Nigdy nie ufaj rozkładom jazdy, czyli przedobozowa ZZZ 2DW

Obóz coraz bliżej i bliżej… A to, jak bardzo blisko, uświadomiłam sobie w ostatni weekend

na biwaku. Odrobinkę mnie to przeraziło, bo dotarło do mnie, że z przygotowaniami

do wyjazdu trzeba się zacząć mocno sprężać :). Właśnie dlatego w ten weekend, nieco

zawirowanym składowo, ze względu na wzgląd, ZZ-tem udałyśmy się do Szczytnej na mały

przedwakacyjny rekonesans.

Kiedy wysiadłyśmy w Kłodzku, czekała nas pierwsza tego dnia PKP-niespodzianka. Okazało

się, że pociąg, który miał nas dowieźć do celu, nie przyjechał i nie miał takiego najmniejszego

zamiaru. Co prawda coś się niby na peronie o wskazanej godzinie pojawiło, ale że jechało

teoretycznie do Kłodzka, a praktycznie z niego wyjeżdżało, to zdążyło odjechać, zanim

wpadło nam do głowy, że być może było nasze :). Przeczekałyśmy zatem w mieście naszego

zeszłorocznego zimowiska nieco ponad godzinę, śpiewając hiszpańskie, i nie tylko, hity

tudzież zastanawiając się, co właśnie dzieje się z zostawionym w pustym basiowym domu

garnkiem po parówkach, jeżeli jednak nie wyłączyła gazu… Potem już bez problemu

dotarłyśmy do Szczytnej, a następnie na wzgórze, na którym mamy spędzić część wakacji –

Szczytnik.

Miejsce okazało się wyjątkowo piękne, tylko we znaki bardzo dawały się mrówki,

szczególnie jeśli się było w sandałach. Pokręciłyśmy się trochę po szczycie i w końcu każdej

zastępowej (no i kraalowi) udało się znaleźć miejsce dla siebie. Zobaczyłyśmy też, gdzie

będzie nasza kaplica (kamienny krzyż był tam stałym elementem krajobrazu, co dodatkowo

budowało jej klimat). Po rozplanowaniu innych konstrukcji obozowych zabrałyśmy się za

robienie obiadu.

Wszystko fajnie, ale niestety doświadczenia z biwaku niewiele nas nauczyły i tym razem

również nie wzięłyśmy oleju :P. Okazało się też, że tak, owszem, możemy zrobić mizerię, ale

z pomidorów (przyprawiona sałatka wyszła super 😉 ).

Po zjedzeniu przyszedł czas na sąd honorowy podsumowujący pracę drużyny w bieżącym

roku. Ponieważ nie zostało nam na górze już nic więcej do zrobienia, czas pozostały do

planowego odjazdu pociągu postanowiłyśmy spędzić na dole, na lodach.

Ale żeby przygód z koleją nie było czasem za mało, kiedy dotarłyśmy na dworzec, okazało

się, że tego pociągu, który miał jechać do Kłodzka (o który Basia nawet dzwoniła na infolinię

zapytać i jego istnienie i kurs zostały potwierdzone…) nie ma. Jest późniejszy. Ale sporo

późniejszy. Hempf… Próbowałyśmy jeszcze poszukać trasy zastępczej, wykorzystującej

nieco inny środek transportu, ale PKS również nie był chętny tego dnia do przyjazdu (też nie

wiem, czy literka przy nim oznaczała, że w weekendy nie kursuje, czy spóźnił się tyle, że ze

złośliwym śmiechem minął nas, kiedy wracałyśmy, odrobinkę zrezygnowane, na dworzec

kolejowy).

Umiliłyśmy sobie czekanie paroma twórczymi grami (w których Nati była zdecydowanie za

dobra :P), drogę powrotną klasycznie – rozmową, snem, zaliczaniem sprawności i

ogarnianiem życia ;). W końcu, chociaż trochę później, niż było w planach, dotarłyśmy do

Wrocławia.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: