Letni lot Nietoperza

Tytuł też ukradziony. Ale jest ładny, mam nadzieję, że choć trochę mnie to usprawiedliwia… 🙂

Zanim zaczęły się zbiórki zastępów (pomijając zastęp Chart) przyszedł czas na pierwszy ZZZ nowego ZZ-tu! 🙂
A czekałam na niego normalnie ciesząc się jak dziecko :D.
W każdym razie po ciężkim tygodniu w szkole Basia nie dała nam się wyspać. I dobrze! Z takiego dnia nie można stracić nawet minuty! O 6.40 miałyśmy być na dworcu. Byłyśmy – spóźniła się tylko Nati, która jakby zaspała i Kaja obdzwaniała cały jej dom. Myślałam, że w pociągu będziemy spać… O ja naiwna xD. Zmieniłam zdanie w pociągu, prawie na początku drogi, ale Kaja załatwiła mi przedsmak pełnego uświadomienia, zaliczając o 6.45 sprawności.
Jadąc najpierw się rozsiadłyśmy 3:2, a potem na 1 czwórkę zwaliłyśmy plecaki, siedząc na drugiej w 5. I w ten sposób dotarłyśmy do Marciszowa – ja zresztą okazałam się wcale niegorsza od Kai, bo w drodze zrobiłam blachę z Samarytanki.
Po wyjściu z dworca rozpoczęłyśmy wędrówkę w stronę kolorowych jeziorek – moich najukochańszych ❤ :). Plan był taki, żeby przy jeziorkach zrobić radę, wejść na Wielką Kopę, ugotować łobiadek, gdzieś potem jeszcze SH i wracać do domu. No cóż, życie pisze różne scenariusze, a one nie zawsze zgadzają się z naszymi planami. Ponieważ nie wędrowałyśmy w jakimś zabójczym tempie i po drodze stawałyśmy, choćby po to, żeby zjeść babeczki, to przy jeziorkach stwierdziłyśmy, że na Wielką Kopę możemy się nie wyrobić. W ogóle ze słodyczami była ciekawa sprawa. Z listy Basi wynikało, że chyba 2 osoby miały wziąć ciastka. Wyszło, że miałyśmy chyba 3 czekolady, hity i co najmniej 3 paczki innych ciastek xD. Podobnie było z kanapkami.
“Ja mam jeszcze 2 kanapki” – powiedziała chybaBasia.
“Ja mam 3” – podbiła chybaKaja.
“Ja 4” – podbiłam chybaja. Sądziłam, że na tym się skończy, ale okazało się, że Basia ma ich 5…
W ogóle było fajnie :).
Po RD przy Turkusowym Jeziorku (moim ulubionym, pięknym i w ogóle ochach) usunęłyśmy się kawałek od ludzi. Znaki zabraniały robienia ognisk i grilla. Nie miałyśmy zamiaru robić ani jednego ani drugiego, tylko gotować na epigazach, ale stwierdziłyśmy, że jakby się ktoś chciał czepić, to mogłoby być niefajnie, a po co.
Postawiłyśmy wodę, zrobiłyśmy mizerię i czekałyśmy, aż zrobi się wrzątek. Tia… Czekałyśmy i czekałyśmy i czekałyśmy i czekałyśmy, od czasu do czasu ciesząc się z malutkich bąbelków na dnie kociołka, które były tam od kiedy cieszyłyśmy się z nich po raz pierwszy. W ramach zabijania czasu wieszałam worki z ryżem na drzewie, żeby uchronić je przed potencjalnym niedźwiedziem (Basia ma zdjęcie, jak próbuje ich dosięgnąć) no i jadłyśmy CIACHA :D.
Po godzinie takiego niezbyt efektywnego gotowania spróbowałyśmy na drugim epigazie – tym razem odkręcając palnik na full…
Zanim zjadłyśmy i zabrałyśmy się z powrotem, Nati zdążyła stwierdzić, że drzewo się do niej uśmiecha… Faktycznie się uśmiechało. Szkoda, że grzybka halucynka podarowała Kai dopiero potem, byłaby większa beka ;).
Zeszłyśmy do Marciszowa w dużo szybszym tempie, więc zostało dużo czasu na SH.
Właśnie od tego czasu mam pionierkę (i pierwszą blachę). I bardzo się tym jaram 🙂 C: 😀 C:.

To tyle, jeśli chodzi o (wciąż letni) lot Nietoperza.

Niech zieloność się zieleni! 😀

 

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: