaudete! – Przyjdźcie i radujcie się!

Ta część była trochę średnio ogarnięta :P. Ogólnie miałyśmy przyjść do naszego drugiego zastępu bliźniaczego – również Włoszek, ale tym razem do Czapli (Aironi) razem z trzecim zastępem – Niemkami z Wilka. Giorgia – zastępowa Czapli przyszła do nas poprzedniego dnia, żebyśmy wiedziały, że to ona J. Według planów miałyśmy razem przygotować i zjeść kolację, a potem przedstawić scenki.
Okazało się, że nie dostaniemy żadnych produktów do zrobienia kolacji, ale większość rzeczy potrzebnych do racuchów i tak wzięłyśmy z Polski, więc nie było aż takiego nieszczęścia. Wyszłyśmy z obozowiska i przez dłuuugi czas usiłowałyśmy znaleźć biwak SI-4. Byłyśmy wszędzie – w SI-6, SI-10, SI-7… Po drodze próbowały nam pomóc nieco świrnięte Włoszki, które przy okazji zaczęły się kłócić, że mamy nie słuchać jednej, tylko drugiej, bo ta pierwsza, to nic nie wie J. W końcu z pomocą wędrownika z Włoch (który jeszcze na dodatek mówił po polsku) dotarłyśmy do obozowiska Czapli. Z racuchami trochę bardzo nie pykło, wyszły jako przypalone ciasto naleśnikowe :P, ale Włoszki były bardzo miłe, w ogarnięty i szybki sposób zrobiły nam makaron. Chwilę porozmawiałyśmy, wymieniłyśmy guzy i klamry od paska, a potem Niemki musiały iść (w ogóle to Niemki strasznie klną i mają spódnice do kostek… to było dziwne ;P). Okazało się, że blisko był Bóbr, więc kiedy dowiedziałyśmy się, że już wracają, wróciłyśmy razem z nimi, żeby się nie zgubić ZNOWU :P.

Venite et ludite! – Przyjdźcie i grajcie!

Muszę przyznać, że to był naprawdę bardzo długo wyczekiwany dzień. Można było się wyspać J. Z tego co pamiętam, to zrobiłyśmy wtedy warsztaty Charta o powstaniu muzyki. Cudowne było to, że nie było atmosfery pośpiechu. Ten dzień został przeznaczony w całości na odpoczynek, który w całej aurze eurojamu był bardzo potrzebny. Poszłyśmy też do zameczku, gdzie mieszkali i pracowali redaktorzy gazety eurojamowej i obejrzałyśmy wystawę o skautingu. To było nie do wiary, jak bardzo inna była pogoda kilometr od naszego obozowiska! W upale, jakiego nie miałyśmy okazji doświadczyć na tym obozie nigdy wcześniej, kończyłyśmy z Kają artykuły do dziennika obozowego, a reszta drużyny w tym czasie się bawiła.
Miałyśmy też chyba śpiewogranie i/lub świeczysko. Już nie pamiętam, co było kiedy J. Ale nauczyłyśmy się jednej z ulubionych piosenek Basi, czyli „Mojego wędrowania”.

Venite et reconciliate! – Przyjdźcie i pojednajcie się!

Czyli kolejna radość – opuszczamy las :P. Nieważne, że na krótko i że nie będzie obiadu. W autobusie będzie można się wyspać – choć droga do Lisieux nie jest wcale długa – dojazd zajął około godziny. Dzień przed pielgrzymką była całonocna adoracja (każdy zastęp czuwał godzinę), więc trochę nocki zarwałyśmy. Warto było – adoracja była prześliczna.
Wyruszyłyśmy na szlak pielgrzymkowy św. Tereski J. Droga (o dziwo :P) była słoneczna.
Przez chwilę wlokłyśmy się przez błotko (tam też obecne), ale potem wrzuciłyśmy wyższy bieg i było ok. Tylko trochę mniej pielgrzymkowo niż zazwyczaj.
W końcu dotarłyśmy do sanktuarium, gdzie Renifer (i to jeszcze nie cały, żeby było weselej) odłączył się w kościele od reszty drużyny. Być może dzięki tej nauczce (bo gubiłam zastęp jeszcze tego samego rana w lesie) nie zgubiłyśmy się potem w Paryżu :P.
Tam odbyło się godzinne nabożeństwo ze spowiedzią, a po nim można było odmówić akt zawierzenia Najświętszemu Sercu Pana Jezusa.
Trudno się dziwić, że do lasu wracałyśmy niezbyt chętnie ;).

Venite et cognoscite! – Przyjdźcie i poznawajcie!

Tak, ten dzień był w porządku. Wreszcie można było zapełnić libellusy :D. Ogólnie to czas na odwiedzanie obozowisk miał być od po mszy świętej do obiadu i po obiedzie do wieczora. Rano wyszłyśmy z obozowiska z nastawieniem na szukanie konkretnych narodowości (i ja i Natalia z Charta bardzo chciałyśmy spotkać Hiszpanki, dziewczyny chciały Kanadyjki…). Cała główna droga była pełna Włoszek i Francuzek. Następne w kolejności – Polki J. Było trochę Rumunek, znalazły się 3 Szwajcarki, trochę Niemek i Hiszpanki! Całe 3, niezbyt rozmowne :/. Koszatka znalazła nam nawet francuskiego Renifera J.
Uzyskałyśmy do libellusów podpis takich fejmów jak np. Dominika Danek i (mężczyzny!) – tego włoskiego wędrownika, który kilka dni wcześniej pomógł nam znaleźć drogę.
Po ugotowaniu obiadu zdecydowałyśmy się zostać w obozowisku i odpocząć.

Venite et exite! – Chodźcie i idźcie! (czyli ceremonia zakończenia)

Najwięcej tutaj robiły chyba zastępowe, bo przy ogólnym nieogarze mogłyśmy sobie pomachać proporcami. Lało, a my śpiewałyśmy „To szczęśliwy dzień, dziękuję Bogu za pogodę!”. Przyjechały do nas relikwie św. Tereski, więc na chwilę przestało lać. Razem też zresztą śpiewaliśmy – pieśń na przyrzeczenie (w wielu językach, co brzmiało super) i pieśń na pożegnanie (przy czym myślałam, że ona jest tylko polska. Trochę się zdziwiłam :P).
Odbyło się mianowanie nowej naczelniczki, którą została dh. Magda Gzik. A po nim jeszcze (w ramach niespodzianki J) oświadczyny na placu apelowym. Dodam tylko, że przyjęte ;D.

Venite et… eurojam finitus! – Chodźcie i… teraz Kraal ogarnia ;)!

Ok, te dni też zapamiętam jako jedne z lepszych.
Po pierwsze – chociaż się tego nie spodziewałam – Kraal przygotował Wielką Grę. Wielka Gra była super, bo pozwalała jeszcze na koniec pointegrować się z ludźmi J. Od Francuzek wzięłyśmy przepis na naleśniki, Niemki nauczyły nas piosenki, a my Niemek fragmentu „chrząszcz brzmi w trzcinie”, Rumunki nauczyły nas zwrotki hymnu… Moim zdaniem było super. I poszło nam też całkiem dobrze ;).
Po drugie – czego jeszcze bardziej się nie spodziewałam – Kraal zorganizował konkurs kulinarny – pozdro 6000. Specjalnie na tę okazję przygotowałyśmy pod platformą restaurację – „Norę Hobbita”.

Po trzecie – była agapa. Choć to było ciężkie doświadczenie, kiedy trzeba było się zebrać o tej 4.00 i skończyć wszystko pakować, składać namiot, wyrzucić śmieci… A to, że kierowcy wpuszczali nas do autobusu tylko na bosaka i nie pozwalali jeść, było jeszcze śmieszniejsze…

Venite et tour Eiffel! – Chodźcie i wieża Eiffla! 😀

Czyli nasza wizyta w Paryżu. Większość się śmiała, że zwiedziliśmy tam toaletę i McDonalda. Wysiedliśmy pod wieżą Eiffla, gdzie zjedliśmy śniadanie (w końcu!) i Marysia, Lena i Alinka składały przyrzeczenie.
W ciągu dnia zobaczyłyśmy jeszcze Luwr (od zewnątrz, ale się liczy :P), Pałac Inwalidów, gdzie przyrzeczenie złożyła Gosia (i zjadłyśmy tam loooody *,*). Przeszłyśmy obok Katedry Notre Dame – z zamiarem powrotu do niej, ale musiałyśmy się spieszyć na polską mszę z resztą skautów. Po mszy natomiast ludzie zaczęli mdleć i ogarnęłyśmy, że jesteśmy wyczerpane i głodne, więc resztę dnia spędziłyśmy w McDonaldzie kupując pamiątki w sklepiku obok.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: