Bardzo śmieszne…

Tak, mniej więcej właśnie tak zaczęłam ten obóz. Bo co Martusia zakodowała sobie w głowie? Wyjazd 6.45. Zbiórka 6.45. I nieważne, że wbijałam ludziom do głowy na pakowaniu sprzętu – “Bądźcie o 6.30”. Skoro wyjazd 6.45, to zbiórka 6.45. Proste.
Swoją pomyłkę uświadomiłam sobie o 6.10, wciąż będąc w domu. Stwierdzenie w tym momencie, że na 6.30 chyba jednak nie zdążę, było bardziej niż oczywiste, tym bardziej że z osiedla wyjeżdżałam o 6.27…

Okazało się, że nie musiałam się nawet zbytnio śpieszyć, ponieważ nasz busik również postanowił się spóźnić nieco ponad godzinę. No i zresztą ja też nie byłam ostatnia. W międzyczasie pojawił się w okolicy transport reniferowy – jakiś wybitnie biało-brązowy van, ale niestety nie zatrzymał się, żeby dowieźć nas do celu.

W końcu wsiadłyśmy – pomimo wczesnej pobudki już chyba nawet całkiem obudzone. Po 10 minutach stania w korkach zaczęłam żałować, że jednak nie wzięłam ze sobą “Stu lat samotności” z przeuroczą dedykacją od Wiśniak. Wiedziałam, że na obozie i tak nie będę mieć kiedy jej czytać, ale w tym momencie nudziłam się tak bardzo, że kiedy Patka zaproponowała mi podarcie kartki i posklejanie jej z powrotem, z ochotą przystąpiłam do dzieła, szczególnie że miałam ze sobą i karteczkę i klej. Kiedy stwierdziłam, że to jednak wcale nie jest takie proste, jak się wydaje, udało nam się już opuścić korki.

Jedyna ciekawostka, jaka pojawiła się w czasie drogi, to tylko telefon od dyrekcji, której jakimś cudem wykasowały się skany wszystkich moich dyplomów i krótki postój, który bynajmniej nazwą do formy nie pasował.

Szczytna. Po chwili udało nam się odnaleźć – miesiąc po zz-cie już ledwo pamiętałyśmy, co miało być gdzie. Zawiązana na drzewie sznurówka wskazała mi miejsce na naszą platformę. Przed zaczęciem czegokolwiek trzeba było jednak przynieść z auta sprzęt. Tak. Kuchenki. Dychy <3. Skrzynie <3. Trasą prozdrowotną – trochę pod górkę, troszkę z górki. Po tym noszeniu perspektywa tachania żerdek zza kaplicy już nie wydawała się taka lajtowa jak w czerwcu. Kiedy okazało się jeszcze, że żerdzi jest po 10, przez głowę przemknęło nam “hm… eurojam?”. Ale na szczęście, jako że Basie jest ogarniętym człowiekiem, faktycznie okazały się one na tyle długie, że mogłyśmy zrobić z nich wszystko, co nam przyszło do głowy, nie przejmując się brakiem drewna :).

No i tak budowałyśmy. Niektóre żerdki wagą przypominały młodego słonia, więc po paru nieodzownych – ze względu na platformę – kursach z takowymi postanowiłyśmy je kroić na miejscu. Już pierwszego dnia – z czego również byłam zabójczo dumna – powstał prysznic, w którym już pierwszego dnia można było się umyć :). Przywiesiłyśmy też symbolicznie pierwsze żerdki na platformę i przyniosły większość tego, co trzeba.

Aha – jadę na oazę :P. To też była rozkmina kilku poprzednich dni, kilku następnych zresztą też, ale jest, co jest ;).

Następnego dnia rano zaczął się też budować ołtarz i w ogóle cała kaplica.
Również w środę nasz namiot powędrował na górę platformy i mogłyśmy spędzić pierwszą noc na pryczach.

Czas na pionierkę był do czwartku, kiedy skończyłyśmy stół, przy którym (w końcu, po 3 latach) dało się normalnie siedzieć. Zbliżamy się do ideału ;). Kończyłyśmy wtedy wszelkie możliwe półki i półeczki (próbując przepiłować żerdkę w pionie, co ostatecznie zrobiła za nas piła mechaniczna taty Oli :P). Zawiesiłyśmy hamak, zawiesiłyśmy huśtawkę, zawiesiłyśmy ptaszki, napis na bramie i nasze kółeczko obowiązków i było dobrze. Nasze obozowisko było słodkie, malutkie i bardzo przytulne, zewsząd poograniczane wszystkim. Ogradzać go za bardzo nie musiałyśmy – robiły to za nas sznurki na pranie, półka na naczynia i plecaki.

Na roboty budowlane został przeznaczony dodatkowo początek piątku – w założeniu miałyśmy wtedy skończyć drewniane kuchenki (tak, żeby każdy zastęp miał swoją, bo w końcu nie udało się w harcówce odkopać dla nas czwartej). I tak przez cały obóz gotowałyśmy na trzech, a drewniana została użyta może raz. Byłaby przecież spora impreza z podziałem palników. Zastępów 5, palników na metalowych kuchenkach 6, a na drewnianych 4. No to weź tu teraz człowieku dziel. Skoro dawałyśmy radę na metalowych, to tamtych nie trzeba było ruszać.

Zastanawiałam się tylko, czym musiałby się zacząć obóz, żebym była zadowolona. No bo pojechałam nastawiona trochę dziwnie. Jest obóz. No więc oczywiście, że jadę. I będzie fajnie i chcę i w ogóle. Ale wiem i czuję, że jestem stara i jakby powoli przestaje mnie to bawić, bo zasadniczo to ja chcę do czerwonej. No i pionierka jak pionierka, ale czułam taką wewnętrzną demotywację do wszystkiego innego, że aż mi było mnie samej szkoda…

A tutaj – niespodzianka. Część właściwą obozu – oprócz apelu, oczywiście – zaczęłyśmy warsztatami poprzedzającymi bieg na stopień. I moje ja ucieszyło się bardzo, bo jako pionierka mogło razem z innymi pionierkami porobić przez chwilę coś innego niż wszyscy ;). Każda z nas – tj. Kaja, Nati, Ania, Basia, ja i chyba Hania też, chociaż tego nie jestem pewna, dostała “swoje” zadania, których miała uczyć. Z niektórych wszystkie cisnęłyśmy ostro – jak chociażby 20 węzłów, które w prezencie od losu dostała Kaja, czy właściwości lecznicze 10 warzyw i owoców Ani. I tak wyszło śmiesznie, bo ze wszystkich moich zadań najpopularniejsza okazała się Bogurodzica, którą siedziałam i śpiewałam w kółeczko i raz dokoła, raz dokoła. Bo uparłam się, że ludzi jej nauczę. I chyba większość w końcu zniechęciłam do nauki xD. Ale Basia w większości idealnie trafiła z zadaniami. Przynajmniej ja dostałam takie, w których wciąż (:P) byłam oblatana ;). Albo nie tyle to, co po prostu dostałam do zaliczania innym te, które mi się wyjątkowo spodobały. Taka kilkusetstronicowa książka o służbie harcerek w czasie powstania – zapoznasz się ze służbą, jaką pełniły harcerki. Tylko tutaj bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo żałowałam, że  mam im to podpisywać bez przeczytania książki. Bo jest genialna. A jak ludzie nie będą mieli motywatora w postaci zadania, to mało kto ją przeczyta. A to wielka, wielka, wielka, wielka, wielka szkoda. No ale już.
Uważam, że to było w ogóle bardzo mądrze zorganizowane, bo w piątek uczyłyśmy tego, co w sobotę miałyśmy zaliczać. W piątek też na drzewach wisiały rozwiązania zadań – ale chyba nie muszę mówić, że w sobotę zniknęły ;).

Wieczór klasycznie – pierwsze ognisko, rada drużyny… Pierwsze warty, na które wszyscy się wybitnie cieszyli <3. I tak w większości obsadzone przez zastępowe :P.

A rano, już po rozgrzewce, śniadanku i całej reszcie reszty (pobudka 6.57, rozgrzewka 7.03, apel 7.30) przyszedł czas na biegu na stopień część właściwą. Tyle tylko że… Kraala było więcej, bo rano dojechały Dominika i Doris. One więc już przejęły na siebie część zadań. Ale to nie zmieniło faktu, że Bogurodzicę tego dnia też śpiewałam w kółko ;).
Następne w kolejce czekały nas ziołowe warsztaty Charta. I trochę smutek, bo niezbyt mogłam brać w nich udział, musząc ogarnąć do końca nasze Reniferowe, które miały być tuż potem. To znaczy nie całkiem tuż. W międzyczasie była jeszcze Msza Święta ;).
W każdym razie – uszami słuchałam o skrzypach, rumiankach, poziomkach i innych darach lasu, a oczami śledziłam przepis na moskole :). Po części teoretycznej, czyli dopasowaniu ziółka do zdjęcia, przyszedł czas na praktykę, czyli przygotowywanie wywarów, odwarów, sałatek, okładów i Chart wie, czego jeszcze.

A my… zrobiłyśmy obozowego master-chefa. Każdy zastęp miał do przygotowania moskole – góralskie placuszki ziemniaczane z kwaśnym mlekiem. Ale dodatki były inne – opcja na słodko – ze śmietaną – albo na słono – z sosem lub masłem czosnkowym.
Słabym punktem było to, że trzeba było najpierw ugotować ziemniaki, a potem jeszcze czekać, aż ostygną, więc w środku warsztatów zrobiła się dziura, polegająca na siedzeniu i czekaniu… Ale za to potem, kiedy wszyscy się zebrali w świetlicy, to jedliśmy z wieeelkim apetytem i placuszki poznikały. Lepsze było to, że szacowałyśmy, że wyjdzie tak po 2-3 na osobę. A biorąc pod uwagę wielki głód, który zapanował ze względu na późniejszą niż zwykle porę obiadu, to wcale nie była fajna opcja. W końcu każdy zjadł placków po 6-7. I nawet zostały jakieś niedopieczone niedobitki…

Po obiadku już klasycznie – sjesta, potem czas na scenki i kolację. Tylko że tym razem miało nie być ogniska, a pochodnisko. Dlaczego? Ściółka w upale odmawiała współpracy i zalana dokładnie 2 pięciolitrówkami wciąż się jarała, stwarzając zagrożenie pożarowe… Więc na jakiś czas musiałyśmy się pożegnać z ogniem palonym na ziemi, pomimo bardzo ładnego obkopania ogniska przez Księdza.

Na następny dzień zaplanowana była pielgrzymka i (dość wcześnie, prawda?) odwiedziny rodziców (przypadek?). No więc ruszyłyśmy do Polanicy. Renifer prowadził śpiew. A że Martusia jest głupia, to przez większość obozu wychodziło tak, że jeśli coś prowadzi Renifer, to prowadzi to Martusia (no dobra – śpiew. Bo czytania dziewczyny brały. I psalm nawet raz też 🙂 ). Nie dałam się dzieciom wykazać :C. A śpiewnik Mery i inwencja piosenkowo-religijna Mery bardzo by się przydała, gdybym jej dała dojść do głosu. A dopóki miałam pomysły sama, to nie dawałam. A potem doszłyśmy na miejsce :P.
Śmiesznie było, bo mniej więcej w połowie drogi miałyśmy zacząć różaniec. Przeszłyśmy jakiś bardzo mały kawałek trasy, po czym Nati się zatrzymała – bo połowa drogi jest już. Tak, trzeba przyznać, że pielgrzymka była dość krótka :P.

W Polanicy rozłożyłyśmy się w Parku Zdrojowym. Zostało jeszcze trochę czasu do Mszy, więc ludzie sobie usiedli, wyjęli jabłka, wodę, słodycze i przez chwilę byli bardzo szczęśliwi. Aż tu nagle… nadeszło niespodziewane. Po może 10 minutach postoju nagła spina. Musimy wstać. Iść. Już. Teraz. Natychmiast. Właściwie nikt nie wie, dlaczego, ale musimy. Bo zmiana planów. Bo… po chwili Dorota oznajmiła, że w wakacje zmienili godziny Mszy i ta nasza zaczyna się za chwilę.
No więc z ciastkami w ustach (pozdrawiam serdecznie post eucharystyczny) wstałyśmy i poszłyśmy. Za najbliższy róg, gdzie czekał już nasz Kraal, który ustawił nas w kolejce po lody :).

Msza  była normalnie. Tylko pojawił się lekki nieogar. Bo kiedy rozmawiałam sobie z organistą i dogadywałam melodię psalmu, to on się zupełnie nie przejmował tym, że z chóru słychać go na cały kościół :D. A miejscowy ksiądz, którego pytałam, czy mamy czytać z wyższej ambonki, czy niższej ambonki mówił, że z wyższej, po czym kiedy już do tych czytań wyszłyśmy, okazało się, że lekcjonarz jest JEDNAK, jak chyba zawsze, na niższej. Pozdro…
Ciekawostką dnia była jeszcze mdlejąca Hania, summa summarum odwieziona do szpitala i powrócona na obóz, bez poważniejszych konsekwencji, jeszcze tego samego dnia.

Rodzice zjeżdżali się różnie. Część z nami szła już z obozowiska (a trasa była fajna – szczególnie jak się gadało z przewodniczkami <patrz HR i prawie HR> o młodej drodze 🙂 ), część doszła na Mszę, część na po. Więc my grzecznie piechotką (ale że z Dorotą na czele, to niezbyt spokojnym tempem) ruszyłyśmy (bez Basi, która z Hanią do szpitala) w drogę powrotną, a rodzice ruszyli w podobną, samochodami. I stwierdziłam po raz kolejny, że to jest jednak dziwne, kiedy nauczyciel przyjeżdża do ciebie na obóz. Nawet jeśli wiesz, że nie przyjeżdża do ciebie, tylko do swoich dzieci, to i tak jest dziwne. A jeśli jeszcze z tobą gada, bo się lubicie, to jest dziwnie, ale fajnie :). Oj tak, jej ze rok będzie mi na pewno brakować.

Ale, ale… Ale było kilka. Pierwsze ale objawiło się, kiedy poszliśmy po wodę. Było grzmotem. A ja (nadmieńmy, że z niezabezpieczonym namiotem, na którego zabezpieczenie nie miałam absolutnie pomysłu) naiwnie liczyłam na to, że do końca obozu nie będzie padać. Więc po powrocie do obozowiska, przy rodzicowym współudziale, zaczęło się przewiązywanie namiotu tak, żeby w razie czego nie padało do środka.

Drugim ale był obiad. Obiad, na który dostałyśmy tyle samo składników, co zawsze, mając do wyżywienia 9 osób więcej. Bo zrobił się nieogar zmasowany – Basi nie było, bo była w szpitalu z Hanią, Hania nie ogarnęła, kuchcik też nie ogarnął, że ludzi więcej. Ja zaczęłam szukać menażek i misek dla wszystkich, na już gotowy obiad, po czym się okazało, że ok, naczynia dla wszystkich są, ale z jedzeniem jest gorzej. A że rodzice mieli teoretycznie możliwość zostania do wieczornego ogniska, no to fajnie, ale o pustym żołądku raczej nikt nie miałby na to ochoty…

Nakarmiłyśmy zatem siebie i młodsze rodzeństwo. Potem tylko poprosiłam dziewczyny, żeby się zorientowały, jak długo rodzice chcą zostać i czy zostaliby dłużej, gdyby udało nam się zrobić dla nich obiad, a Hani zapytałam o jakieś dodatkowe jedzonko. Koniec końców dostali po kawałku ciasta, które przywieźli rodzice Hani.

W ogólnym bieganiu i spinie z poprawianiem namiotu (który w końcu był gotowy na deszcz) i ogarnianiem życia, Wiśniak się udało mnie złapać i zamienić parę słów :). Poczta Polska się ogarnęła – dostałam to, co miałam dostać w czerwcu – śliczny ciasteczkowy wisiorek i kolczyki. No i zdobyłam też świeżutkie informacje dotyczące tego letniego projektu, na który w końcu nie jadę i indywidualnych toków nauczania z hiszpańskiego w przyszłym roku.

Ej, ale serio. Jak oglądałam dzisiaj zdjęcia, które tata robił, to miałam przez całą niedzielę minę pod tytułem “analizuję problem, rozpoczynam działanie”. I żeby tak było przez chwile, to okej, ale mam taki wyraz twarzy na prawie wszystkich zdjęciach xD. Może dobrze, że pojawiła się ta niedziela, żeby choć trochę odpocząć ;).

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: