O nieboszczyku, którego nie było

Zanim zacznę, to chciałam się pochwalić, że za opisanie tej zbiórki szczepu na krótkim speechu na angielskim dostałam szósteczkę :).
Dobrze. Teraz mogę zacząć.

To było tak…
Miałam poczucie niedoczasu. Wielkiego. Czyżby jak zawsze?… Bo koniec roku. Bo obóz. Bo brak przygotowanego czegokolwiek na obóz. Bo sprawdziany wciąż. Bo się dzieje za dużo i wcale nie tak, jak bym chciała.  Bo nadchodzi armagedon… Co należy wtedy zrobić, według najświętszego prawa Szarty Mubert? Zrobić tak, żeby czasu na wszystko było jeszcze mniej, czyli spędzić dzień z harcerzyma :P.

Dzięki Panu Oćcu byłam na Biskupinie o 8.30, poszłam do Biedronki po zakupy, a potem (ponieważ zapomniałam o najważniejszym – obiecanych zastępowi czekoladach) jeszcze do innego osiedlowego sklepiku. Od przed dziewiątą siedziałam sobie już pod Rodziną, czekając na resztę ZZtu.

Przyszła Basia. Kaja i Nati miały dojechać później. Przyjechała Zosia. Druga Basia (która władała kluczami do harcówki) napisała, że zaspała i mamy nie czekać.
No to nie. Nie tym razem, to innym. Poszłyśmy sobie pod Faustynę, gdzie powoli zaczynał zbierać się szczep. Zanim się zaczęło, zdążyłyśmy się już prawie wszystkie ze wszystkimi przywitać i wszystkie o niemal wszystkim poopowiadać. Naprawdę nie wiem, jak to jest, że przewodniczki zawsze o wszystkim wiedzą… 😛

A, nie napisałam o nieboszczyku… 😀
Jak tak sobie siedziałam i czekałam, to przyjechał karawan. Zatrzymał się pod kościołem i czekał. Czekał, aż ludzie zaczną się schodzić na mszę… Ale mszy nie było. Ksiądz o żadnej nie wiedział. Zainteresowani nie odbierali… No a kościół na Monte Cassino jest jeden, więc nie bardzo ten karawan z wesołą załogą wiedział, co ma ze sobą zrobić :P.

Po apelu smutna prawda, dotychczas ukrywana skrzętnie przed zastępem stała się ciałem. Zosiak, jako gigadziecko z tropicielką i sześcioma sprawnościami po 2 latach w drużynie na obozie (i przed obozem, co logiczne) będzie zastępową zastępu Sarna. Da radę. Ale, jak sama mówi “przyklo”…

Oczywiście na apelu, ze względu na mój hodowany przez przegrzanie styków nieogar, stanęłyśmy sobie na odwrót. Gdyby nie oznaczenia na mundurze, to byłabym czołową Wiktorii :P.

Wracając: po apelu Zosia dostała rozkaz od Królowej Kier. Rozkaz, mianujący ją szefową korpusu “Kier”, działający ze skutkiem natychmiastowym.

Renio zdezorientowany. Patka (drugie gigadziecko, z prawie tropicielką i pięcioma sprawnościami po roku w drużynie :D)  z uśmiechem stwierdza, że oddaje się pod rozkazy dowódcy korpusu “Kier”. No i moje słowa. Które zabrzmiały wyjątkowo niefajnie. Bardzo niefajnie.
“Jesteśmy w korpusie Karo.
Korpus Kier to zastęp Sarna.”
A potem jeszcze tylko kilka słów wyjaśnienia.
Potrzebna była ta czekolada… Cóż, reakcja była trochę inna, niż się spodziewałyśmy. Według planów Patka miała Zosiaka zabić na miejscu. A tak musiałam ją tylko wyprzytulać za wszystkie czasy. Ona mnie zresztą też… usługa była wzajemna :P.

Właśnie dlatego na Z wysłałam Wiki. Zaczynała się gra. Każdy zastęp “dostał” szóstkę, każda szóstka “dostała” zastęp. Renio akurat tę brunatną :). Miałyśmy porozwiązywać zadania i dojść na Opatowicką.
No to… chwilkę porozwiązywałyśmy na miejscu, a potem ruszyłyśmy.

Na wyspie przyszedł czas na apel ewangeliczny, a potem na gotowanie obiadku.

Renio ogarnia. Jestem dumna :).
Jestem też dumna z szóstki brunatnej, która przynosiła patyczki, których nigdzie nie było… No i z siebie, że rozpaliłam ognisko. Nawet nie wiecie, jak ja szczerzę nie cierpię tego robić :D.

Gotowanie poszło sprawnie. Co prawda i tak twierdzę, że nie zrozumiem ludzi, którzy dodają cebulę do mizerii i obierają pieczarki (ja nawet nie umiem tego zrobić… :P), ale wyszedł nam bardzo dobry sos (no bo mamy bardzo dobrego kuchcika) i w ogóle.

Po obiadku zaczęłyśmy się zbierać na SH. Będziemy mieć w zastępie super dzieci – Martę i Milenę. I bardzo się cieszę, że Renio też się cieszy. Bo zaczynałam się pod koniec SH bać, że wzięłam niewłaściwe :P.

A wieczorem jeszcze tylko park linowy!
Nie ma to jak po przejściu średnich tras porwać się na jedną z trudniejszych, ale nie ogarnąć, że nie są na tym samym poziomie trudności i pójść na bardzo trudną, zamiast na trudną normalnie… Ale była jazzzda :).

A dzisiaj jeszcze spotkałam się z Werką. No.
I ze względu na bardzo przegrzane styki odpuściłam sobie 4 pierwsze lekcje… 🙂
Czuję się wyspana. Naładowana. No i naładowana :).

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: