Co, my nie damy rady? :D

Poprzedniego dnia, po Mszy Świętej w naszej kaplicy, usłyszałam naszą drużynową rozmawiającą z akelą obozującej w pobliżu 2GW. Gdy do moich uszu dotarło (jak się zresztą później okazało nieprawidłowe i najwyraźniej wyrwane z kontekstu zdanie) „bo one mają dzisiaj taką małą grę”, każdym neuronem zaczęłam wyczekiwać tego, co nieuchronnie musiało nadejść. Gry. I to wcale nie małej, a wielkiej. I choć nie zaczęła się tego samego dnia, to faktycznie nie musiałam długo czekać.

Kiedy następnego dnia rano czas na śniadanie podejrzanie się przedłużał, już wiedziałyśmy, że coś się szykuje. Na szczęście miałyśmy już spakowane plecaki, więc mogłyśmy odpoczywać spokojnie, aż do alarmu. W obozowisku pojawił się Kot z Cheshire, który postawił w stan gotowości wszystkie korpusy z wojska Królowej Kier. Ogłosił nam, że Alicja została porwana i musimy ją odnaleźć, bo jest potrzebna jako świadek w procesie. Najpierw jednak powinnyśmy udać się po zadania, które Kot miał nam przekazać. I zapewne zrobiłby to, gdyby nie fakt, że je zgubił…

Polecenie to nie było wcale takie proste – musiałyśmy uważać na warty, które zmieniały się co jakiś czas. Karteczki z zaszyfrowanymi zadaniami mogłyśmy zabierać tylko w czasie zmiany wartowników, bo gdyby któryś z nich złapał nas na terenie ogrodu królowej to… Właściwie nie wiedziałyśmy, co by się stało, ale taki więzień miał zostać oddzielony od korpusu (zastępu) aż do końca dnia – nietrudno się domyślić, że wcale nie podobała nam się taka opcja.

Po wielokrotnych wypadach do ogrodu Królowej, kiedy już udało nam się zebrać większość informacji, okazało się, że niestety nie obyło się bez zakładników. Musiałyśmy ich zostawić i odejść. Na szczęście okazało się, że po odbyciu kary – trzykrotnym trafieniu szyszką w drzewo – mogli wrócić do swoich jednostek. W końcu więc siedziałyśmy całym korpusem pod drzewem, głowiąc się nad szyframi i zagadkami (spotkało się dwóch matematyków – LOL). Tego dnia czekał nas jeszcze obiad – o 12.30 u kucharki, o 16.30 „coś dla ducha” – msza w kaplicy zamkowej i herbatka u Kapelusznika – punktualnie o 18.00. Zdecydowałyśmy wrócić do naszego obozowiska i tam rozwiązać resztę zadań. Z niektórymi (na przykład zagadką „Send more money”, w której każdej literze odpowiadała cyfra i trzeba było ułożyć poprawne równanie) miałyśmy problem, inne natomiast, jak choćby projektowanie dla Alicji kreacji na bal czy tworzenie szczegółowego planu obozu, dostarczyło nam wiele radości i satysfakcji – oczywiście po więcej niż zadowalającym ich wykonaniu.

Kłopotliwe były jedynie karteczki, które wydawały się wybrakowane. Nie bardzo wiedziałyśmy, co zrobić z pytaniem, które brzmiało „Jaka to religia?” albo „Co to jest i gdzie się znajduje?” – po obiedzie jednak okazało się, że zawiniło drobne nieogarnięcie – dostałyśmy końcówki tych pytań i mogłyśmy spokojnie je dokończyć. Spokojnie…

Powiedzmy – aż do kolejnego alarmu, na który tym razem zawołał nas Biały Królik. Jako wojsko musiałyśmy być zawsze gotowe i nabrać trochę formy, więc czekały nas wyścigi rzędów. Z… BARDZO kreatywnymi zadaniami. Przykłady? Przynieść beret z dwiema gwiazdkami. Jestem z siebie wyjątkowo dumna w tym kontekście – w 1GW (obozującej najbliżej) był taki TYLKO jeden J. Inne? Podać wysokość masztu (matematyka z twierdzeniem Talesa wita – również w wakacje 😉 ), przynieść wodę w ustach albo 10 niebieskich rzeczy.

Po Mszy Świętej zz – na chwilę wybiwszy się z fabuły – urządził sobie urokliwą sesję zdjęciową na punkcie widokowym. Ale z racji tego, że musiałyśmy czekać na naszego Księdza, który został na obietnicy w chłopięcej gromadzie, herbatka u Kapelusznika trochę się przesunęła. W pewnym momencie jednak po obozie znów zaczął biegać Królik, oznajmiając, że właśnie wybiła 18.00. Jak się okazało, musiałyśmy Kapelusznikowi tę herbatę przygotować – a po warsztatach Charta pojawiły się różne – jagodowa, z pokrzyw… Kiedy serwowałyśmy gospodarzowi i jego innym gościom nasze napoje, śpiewałyśmy też hymn FSE. Pozdrawiam Kraala, który tego samego musiał słuchać 5 razy… J

Innym zadaniem było jeszcze rozpoznawanie smaków z zamkniętymi oczami.

Kiedy dowiedziałam się, że tego dnia nie ma ogniska, rady drużyny ani wart, byłam przeszczęśliwa. O ja naiwna, sądziłam, że położę się wcześniej spać. Nic bardziej mylnego. Po kolacji dostałyśmy produkty na… ciasto. Miałyśmy je zrobić jeszcze tego samego dnia. Wymagało trochę pracy, ale jedząc je w niedzielę na śniadanie byłyśmy zadowolone z włożonego w nie wysiłku J.

Na prycze kładłyśmy się z mieszanymi uczuciami, mając świadomość dwóch możliwych scenariuszy niedzieli. Albo będzie to spokojny dzień, przeznaczony na relaks, pranie, mycie się, relaks i pranie, jak Pan Bóg przykazał, albo właśnie wtedy przypadnie najbardziej intensywna część gry. O tym, która opcja zwycięży, przekonałyśmy się już o 1.30 – w czasie nocnego alarmu.

W końcu całemu zastępowi udało się wygrzebać z namiotu i ktoś powiedział nam, że musimy udać się do Królowej. Drogi do niej strzeże jednak wartownik, który nie może nas zobaczyć. Ruszyłyśmy, bardzo zadowolone, że oprócz nas obudził się tylko jeden zastęp – więc nasze szanse na wygraną znacząco wzrosły. Po drodze jednak wydarzyło się coś dziwnego. Ktoś, sygnalizując złamanie otwarte, jęcząc prosił o pomoc. Ale co miałyśmy zrobić? Przecież nikt nie mógł nas zobaczyć… Zdecydowałyśmy się pomóc. Przynajmniej tak, jak można to było zrobić po obudzeniu w środku nocy, bez latarki i rękawiczek, z prowizoryczną apteczką. Ranny powiedział nam, że ktoś musi zostać, żeby się nim opiekować. Dalej mogły pójść maksymalnie 3 osoby. Więc poszłyśmy – zostawiając najbardziej zaspaną Patrycję i Hanię. Udało nam się dotrzeć do ogniska, gdzie Królowa wręczyła nam informacje o jutrzejszym dniu. O 8.30 miałyśmy się pojawić w kaplicy zamkowej w pełnym umundurowaniu, a następnie wziąć ze sobą wszystko, co mogło nam być potrzebne. Aż do poniedziałku rano. „No świetnie” – pomyślał mój mały, prywatny szemracz. „To bardzo odpocznę w tę niedzielę… A jeszcze bardziej odpocznę w szałasie.” Ale że nie lubię, jak mój szemracz marudzi, to po odebraniu od Królowej śniadania położyłam go spać ;).

Po Mszy Świętej, kiedy też pożegnałyśmy się z gromadą, która wyjeżdżała tego dnia, odbyło się przyrzeczenie Martyny – zastępowej Łosia. Następnie świętował Renifer – przysięgę wierności Hani – ale to już w swoim małym, kameralnym składzie. Spakowałyśmy się w duże plecaki, zjadłyśmy śniadanie i czekałyśmy na sygnał. Niedługo potem dostałyśmy mapę – mogłyśmy ruszyć na poszukiwania Alicji.

Na pierwszym punkcie czekał na nas (znów potrzebujący pierwszej pomocy…) Kapelusznik, który oberwał od kucharki garnkiem. Drugi był Gąsienica z zagadką o ludziach głodnych, którzy szli, jedząc to, czego nie mają, bo gdyby mieli to, co jedli, to nie byliby tym, kim byli, natomiast na 3 punkcie czekał na nas Kot, który czekał na zabawki ze sznurka, na którym jedna osoba z zastępu miała z zakrytymi oczami zawiązać jak najwięcej węzłów.

Cały dzień spędziłyśmy w terenie, szukając poukrywanych, zaszyfrowanych punktów. Byłam dumna z dziewczyn – szło nam bardzo dobrze.

O 16.00 miałyśmy pojawić się w obozowisku wilczków. Tam też wkrótce dotarła Królowa wraz z Królikiem, przynosząc swojemu wojsku zapasy pożywienia i zapraszając na 17.30 na grę w krokieta. Byłyśmy bardzo głodne, więc szybko rozpaliłyśmy ogniska i zrobiły kartofle i kiełbaski. Część z nas w tym czasie wykonywała zadania znalezione na trasie.

W grze w krokieta niestety nie brałam udziału z racji przeziębienia, które mnie bezlitośnie dopadło. Królowa więc, po krokiecie, zaprosiła do siebie wszystkich dowódców korpusów i wręczyła witaminę C dla ich jednostek.

Po powrocie zaczęłyśmy stawianie szałasów. Musiały być solidne, bo chociaż jeszcze na początku dnia nic nie zapowiadało deszczu, to wtedy nad Szczytną zaczęły zbierać się wyglądające dość groźnie chmury.

Szałasy powychodziły imponująco. Nasz z jednej strony chroniła plandeka, z drugiej poprzykrywane paprociami patyki. Miałyśmy nadzieję na bezpiecznie i sucho spędzoną noc. Ale zarówno niebiosa jak i Niebiosa pozostały nieubłagane. Około 1.00 zaczęło dość mocno padać i Królowa pozwoliła przemokniętym członkom wojska wrócić do obozowisk.

Rano, mimo niezbyt zachęcającej do czegokolwiek pogody, wróciłyśmy do szałasów, gdzie zjadłyśmy śniadanie i czekałyśmy na pojawienie się wysłanników Królowej, którzy mieli zaprowadzić nas na proces królewskich ogrodników, skazanych na śmierć za zasadzenie w ogrodzie róż o niewłaściwym kolorze.

Przyszedł po nas Kot z Cheshire, który oznajmił nam, że Alicja się znalazła – była gdzieś w obozowisku. Naszym zadaniem było doprowadzenie jej do sądu.

Ku mojemu zaskoczeniu, ogrodnikami okazali się szefowie korpusów… Proces trwał, a członkowie wojska musieli nas wybronić. Ale ja niekoniecznie chciałam umierać ani być zależna od stanu wiedzy i przygotowania naszych adwokatów. Kiedy Królowa na chwilę spuściła nas z oka, postanowiłam uciec za pobliską skałkę. Nie wiem, czy na władczyni wywarło to jakiekolwiek wrażenie – bez większych emocji w głosie kazała skrócić wszystkich o głowę.

To był koniec naszych zmagań. Pomimo początkowej niechęci do działania weszłam w grę i pomimo nieco demotywującej choroby bawiłam się świetnie.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: