Bracia z Marsa / Ja i moje zdolności topo… /Sarna w Biedronce

Po pielgrzymce przyszło, zwykle dłuuuugo wyczekiwane, tym razem wcześniejsze, więc i wyczekiwane nieco krócej explo. Pisałam już, jaka była zabawa, przy znajdowaniu miejsca na nie?

Otóż na zz-cie, w drodze na Szczytnik, zapytałam niewinnie Basi i Hani, czy mają już może jakieś ładne miejsca na explo. A kiedy one zaczęły się równie niewinnie śmiać, stwierdziłam filozoficznie i głęboko – aha. Na górze okazało się, że moje filozoficzne “aha” miało pełną rację bytu. Miejsca na explo miałyśmy sobie znaleźć same. Pozdrawiam. To znaczy spoko, zgodziłam się, myśląc nie więcej niż “hahahahahahaahahahahahahahahahahaahahahahahahahahaha, tak, pozdro, na pewno się uda…”.
Zabrałam się za poszukiwania krótko po powrocie. Wypisałam wioseczki, w których był kościół. To znaczy na początku wypisałam wioseczki, których było kilkanaście. Potem kościoły, które z tych kilkunastu pozostawiły 3. 3, które konsekwentnie nie odbierały, kiedy już w końcu, gargantuiczną siłą woli zdecydowałam się tam zadzwonić.
W ostatnim tygodniu przed obozem zaczęło się robić gorąco. Bo czasu coraz mniej, a miejsca jak nie było, tak nie było dalej.
No więc zaczęłam szukać i dzwonić na poważnie, odrzucając już argument, że się boję i nie. Nie było na takie cackanie się już za bardzo czasu, tym bardziej że Koszatka, która zaczęła szukać później, już znalazła. I zła byłam na siebie niebotycznie, bo chciałam zapytać Rząsin, gdzie były na explo. I gdybym była (tak bardzo czas zaprzeszły :P) napisała na początku, to niejaka zastępowa Skowronka podpowiedziałaby mi Wambierzyce ZANIM zaklepała je Koszatka… Mądra Martusia po szkodzie – musiałam szukać dalej.

No i kilka parafii odesłało mnie na drzewo. Co było pewnym doświadczeniem, a że nie najmilszym, to inna sprawa. Ale zacięłam się jak nienaoliwiony zamek, że NIE zadzwonię do franciszkanów. Bo NIE zadzwonię, bo NIE. Bo mamy się zmieścić w określonej kasie, a oni mają na stronie podaną kasę większą. Więc nie ma opcji. I nie. Bo nie. I NIE. No więc dzwoniłam wszędzie indziej.

I myśląc, że dzwonię do parafii św. Franciszka i św. Leonarda, która z domem gościnnym franciszkanów nie ma nic wspólnego, zadzwoniłam do domu gościnnego franciszkanów. W czym zorientowałam się, kiedy ksiądz, który odebrał, powiedział, że zobaczy, jak z pokojami i że mam zadzwonić po 13.00, kiedy będzie pani z recepcji. Chwila… Recepcja i pokoje w parafii?! Uojojojojoj…

Tutaj zaczęła się zabawa. Bo Martusia przed 13.00 doznała ataku paniki. I zacięła się jeszcze bardziej spektakularnie, tym razem jak zapieczona śruba, twierdząc, że teraz to ona tym bardziej nie zadzwoni, bo gdzieś, gdzie mają podane ceny, ona chciała się wbić z radosną ferajną za “pomalowanie trawnika i skoszenie płotu”…

Po gwałtownej utracie panowania nad własnym ja, która, choć z problemami, ustała przed 14.00, stwierdziłam, że zadzwonić jednak trzeba. Zadzwoniłam. Załatwiłam. I byłam przeogromnie ulżona. I stwierdziłam, że za to lubię Ducha Świętego. Znalezienie miejsca tam, gdzie od początku się zaparłam, że nawet nie będę dzwonić… Przypadek? No właśnie.

Rano spakowałyśmy rzeczy, odmeldowałyśmy się u Basi i razem z Sarną ruszyłyśmy w drogę. I ujawniło się, że na topografkę bardzo, bardzo, bardzo nie pasuję. Ogółem to na trasie pytałyśmy o drogę kilka razy. I zwykle, kiedy byłam jej pewna, okazywało się, że bardzo dobrze, że spytałyśmy, bo iść trzeba w stronę zupełnie odwrotną.
Trasa w każdym razie była bardzo malownicza. I gdybym szła nią sama <tak, na explo uruchomiła mi się bardzo silnie potrzeba chociaż odrobiny samotności>, to byłoby jeszcze przyjemniej. W każdym razie Renifer zachowywał się naprawdę bardzo przyzwoicie. Dziewczyny szły na początku, nie marudząc i w ogóle to byłam z moich dzieci dumna :D. Nawet przy superstromym podejściu nie marudziły :).

Supergłodne dotarłyśmy do Dusznik, zostawiając Sarenkę na drodze do Schroniska pod Muflonem. Tam (chwała Panu, że Martusia postanowiła jednak sprawdzić, do którego kościoła idziemy) wkrótce znalazłyśmy Franciszkanów. Którzy najpierw napędzili mi stracha, mówiąc, że nie ma miejsca, a potem zaprowadzili nas do bawialni ;).

A w bawialni właśnie dwóch panów wstawiało klamkę. Taaaak, explo Renifera nie jest explo Renifera bez 1) dziwnych facetów, 2) odpałów Mery. W każdym razie faceci w wieku lat dwudziestukilku. Zaczęliśmy rozmawiać, skąd my, co my, jak to u nas wygląda. No i po stwierdzeniu, że w sumie to wszystko ogarnia nasza drużynowa, która jest tak… 2 lata starsza ode mnie, gościu zapytał “Aha. Czyli 25?”. Podziękowałam mu serdecznie, a on na to z radosną głupawką “No to dowaliłem…”. Po czym oznajmił jeszcze, oceniając wiek reszty, że chyba Patrycja jest najstarsza, zaraz po mnie.

Zabrałyśmy się i poszłyśmy do pizzerii, gdzie ser ciągnął się na, dosłownie, kilkanaście metrów (tyle nam się udało osiągnąć. Zapewne dałoby radę więcej…). Potem wróciłyśmy jeszcze do naszej bawialni, bo po trasie, która wcale nie była taka krótka, jak być miała, a poza tym była pod górę i była w upale, byłyśmy wybitnie padnięte.

Okazało się w międzyczasie, że ze Schroniska pod Muflonem Sarna została wyrzucona lotem koszącym, bo bez dorosłego opiekuna, to one sobie mogą iść. U nas nie było jak ich upchnąć. Ostatecznie znalazły miejsce u elżbietanek.

Potem zebrałyśmy się do Zdroju, żeby przynajmniej zacząć robić zadanka. O 19.00 musiałyśmy tylko wylądować na mszy. A to też było ciekawe… Stwierdziłam, że dobrze by było, żebyśmy chociaż zahaczyły o służbę liturgiczną. Ale zastęp nie podzielał mojego entuzjazmu, więc wzięłam służbę liturgiczną pod postacią czytania sama :P. Mniej więcej o 18.50 weszłam do zakrystii, chcąc zapytać, czy możemy. Nikogo nie było, bo chyba jedyny obecny ojciec chwilę wcześniej zniknął w konfesjonale. No więc kiedy usłyszałam o 18.55 głosy, to stwierdziłam, że teraz już tam ktoś chyba jednak jest. I poszłam zapytać jeszcze raz. Dialog poniżej:
-Szczęść Boże, przepraszam, czy my byśmy mogły wziąć czytanie?
-Tak. Tak, tak, chyba tak. Ale… proszę jeszcze przyjść za chwilę zapytać, bo my też nie jesteśmy stąd. My też jesteśmy z Marsa.
Aha. Okej. Pozdrawiam “przyjście za chwilę”, jeśli za chwilę, a nawet za chwilę ma się zacząć msza. Ale ojciec miejscowy również potwierdził, że czytać możemy :).

Po Mszy ciąg dalszy zadań, a wcześniej kolacja i rozmowa z takim jednym czadowym bratem. W ogóle trafiłyśmy do tego domu, kiedy było w nim multum braci na rekolekcjach przed ślubami. No i bardzo miło się z nimi rozmawiało. Serio. I tylko Mery temu jednemu uświadamiała, że chart to taki pies C: .

A w Zdroju Patka uwodziła ludzi swoim nieodpartym urokiem osobistym. Kwiatki z rozmów z ludźmi?

-A co wy tak chodzicie umundurowane? Co to, jakieś święto jest?
-Nie no, my normalnie chodzimy w mundurach, a teraz jesteśmy w Dusznikach, bo mamy taki zwiad…
-O, ja też kiedyś byłam w harcerstwie…
-<zwietrzywszy okazję> O, to świetnie! To może Pani mi powie…
– Nie, nie, nie. Ja właśnie do kościoła idę.

Uhm. Dość gwałtownie się do tego kościoła zebrała. A była jedną z naprawdę nielicznych osób, które mogły wiedzieć cokolwiek o Baden-Powellu. To było jedno z zadań na explo. A ludzie nie wiedzieli nic. Tak centralnie nic. Nic nic. Nic null. Nic zero :/.

Następnego dnia zaczęłyśmy dzień Mszą, żeby móc caaałą jego resztę poświęcić zadankom (i, oczywiście, wizytom na lodach).

Na śniadanku dostałyśmy od braci kakauko, bo im zostało ze śniadania.
I tylko jakieś panie, które też sobie w tym domu mieszkały, zapytały, czy mamy próbę milczenia, bo pochłaniałyśmy nasze płatki z podziwu godnym zaangażowaniem.
Zanim jeszcze wyszłyśmy ostatecznie, zatrzymał nas jeszcze inny brat. I zapytał… <werbelki> … czy jesteśmy na explo.

Człowiek znał słowo explo. To było podejrzane :D. Okazało się, że ze względu na braki kadrowe był drużynowym jednej z drużyn krakowskich. Zaoferował się umożliwić nam kontakt z obcokrajowcem – jednym z braci na probacji był Ukrainiec. Pytał nas też o inne zadania, jakie mamy, po czym cały dom nas pytał, czy znalazłyśmy blondynkę, do odmówienia anioła pańskiego ;). Znalazłyśmy.

Inny kwiatek z dnia? Tym razem, rozmawiając z bardzo miłymi paniami z lodziarni, dowiedziałyśmy się, że B-P to chyba jakiś zbrodniarz wojenny, który nabijał ludzi na pal…

Ogarnięcie Martusi albo po prostu brak pomysłu na inne czasowo zorganizowanie tego dnia sprawiło, że po cmentarzu, szukając najstarszego nieboszczyka chodziłyśmy w najgorszym upale. Ale znalazłyśmy. Miała 97 lat.

Wcześniej jeszcze odwiedziłyśmy biedrę, szukając najtańszego produktu z promocji. Sarenka za to, jak się okazało, miała robić ciekawsze rzeczy :D. Otóż okazało się, że wszystko fajnie, ale elżbietanki nie wystawiają faktur. A jak nie ma faktury, to nie ma jak tego noclegu rozliczyć. Więc dziewczyny biegały po sklepie i zbierały paragony, żeby nazbierać na fakturze jak największą sumę. W ten sposób kupiły karmę dla kota, okulary do czytania i wino musujące… ❤

Następnego dnia czekała nas już tylko droga powrotna, z wcześniejszą wizytą u pań w lodziarni, z których jednak obiecała Patce spróbować skołować koszulkę z Inką. Tyle tylko, że rano jej jeszcze nie było. A my musiałyśmy iść. I to tak naprawdę musiałyśmy.
Wcześniej jednak oczywiście zapchałyśmy się ciastkami, lodami i wszystkim tym, czego w obozowisku było jakby mniej ;).

Na trasę dostałyśmy jeszcze parówki, które też zostały ze śniadania franciszkanom :D.
I spotkałyśmy wilczki, które szły do Dusznik, do muzeum papiernictwa. Przy okazji okazało się, że Mang ze spuuuuchniętą nogą wróciła na egzaminy do Wrocławia i kiedy wróci, nie wiadomo. Wróciła ;). Dostawszy się wszędzie, gdzie chciała. Zupełnie tak, jak Basia. I super. Chociaż szkoda. Już sobie naszą drużynową wyobrażałam w szkole lotników w Dęblinie… ;).

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: