Monthly Archives: October 2014

Powinnam dać sobie spokój…

… o czym świadczą między innymi zaległości w blogu.
Nie mam czasu na nic. Naprawdę. I jak już go mam, to zawsze znajdzie się coś takiego, że go nie mam. A to jest jedno z nieszczęść współczesnego człowieka. I chyba niestety będę musiała z czegoś zrezygnować. Wciąż nie wiem z czego, bo żal mi będzie wszystkiego :(. Ale tak jak jest teraz, to tak być nie może.

Ale koniec :). Nie lubię narzekać.

Relacja z dziś? Krótko – na szczęście 🙂 – dłużej bym nie wytrzymała. Tata się ze mnie śmieje, że mam 7-dniowy tydzień pracy. Wczoraj cały dzień byłam na turnieju (siatkarskim, pierwszym od czterech lat – JEJ! :D), więc dzisiaj oczywiście byłam zmęczona :/.

Na początku byłam tylko z Wiki i myślałam, że coś mnie trafi. Po to się pcham przez godzinę przez miasto i poświęcam mój (bardzo dla mnie teraz cenny, ze względu na jego małą ilość) czas, żeby zrobić zbiórkę tylko z czołową? A ludzi miało być czterech…

Potem na szczęście przyszła Zosian i bardzo poprawiła mi tym humor :).

Btw – znacie Horytnicę? – Polecam, Marta Trebusz – https://www.youtube.com/watch?v=WuPlsS6LNSs&index=4&list=RDzQCIvJnOpIo , https://www.youtube.com/watch?v=Xr9NpfQq780&list=RDzQCIvJnOpIo&index=2 (genialne animacje, ale jednak trochę mocna – przynajmniej dla mnie) – te piosenki są spoko, chociaż chyba wolę Emilię Plater :).

W każdym razie udało nam się zrealizować plan mniej więcej – gra o Pileckim, gra o wyznaczaniu północy – bardzo mi się podobała – wspólny różaniec i potem msza święta.

W międzyczasie udało mi się jeszcze zgubić swój telefon (potem poprosić jakichś obcych ludzi o możliwość zadzwonienia do rodziców, żeby dzwonili, żebym szukała i dostania przy nich sms-a – bezcenne, naprawdę. Zwłaszcza ten zonk w mojej głowie – gdzie jest telefon, jeśli nie ma go w torbie (wszystko z niej wcześniej wywaliłam) ani w kurtce (jak wcześniej), a jednak przy mnie dzwoni…).

Po mszy zjadłyśmy ciasteczka w ramach byłych urodzin Wiki, zrobiłyśmy krótką radę i popędziłyśmy z Zosianem na autobus.

Tyle. Czekajcie na relację z gry miejskiej :).
Niedługo zlot! 😀

No tak, zapomniałabym… Nasza super parafia była dzisiaj w Polonii! Z transmisją mszy. Z moją animatorką w procesji z darami, z Czesiem przy modlitwie wiernych, Darkiem z komentarzem, naszą diakonią muzyczną z pieśnią na dziękczynienie (czyli Anią z fletem, Czesiem z kontrabasem i Piotrkiem z klawiszami, a przy mikrofonach 2 Ole, Karol, Darek, Julianna…) no i oczywiście Makarym, Grześkiem, Sebastianem i Pawłem w LSO :). Oglądałam moich człowieków w telewizji i jarałam się tym jak Fredka Jeremiaszem…

Oprócz rozumu nie brak mi niczego

No i stało się :). Pierwszy raz na własnych nogach dotarłam do Trzebnicy :).

W piątek myślałam, że rzucę wszystkim o ścianę. Lekcje, lekcje, lekcje, 3 treningi w tygodniu, Zawisza, półtora miesiąca na napisanie olimpiady i wysoka kupa książek do przeczytania w związku z tym i leć jeszcze człowieku z radością i na skrzydłach na oazę -,- . No ale dobra, w końcu i tak wyszło tak, że na tej grupce byłam i nawet doładowałam na niej wewnętrznie baterię i zostałam na spotkaniu całościowym, na którym już zdecydowanie miało mnie nie być.

A w sobotę pielgrzymka. Dalej ją czuję w nogach…
Chwilę po 6.00 byłyśmy zebrane większością drużyny, chociaż ludzie jeszcze docierali. Stwierdziłyśmy, że idziemy z Maciejówką, a nie z Wawrzynami, jak było wcześniej planowane (no ale przynajmniej byłyśmy z naszym drużynowym księdzem 🙂 ). Na początku szło się bardzo w porządku. Bardzo nie ogarniam Pauliny z koleżanką, które szły na boso, ale cóż – co kto lubi…
Niosłam sobie do pierwszego postoju sztandar, bijąc nim ludzi po twarzy. Szło się, rozmawiało się, śpiewało się…

Na pierwszym postoju natomiast usiłowałam ogarnąć wyższą matematykę odnośnie do biletów. Otóż zaklepałam 15 miejsc. 2 osoby zrezygnowały, 1 doszła, a miejsc wciąż potrzebowałam 15. I nie umiałam dociec, jak to się właściwie stało. Aż Kaja mi musiała pomóc (dosłownie) dodawać 2 do 2 :P.

Postoje były bardzo miłe i bardzo potrzebne, spotykałam ludzi, polowałam z Basią na bilety, a Kaja rozdawała jedzenie :P.

W drodze (konkretniej po drugim postoju) była jeszcze bardzo fajna konferencja duszpasterza Redemptora. Jest dość specyficznym człowiekiem. Normalnie ja takich lubię, a oni nie lubią mnie :P. Ogólnie (nie wiem, czy on konkretnie też) należy moim zdaniem (tak bardzo mam o nim zdanie, zamieniłam z nim 4 zdania…) do osób krytycznych, a takich nie da się zadowolić byle czym.
Cytat z tytułu pochodzi od niego – mówił, że ludzie czasami tak nie uważają, że korci go, żeby tak zaśpiewać psalm i uważa, że by powtórzyli za nim :P. Inna kwestia to na przykład taka, że zakon zmusza do przełamywania się – bo ojciec nie lubi chodzić na pielgrzymki, a chodzi. Nie lubi spływać pontonami, a spływa. Nie lubi pić alkoholu, a pije :).

W ostatnim etapie strasznie się wlekliśmy… Może dlatego doszliśmy do Trzebnicy spóźnieni i odjazd szynobusu przestał być już tak bardzo odległy…  Chociaż Orzech mówił, że nie, nie skróci kazania, a najwyżej Karol ze służby porządkowej położy się na torach i pociągu nie puści.

To było super. Bardzo polubiłam naszą drużynę, znowu.
Bo to było słodkie, że wpadłyśmy na to, że Nati z tym sztandarem w mundurze chyba trochę zimno.
I to było słodkie, że zmieniły mnie wcześniej ze sztandarem, uznając, że nie wystoję od całego kazania do komunii.
I Basia dzwoniła do taty, żeby ogarnąć, gdzie dworzec.

Okazało się, że pociąg udało się przełożyć o 15 minut, co nie zmienia faktu, że i tak chciałyśmy wyjść od razu po komunii (na dworzec idzie się 15 minut, na komunii zrobiła się 19.05 i do odjazdu zostało minut 20. Na styk). Trzeba było się spieszyć, ale też w jakiś dyskretny sposób zdjąć sztandar.
Problem pojawił się nagle w sumie.

-Czy wszyscy, którzy mają jechać pociągiem są?
– A gdzie Bartek?
– No to pozdro…

Brat Nati i Hani siedział gdzieś kompletnie po drugiej stronie placu… Nie wiadomo było gdzie i było ciemno… No to pozdro.

Kaja poszła go szukać, Hania dzwoniła. W końcu okazało się, że mamy iść na dworzec, a jemu uda się wrócić z kolegami. Basia poszła zdjąć Nati ze sztandarem. Wróciły. Kaja też wróciła.
Pędziłyśmy za sztandarem, razem z tłumem, modląc się, żeby jakimś cudem na ten pociąg zdążyć. Mówiłam już, że lubię Ritę, nie? 🙂

Pielgrzymka się udała. Patka doszła. Wszyscy doszli, Basia ze swoimi kolanami też :). W ogóle to było dziwne, bo na mszy 3 Basie siedziały obok siebie, a ja chciałam odezwać się do jednej i zastanawiałam się, jak to zrobić, żeby nie zareagowały wszystkie.

Pielgrzymkę uważam za udaną.
Nie mam odcisków i nie wiem, czy mam się bać…