Monthly Archives: January 2015

Moja oaza (oj, ale ja prowokuję…) / Jak to ucząc się w ferie nie da się naładować akumulatorów? :)

Pozytywnie. Niezwykle :D. Ej, serio, dawno nic nie opisałam po wyjeździe. Chociaż zapewne zmodyfikuję ten opis jeszcze 10 razy, nie skończę go dzisiaj i pójdę spać. Tak. Już spałam 2 godziny i to nie było wystarczająco – gdyby było, to siedziałabym teraz w naszej salce oazowej i oglądała Sherlocka Holmesa.
Ale – na początek.
Trzeba zimowisku oddać, że spowodowało coś dość przydatnego – przez najbliższy tydzień nie spojrzę nawet na czekoladę, a jeśli już, to tylko ze wstrętem…

Mogłabym spróbować wypisać wszystkie słodkie rzeczy, które w ciągu tych 4 dni zdążyłam zjeść, ale to nie miałoby zbyt wielkiego sensu. Mogłabym też wypisać wszystkie dokonania Renia z wyjazdu, z których jestem dumna do rozpęku (być może ten rozpęk jest też trochę przez czekoladę, ale to nie ma zbytniego znaczenia) – i to zrobię. Pojechałyśmy bardzo, naprawdę bardzo dobrym składem!

Wyjazd zaczęłyśmy nietypowo – od sprzątania. Dlaczego? Bo wilczki nie zdążyły… Może pozostawię to bez komentarza, jest on bowiem zbyt boleśnie oczywisty.

W każdym razie ogarnęłyśmy się względnie z rzeczami, zjadłyśmy kolację i w sumie to chyba przez chwilę nic się nie działo, tylko ogarniałyśmy stopień. Jestem dumna. To jest pierwsza z rzeczy, którą zrobił Renio. Czyli

1) Wiki i Zosiak zaliczały zadania jak (nie przymierzając) Koń Rafał w odcinku o takich większych warchlakach ;). A że trochę zapomniałam o Patrycji <no bo się nie upominała, no…> to z nią zaliczę na zbiórce jakiejś. Dobrze, że było dużo czasu na stopień. Ja też na luzie poszłam do Basi z jedną sprawnością.

A jak już na spokojnie zjadłyśmy i pozdawałyśmy, i tak siedziałyśmy ciesząc się wolnością, to wbiła Hania – “Szybko, szybko, nie ma czasu! Chodźcie!” – z widocznego z okiem boiska wkrótce odezwały się błyski latarki. Morse.
Ogarniałyśmy go na bieżąco, ale tak to bywa, że jak wszyscy nagle zaczynają mówić, jaka teraz jest litera, to bardzo łatwo się zgubić, więc krzyczałyśmy do Basi z okna, że my chcemy jeszcze raz i że chcemy trzecie słowo :P. Potem, zgodnie z otrzymaną wskazówką, cicho do niej podeszłyśmy.

Każdy zastęp dostał po 6 guzików. Tak. Miało być po 10, ale więcej nasza drużynowa nie znalazła w domu :P. Naszym zadaniem było je schować tak, żeby ich nikt nie znalazł – ale koniecznie przy sobie!
Zostałyśmy też wprowadzone w fabułę – powstanie listopadowe i wielka emigracja.

Po powrocie zabrałyśmy szybko z naszej salki igłę z nitką i schowałyśmy się w innej – te ucieczki do samotności (w przypadku wielkiej gry dość konieczne) były chyba jedynym słabym motywem mieszkania z Sarną – i wyszukiwałyśmy jak najlepsze kryjówki dla naszych skarbów. Jeden z guzików do końca wyjazdu nosiłam pod tarczą zegarka, drugi początkowo pod naszywką w berecie, a potem w etui do telefonu. Patka przyszyła go sobie na wewnętrzną stronę kieszeni, Wiki schowała do mankietu i wszyłyśmy jej jeden pod kołnierz, a ten Zosi wylądował w guzie. Ocalały do końca wyjazdu.

Tego dnia czekał nas jeszcze tylko sąd z wilczkami.

Następnego dnia pobudka, gimnastyka, którą wywalczyłam na radzie dla Zosiaka, bo, jak to mówią (właśnie to wymyśliłam, więc nie mówią – ja mówię) pionierka in progress (y). No i apel rozpoczynający zimowisko. Potem śniadanko, a w pakiecie ekstra jeszcze paczka hitów i soczki w kartoniku oraz przykazanie pojawienia się na boisku o konkretnej godzinie. Stamtąd – wyjście na grę.

Co prawda szłyśmy jako ostatnie, ale nic nie szkodzi. Naszym plusem było posiadanie kompasu (byłyśmy jedyne) co przysporzyło nam dodatkowej radości, kiedy na początku gry dostałyśmy od Basi sms, zaczynający się od słów “azymuty wyznaczajcie od” ;). Dzięki temu nawet wyprzedziłyśmy Koszatkę – chociaż nie znalazłyśmy listu (udało się tylko Sarnie). A tak btw – Basia mówiła, że zgrała sobie na tablet aplikację kompasu i kiedy o 6.00 rozkładały zadania i stała na środku skrzyżowania, a na ziemi leżał rzeczony, ludzie patrzyli troszkę dziwnie.

U Hani (bo to ona okazała się zapowiedzianym “tajemniczym gościem Kraala”) trochę spaliłyśmy zadanie, bo wg listu trzeba było się do niej zakraść… Dalej Ola – oczywiście pierwsza pomoc. Bulwersowałam się, że musimy pociąć bandaż dziany, bo zupełnie bez sensu jest niszczyć prawdziwe rzeczy z prawdziwej apteczki na udawanej z definicji grze, ale okazało się, że dla zrobienia tzw. “prosiaczka” – opatrunku na nos było to faktycznie niezbędne. Już wiem co zrobić, jak komuś utnie część narządu powonienia xD. Aha – tam też dostałyśmy polecenie oddania znalezionego wcześniej listu posiadaczowi czerwonej torby, który podałby poprawny odzew na hasło. A zatem poszłyśmy do Basi, która tą czerwoną torbą świeciła chyba na kilometr, mówiąc “Dzień dobry! Czy nie uważają Panie (bo towarzyszyła jej Hania) że (tu mina psychopaty) WYBIŁA GODZINA ZEMSTY?”. Odzew był zły. Na tyle zły, że po prostu poszłyśmy dalej.

Po powrocie znów schowałyśmy się w naszej salce – tym razem z zadaniami.
Jedno było łacińskie! 🙂 Kocham łacinę!
Wyobraźcie sobie zresztą taki obrazek – Kotowice napadła grupka niebieskich ufoludków. 2 szukają czegoś w polu (powiedziałabym nawet, że bardzo szukają), a jeden stoi przy drugim, wpatruje się z miłością w małą karteczkę, śmieje i krzyczy w kółko “kocham łacinę! Ej! Ja kocham łacinę! Łacina jest cudowna!”. No – ciekawie ;).

Uwaga – tutaj cała seria naszych “wow” wyczynów

2) zrobiłyśmy super piosenkę o powstaniu, dodając drugi głos w refrenie do “Majora ponurego”
Halo! Zrobiłyśmy piosenkę na 2 głosy! 😀 😀

3) wyszyłyśmy śliczne “Re” w Reniferze – potem nie było czasu, więc “nifer” wyszedł gorzej, ale “Re” było wybitne 🙂

Po obiedzie nadszedł czas śpiewogrania, a następnie godzina nie tyle zemsty, co radosnej inwencji twórczej i paciania się gipsem. Zaczęłyśmy robić maski weneckie. Patka i Zosiak chciały się w międzyczasie pozabijać (zaczęło się od głupawki tej drugiej, kiedy z powodu zastygającego na twarzy bandaża, miała się NIE ruszać. A ruszała). Skutkiem tego wszystkiego wyszły z warsztatów tak z 10 razy bardziej ubabrane niż reszta drużyny…

Miałyśmy też iść na mszę – ale że okazało się, że jej nie ma, czekała nas inna niespodzianka.
Zaczęłam właśnie dzwonić do babci z życzeniami, kiedy przybiegła Patrycja, mówiąc “Szybko, szybko! Za 10 sekund mamy być ładnie umundurowane na górze!”. Jak się można domyślić, moja rozmowa z antenatką – niekoniecznie zielonatką wyglądała tak:
“No cześć! Wszystkiego najlepszego! No. Yyyyyyyyy………. Poczeeeekaaaaj……….. Bo – coś się dzieje! I… niemogęterazrozmawiaćzadzwoniępa”.

Panie i panowie – KULINARNY!
Wow. Każdy zastęp miał swój własny stolik, a na nim herbatniki, biszkopty, galaretki, czekoladę, polewę czekoladową i masę kajmakową. Na wspólnym stole leżały jeszcze wiórki kokosowe, migdały, draże orzechowe.  Mamy to i jeszcze godzinę na stworzenie z tego deseru. No to do dzieła. Co prawda szanse, że galaretka zastygnie w godzinę są bardzo nikłe, ale do dzieła!

Najpierw ja (no bo jak ja mogę inaczej) chciałam zrobić radosną ciapkę ze wszystkiego i stwierdzić, że to dobre 🙂 – ale Zosiak wymyśliła, żeby wymieszać masę kajmakową z herbatnikami. Nasz pomysł twórczy zmieniał się średnio co 5 minut bo krążyłyśmy od “ej, galaretka ma już konsystencję kisielu” do “nie, ona nie zastygnie”.
Zauważyłam, że największą fazę mam z dużą ilością cukru we krwi, bo w pewnym momencie wbiegłam na górę z okrzykiem pasji i pasją w oczach “Ona zastyga! Słyszycie? Ona zastyga!”. Odwalało mi generalnie do świeczyska, bo biegałam też po korytarzu krzycząc “Lecę, bo chcę”
Nieważne, że nie miała prawa ściąć się w godzinę. I to jeszcze za oknem. Nieważne, że po drodze wysadziło korki i wzruszywszy ramionami poleciałyśmy po latarki. To było fajne.
-Halo! Światło zgasło?
-No tak. Ale właściwie co z tego? 😀

4) Nasze “Słodkie kopyto” było genialne! Na spód biszkopty, scalone potem polewą czekoladową. Na górę masa kajmakowa z wkruszonymi herbatnikami. Na górę znów herbatniki, środek wolny od herbatnika ozdobiony jakoś drażami. Na to truskawkowa galaretka (“Ona zastyga!” bo cytrynowa niestety nie zdążyła…) + “R” usypane z wiórków kokosowych i nasza dzika kruszonka z biszkoptów w czekoladzie roztopionej na czajniku (xD) i wiórkami.

Kulminacja emocjonalna nastąpiła trochę później. Po prezentacji wróciłyśmy do salki. Ja siedziałam na korytarzu (z kimś, ale już nie pamiętam po co), a z naszego pokoju usłyszałam “Nie!”. Ponieważ wystawiłyśmy nasze kopyto za okno, przestraszyłam się, że skończyło jak fortepian Chopina – “ideał sięgnął bruku” xD. Okazało się, że ten smutny los spotkał telefon Patki.
Więc potem wybiegły dzieci bez kurtek po niego na zewnątrz (no to ja za nimi – w końcu mój człowiek, nie?). Telefon działał, tylko ekran się zbił. Ale Patkę to też trochę rozwaliło. Stwierdziła, że rodzice ją zabiją i zaczęła płakać. Ale po rozmowie z mamą, która na powód jej płaczu zareagowała dzikim śmiechem, też po chwili zaczęła się śmiać, pytając, czy ona jest normalna i co ona w ogóle robi. No i też złapałyśmy głupawkę, jak ekran zaczął się kruszyć, więc stwierdziłyśmy, że to będzie nowa przyprawa do naszego kopyta xD.

Wieczorem rada. No i Basia bardzo nas wysyłała spać. Podejrzanie bardzo. I to był pierwszy raz, kiedy się na alarm nocny nie obudziłam. To znaczy fizycznie tak. Mentalnie – niekoniecznie. A nawet bardzo nie.

Coś w głębokości moich zwojów zaczęło gwizdać o 1.15, więc się obudziłam. Obudziłam się, po czym wstałam, wyszłam na korytarz i stanęłam przed Basią cała dumna z siebie. A kiedy po chwili takiego mojego stania zapytała, czy ja tak sama, to zapytałam (wybitnie zdziwiona) czy to nie było “z”?
Musiałam mieć bardzo zmulony mózg. No tak. Gra nocna. Właściwie po co mi zastęp xD?
Gorzej tylko, że nie mogłam ich obudzić. Ale Sarna się nie obudziła, więc Basia weszła do pokoju i zaczęła wszystkim śpiącym nad uchem gwizdać. Bez reakcji. Ale udało mi się mój zastęp w końcu wyciągnąć.
Wbiegamy do sali na 20 sekund, zabieramy dowolną karteczkę i wybiegamy. Chyba że nie wybiegniesz w te 20 sekund, to zostaniesz zakładnikiem Oli. Biedna Werka… Kiedy okazało się, że mają ją wykupić za 2 karteczki, to Kaja ją zapytała, czy może tam spać xD. No i pozdrawiam Patkę, która w ostatniej turze nie ogarnęła, że ma wbiec…

Na karteczkach były napisane hasła związane z powstaniem i wielką emigracją – do śniadania miałyśmy wymyślić do każdego z nich gest i 1 słowo skojarzenia – wspólne dla całego zastępu.

Następnego dnia (po porannej gimnastyce – belgijce i apelu + śniadanku) przyszła olimpiada. Walki kogutów, chusty, manzo, kierowanie ludźmi z zamkniętymi oczami w labiryncie, przedmuchiwanie po labiryncie ping-ponga, wrzucanie ping-ponga do szklanki – tak, szklanki. Najlepszy wynik – to nasz wynik 😛 – 2/60 trafionych.

Poza tym powygrywałyśmy większość konkurencji, no bo jak ja trafiłam do walk kogutów i manzo, no to pozdro 6000. Nie było konkurencji biegowych za bardzo – jakby były, to byśmy nie powygrywały :P.

Po obiedzie dekoracja masek. Niektóre wyszły piękne… Serio.

A przed nią jeszcze kulturalna dyskusja światopoglądowa z Mlą Oastyną (miałyśmy fazę na takie zamienianie literek – Szarta Mubert jest ładnie, nie? Daja Krozdowska? Katalia Nosińska?). Zosiak (z głupawką) chciała, żebym jej zaliczyła wybitnych ludzi kultury, więc po tej dyskusji stwierdziła, że my do nich należymy. Po namyśle się zgadzam. W telewizji ciężko o jakąkolwiek kulturalny i bezstronnie przeprowadzony dyskurs – właśnie dlatego uwielbiam takie prowadzić.

Trochę z tego względu nazwałam Zawiszę moją oazą. Zawsze będzie bardziej moja. Drugim powodem jest kontrast, wyraźnie odczuty po powrocie. Świat drużyny to przyjazny świat. Bezpieczny i miły. A w normalnym jest więcej ludzi, którzy chcą ci wejść na głowę, a najlepiej ją przepuścić przez wyciskarkę do czosnku – tak, żeby było ciekawiej.

Potem śpiewogranie. Ale że średnio nam się śpiewało i trochę się zrobiło smętnie, to Basia niewinnie zaproponowała “coś w stylu tabu”. A patrząc na niej ogarnęłam, że to wcale nie takie niewinne. Historyczno-wiedzowo-fabularne. A mianowicie na początku opisywanie podanych haseł. Jacyś konserwatyści, Hotel Lambert, 21.10.1831, Wysocki, Chopin…
Potem – przedstawienie za pomocą gestów.
A potem – za pomocą jednego słowa. To było mocne.

Aha – wybrałyśmy się też na mszę świętą. Według tabliczki na ścianie kościoła miała być. Przyszłyśmy 17.45 – kościół zamknięty. Jako że ten stan rzeczy nie zmienił się do 18.05 to zapytałam jednej pani na ulicy, o co właściwie chodzi. Czy ksiądz tak lubi się spóźniać, czy tabliczka wisi tak dla zmyły, czy co? Okazało się, że msza jest najprawdopodobniej w Siedlcach – 2 wioski dalej. Jeśli jeszcze go nie ma, to już go nie będzie. Ale tu mieszka, więc zapewne za jakieś 40 minut wróci.
To akurat była dobra informacja, bo potrzebowałyśmy błogosławieństwa. W planie był nasz ksiądz i przyrzeczenia. Ale nasz ksiądz się z planu wykruszył :(. Ale dziewczyny uznały, że bez sensu czekać, bez sensu go prosić, żeby znalazł dla nas chwilę. I trochę dziwnie go łapać albo pukać na plebanię i wyskakiwać jak diablik z pudełka z jakimś “cześć księdzu – powiesiłeś kartkę, że jest msza. Nie było. Ale może pójdziesz z nami na apel i się przydasz ;)?”. No więc będą na zbiórce drużyny.

Wróciłyśmy.

Świeczysko z naszymi przedstawieniami na podstawie “Wilka, który nigdy nie śpi”. No i z zabawą w trupa :D. Piski i krzyki uczestników były cudowne – Basia na początku zaznaczała tylko, że jak ktoś dostanie zawału, to ona pójdzie siedzieć, ale na szczęście wszyscy po pierwszym strachu zaczęli się śmiać. Lepiej tak, bo ta zabawa może naprawdę przyprawić kogoś o mini-traumę. Traumienkę. A nawet, w skrajnych przypadkach, trumienkę. Haha. Jest późno, sucharzę. Przepraszam jak najuniżeniej.

Sąd honorowy z podsumowaniem cyklu i innymi opowieściami z doliny Roztoki (związanymi z Rogasiem, żeby było jasne). Możecie gratulować – wstążeczka zostaje u nas ;). 

W planie była jeszcze nocna impreza dla Kai, ale trzeba było poczekać, aż zaśnie. Basia zaliczała sprawności u Basi (lekko schizofrenicznie to brzmi, nie?), więc stwierdziłam, że właściwie to mogę poczekać i poszłam im poprzeszkadzać :). No i możliwe, że zrobię kucharkę. Nie jest taka zła, tym bardziej że mamy zadania z niej w cyklu.
Zosiak zrobiła hafciarkę, więc mam nadzieję też na blachę ze sztuki zręcznościowej.
Mój zastęp stwierdził, że chcemy robić sprawności na zbiórkach. Tancerkę, kucharkę, hagiografkę… Opcji trochę jest.

W końcu nie wytrzymałam. Koło 4.00 Weronika przyszła nas obudzić. W naszych pięknych maskach stanęłyśmy nad Kają z ciastem i świeczką, śpiewając sto lat. A następnego dnia każdy dostał robione przed wyjazdem przez Werkę z Basią U. (być może z kimś jeszcze, nie wiem) jajko z niespodzianką – cukierkami w balonie :).
Dnia następnego – sprzątanie i apel podsumowujący.

WG – chyba nie muszę mówić, ale jestem dumna i poszło nam bardzo dobrze! Naprawdę 🙂
Kulinarny – Sarna, ale jestem dumna i poszło nam bardzo dobrze! Naprawdę 🙂 Chociaż ciasteczka Koszatki były tak pięknie udekorowane, że ja bym im przyznała nie tyle wstążeczkę, co jakiegoś kuchennego nobla,
Duch harcerski – Koszatka, ale jestem dumna, etc. 😉
OLIMPIADA 😀 – bold i brak kontynuacji zdania wystarczy, czy muszę tłumaczyć, że jest nasza :)?

Stwierdzam, że niewyspanie źle działa na mózg. Chciałam wygrać wielką grę. I wiedziałam, że poszło nam bardzo dobrze. Więc zamiast się cieszyć z olimpiady, to miałam minę, jakby mnie przejechał traktor xD. Ale to do momentu, w którym to sobie uświadomiłam – potem starałam się ogarnąć.

Basia mówiła, że gdyby jeszcze kiedyś chciała pojechać z wilczkami przed wyjazdem z nami, mamy jej wytłumaczyć, jak bardzo zły to jest pomysł. Ale zimowisko udało się fenomenalnie.
Wiem, że mam fajną grupę, z którą mogę trochę zrobić.
Mam wiedzę z zakresu powstania i emigracji zdobytą przez zabawę.
No i przeczytałam (na spółkę z Basią U.) pół strony “Potopu!”.
Mam naładowane akumulatory :).

Aha – no i jeszcze budzik Basi – myślałam, że to jakaś Avril Lavigne, więc nie komentowałam. Ale to cudna piosenka… Zwłaszcza z tekstem ze zrozumieniem.

Taka kolędowa niespodzianka

Nie zdążyłam na kolędę u siebie w domu :P. No to podjechałam kilka pięter wyżej, żeby się przywitać. A tam okazało się, że moje zdanie w pewnej dość drażniącej mnie kwestii nie jest odosobnione. To jest ważne, bo znaczy, że kiedy coś mi się nie podoba, to nie jestem sama – nie jestem odludkiem, który inaczej odbiera piękną, różową rzeczywistość. Może się mylę, ale jeśli więcej osób ma te same zarzuty wobec pewnej sprawy, to coś w tym musi być, prawda? A potem się okazało, że ksiądz żartował z tym, żebym podjechała.  No ale cóż – pogadałam ze znajomym. Było fajnie :P.

Aha, jakby ktoś miał wątpliwości – św. Tereska jest pochowana w Lourdes, a Pałac Buckingham jest w Paryżu. Widzę, że nie tylko ja jestem tak przytomna, że aż nieprzytomna :D.

Ja tu sobie paczę

a tu na blogu nic i nic,
ni żywej duszy, ni dziewczyny.
Niczyich włosów ani ust,
żadnego zdarzeń apogeum,
było liceum, jest liceum,
no i nic nie ma, prócz liceum :).

Tak się dzisiaj trochę czuję. Może dlatego nie uczę się do matmy. Bo nie mogę się zdecydować czy…
a) mus z mojego mózgu zjadła żyrafa
b) wzięli mój mózg i przepuścili przez magiel, jakoś w międzyczasie, tak, że nie zauważyłam
c) po prostu 2-godzinne sprawdziany z polskiego robią ludziom krzywdę

Aha, z dwóch opcji wyszło, że będę miała więcej zabawy niż wolnego – dostałam się do 2. etapu olimpiady polonistycznej. W takich momentach żałuję, że nie jestem np. w LO VII albo LO III, bo tam istnieje, kurczę, coś takiego, jak urlop naukowy.

A tak w ramach manifestu – oznajmiam wszem i wobec, że moją firmą, moją sektą i moją pracą jest Zawisza. Jest i pozostanie jeszcze trochę. Bo… Skoro po napisaniu sprawdzianu – bomby (który, jak już doszliśmy do wniosku, niszczy człowieka) jestem w stanie z radością przebywać pośród tych ludzi, to coś znaczy. To znaczy nawet dość dużo.

Relacja z zzz-tu – wkrótce. W końcu idą ferie.
Relacja z… zimowiska? zbiórki? zbiórki drużyny… joder – przepraszam, ale i tak nikt nie zrozumie 😛 – dużo tego trochę.

Ale cóż – no work, no fun. A zresztą to nie work, tylko fun, więc nad czym się tu zastanawiać?

“Oto leżący, przed nami śpiący w płomieniach Jezus mały” / “Bracia, patrzcie jenot!”

Witam, witam i o zdrowie pytam. Nieważne, że nie. Ładniej brzmi takie rymowane.

Chciałam donieść, że święta minęły szczęśliwie, radośnie i aktywnie. Bałam się nudy – bo nie ma nic gorszego, niż kiedy masz czas, a nie masz co z nim zrobić…

A tutaj…

– w sobotę czekało mnie radosne spotkanie z matematyką na uniwerku – 2. etap KOMY. Posłuchałam, pokiwałam ze zrozumieniem głową, chociaż ani ja, ani Gocha niemalże nic nie ogarnęłyśmy, a potem napisałam. Z taką samą liczbą punktów wylądowałyśmy w połowie stawki.

– w niedzielę msza szczepu. Zimno było, ale fajnie. Renio dopisał – przyszła Patka i Wiki – pozytywnie :).

– w poniedziałek Dominika zaciągnęła mnie na roraty – potem w kuchni została sama Zawisza (Dominika, Karolina, Marta i ja), więc śpiewałyśmy wszelkie możliwe hity (Hosadynę trochę głośno, ojcowie piętro wyżej musieli posłuchać :P), a potem poszłyśmy z Karoliną po nóż. Tak. Jakieś pytania? Święta się zbliżały w końcu.

– we wtorek ubieranie kościelnych choinek – inaczej się na nie patrzy, jak się widzi oczyma duszy to wieszanie gwiazd betlejemskich i Darka na wysokiej drabinie, wieszającego kijem światełka – najwyżej jak się da

no i przytachanie do domu własnej 😉 tzn. tata tachał, a potem w wigilię rano ubierałam 😛

– środa – no to wigilijnie 😉

– a potem już nie pamiętam tak dzień po dniu. Byliśmy z rodzicami na spacerze w parku, w Sylwka z kuzynką w kinie, potem z tatą w afrykarium, na podwieczorku u dziadków…

Wczoraj Arancha nas zaprosiła na imprezę Trzech Króli w księgarni hiszpańskiej w centrum. Było dobrze. Armando się do nas dosiadł, się gadało, się śpiewało kolędy. Się tańczyło trochę. Kocham, jak mnie otacza hiszpański. W dowolnej formie. A tam było bardzo hiszpańsko – buli Hiszpanie, był Roscón de Reyes – takie ciasto drożdżowe, które Arancha upiekła… była hiszpańska muzyka, rozmowy po hiszpańsku o wolontariacie w Hiszpanii, studiach w Hiszpanii i transmisja pochodu trzech króli z Madrytu :).

Dziś Orszak, spotkanie opłatkowe oazy… Na bogato w te święta. Oprócz tego, że spędziłam je również w towarzystwie mojej kochanej (hiszpańskiej, a jakże) olimpiady. No i posprzątałam na błysk pokój i pocerowałam wszystkie ubrania.

No i… nauczyłam się grać na pianinie Imagine! 😀 A teraz męczę Eltona Johna z “Can you feel the love tonight” – nieważne, że ogarniam ledwo dwa pierwsze takty, ale już się tym cieszę jak dziecko!

Przepraszam, wiem, że chyba średnio was obchodzi, co robiłam :P. Ale lubię pisać. Chociaż jak teraz próbuję z felietonem, to jak raz nie idzie…

Dobrego nowego roku.
A kto zgadnie, czemu Dobrego Nowego Roku jest mniej optymistyczne? 🙂