Y… a co myśmy miały gotować? I co to są więcierze…?

Powrót do lasu był osobliwy. Naprawdę. To dość ciekawe uczucie, kiedy wkraczasz między drzewa, myśląc “dom!” ;). No i “ciekawa” była też akcja, którą urządziła Sarenka. Ojej, dawno się tak nie gotowałam…

Po obiedzie i Mszy Świętej przyszły do nas jeszcze wilczki – obejrzeć obozowiska, na kolację i na ognisko. Na kolację te wilczki, które przechodzą właśnie do nas. Marta i Milenka + Karolina. No tak… Żaliłam się w drodze z Dusznik, że Renio nie odczuje za bardzo mojej straty, bo odejdzie Marta i przyjdzie Marta, ale moi ludzie uspokoili moją dumę własną ;).
W każdym razie Basia nam powiedziała, żebyśmy przygotowały jakąś ładną gadkę. No więc przygotowałam – powiedziałam, że przedstawiam przepis na, miejmy nadzieję, zwycięską pionierkę. Pionierkę, która łączy w sobie wygodę, praktyczność, stabilność, estetykę i elementy dekoracyjne. Tratatata, tratatata, huśtawka, hamak, tratatata, półeczki… No :).
Dzieci oczywiście zachwycone i huśtawką i hamaczkiem.
Wilczki na kolacji pochłaniały radośnie chocoffini (to nie! czekolada). A potem przyszedł czas na ognisko. Ognisko, które prowadził Renifer. Na spontanie, delikatnie mówiąc. A jak się jeszcze dowiedziałam tuż przed nim, że mamy tam wrzucić jakieś wilczkowe piosenki, to pozdro. Tym bardziej że nasze wilczki, zapytane o wilczkowe piosenki, stwierdziły, że żadnych nie znają. Aha. Ale ognisko wyszło i tak bardzo miłe :).

A następnego dnia – INO. Oczywiście po zabawach sportowych, na które z racji niezwykle upalnej (znaczy się raczej właśnie nie bardzo) pogody bardzo się cieszyłyśmy. Szczerze mówiąc nie wiem, co się tam działo – oddałam się bez reszty kopaniu nowej latryny ;).
A INO bardzo mi się podobało, chociaż cierpiałam na zupełny aenergizm. Powinnam iść. Iść naprzód i ciągnąć resztę ludzi jak koń pociągowy. A czułam się nienajlepiej i kiedy zastęp chciał iść, to ja chciałam jeszcze chwilę posiedzieć na kamieniu xD.

Punkty były oznaczone kolorowymi wstążkami, poumieszczane często w ciekawych miejscach. Dość ambitnych. Szkoda, że nie udało nam się zdobyć więcej punktów. Zabrakło spiny, między innymi mojej :/. No i właśnie dlatego INO wygrał Chart. Tylko dlatego :P. A Sarna się zgubiła, tak w międzyczasie.

Po południu, chociaż pogoda pozostawiała wiele do życzenia, dostałyśmy przykazanie zorganizowania śpiewogrania, bo trzeba było przewałkować “Iż będziem trwać”. No okej, jak trzeba, to okej, ale ludzie zaczynali być głodni i dopominać się o obiad, a to śpiewogranie w tym momencie pasowało jak pięść do nosa.

Kiedy już prześpiewałyśmy to ze 3 razy i nauczyli się tego ci, którzy jeszcze nie umieli, nie bardzo było wiadomo, co mamy ze sobą zrobić. No więc, z nadzieją na szybkie “K” rozeszłyśmy się do obozowisk. “K” nie nastąpiło. Nastąpiło “O”. A my zareagowałyśmy klasycznym WTF (tak, tutaj zdecydowanie pasuje rozwinięcie where’s the food 😉 ). Gra? Na grę za wcześnie. A jeśli gra, to kraal nie ma serduszka, bo ludzie jęczeli o OBIAD. Kapelusznik z Kotem pili sobie herbatkę. Pili herbatkę, częstowali ciasteczkami… Ale potrzebne było coś konkretnego. Coś, do czego Alicja widziała składniki po drodze.
Aha. Nie, nie gra. Kulinarny.
W Renia weszła panika.

Planów miałyśmy kilka. A kiedy dostałyśmy składniki, zapomniałyśmy, co ustaliłyśmy ostatecznie… Pozdrawiam. Patka się zestresowała, że nie ma mascarpone do tiramisu, a nie miało być tiramisu, tylko kiwi w czekoladzie. Ja byłam gotowa oddać Koszatce nasze nektarynki, zanim oprzytomniałam i ogarnęłam, że tak, potrzebujemy ich – do herbatki. No i dłuuugi moment zszedł, zanim dotarło do mojego móżdżku, co robimy na obiad (patrz: danie główne – nie samymi przystawkami żyje człowiek).

Potem jednak praca poszła super sprawnie, z czego też byłam bardzo dumna. Sprawnie i była ogarnięta. Naprawdę :). Być może właśnie dlatego udało nam się zaprosić Kraala w pierwszej kolejności. I… wszystko byłoby spoko. Ludzie jedli. I chyba nawet im się podobało. Ale w pewnym momencie sielankę przerwało pytanie Alicji – “Kapeluszniku, mógłbyś mi pomóc wyjąć muchę z tej kanapki?”. Ups. No to pozdro. Na moją wyrażoną ustnie nadzieję, że może wpadła teraz, odpowiedziało kolejne pytanie: “Między plastry szynki?”. Aha. No to pozdro do kwadratu :P.
Potem już jadłyśmy sobie spokojnie, tylko Kapelusznik został zmuszony przez Wiki do spróbowania kiwi w czekoladzie. Stwierdził, żeśmy podstępne i wszystko wyczaimy. Ale zjadł. A my mogłyśmy się zabrać do radosnego sprzątania i odpoczywania. Oczywiście po zjedzeniu tego wszystkiego, co zostało. Oj, była wyżerka :).

***
W ramach przerywnika zapraszamy na 2 piosenki z ognisk, które nie wiem, gdzie mam dać, bo bardzo nie pamiętam, kiedy były.

“Droga, którą Ci wskażę, nie jest fikcją ani bajką,
bo kompas, który mam w sobie, jest prawdziwy.
Wszystkie drzewa na drodze muszą, muszą ustąpić,
bo koty drzewa przenoszą, a ja jestę kotę”

i

“Zapalimy dzisiaj szluga? No chodź, zrobimy to…
Tak dawno nie paliłam ich! Nie chowaj się, rzuciłaś je, czy co?!
Paliłyśmy je razem, a teraz nie. Dlaczego tak jest, czy wiesz?” ❤

***

Następnego dnia czekała nas olimpiada.
Bardzo twórczy bieg sprawnościowy. Tak, tak, wiem, że połowę wydarzeń, które opisuję, określam jako “bardzo twórcze”. Nic nie poradzę. Mogę co najwyżej powiedzieć, że zawierał zadania niekonwencjonalne, ale bardziej mi się podoba pierwsza wersja.
To rano.
Po południu jeszcze ringo, siatka, w której zmiotłyśmy pół drużyny do 0, w konsekwencji czego wyklarował się spontaniczny mecz Renifer-Kraal. Już nie do 0 :). Ale to mi się bardzo, bardzo, bardzo podobało :).

Dobranoc.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: