Nie udźwignę tego sam, do pomocy Ciebie mam

Tia. 2 tygodnie po powrocie wypadałoby skończyć opis obozu, prawda? 😛

Wielka gra, jak to wielka gra, dała nam trochę w kość. Jak zawsze zresztą – po kilku dniach rywalizacji człowiek potrzebuje odrobiny luzu. Taki luz więc teraz nastał powszechnie :). A na dobry jego początek – warsztaty Sarny z robienia bransoletek z muliny. Muszę przyznać, że wcześniej też próbowałam. I nijak wychodziło. Na obozie niewiele się zmieniło… Za to kiedy próbowałam po powrocie do domu byłam zaskoczona rezultatami – plecionka w kolorach Indii się tworzy.

Po nich obiadek i sjesta. A następnie łosiowe warsztaty z węzłów. Tutaj troszkę słabo, bo ludzie na nich co prawda zajmowali się węzłami, ale tymi bransoletkowymi… Ja też zresztą podeszłam do tego trochę na zasadzie: jakich węzłów może nas nauczyć SZ? No tak, bardzo logiczne myślenie, sami przyznacie… A po kilku podstawowych pojawiły się takie węzły, których nie, nie znałyśmy. Albo lepiej powiedzieć nie, nie znałam. Istnieją takie. Naprawdę. Ale ciężko to przyjąć do wiadomości :P. A na koniec jeszcze 2 gry – zagadki, które wyjątkowo wciągnęły ludzi.

Potem dzień toczył się już klasycznie – msza, kolacja, ognisko… Rada :P. A, nie, nie do końca klasycznie :). Po swojej scence każdy zastęp prezentował rakowego kadryla.

Następnego dnia przyszedł czas na jeszcze kilka gier sportowych. Znów koncepcję przebrania się w stroje przyjęłam niezbyt entuzjastycznie, ze względu na pogodę, chociaż wcale nie było aż tak zimno. Po wyścigach rzędów ❤ uwielbianych przez wszystkich – taczki, raczki, czego dusza zapragnie ❤ przyszedł czas na lepszą zabawę. W ruch poszły balony z wodą. Faaaajnie było :).
Aha – no i rano przyjechała jeszcze Basia, więc nakręcała nasze wojaże z prawdziwą przyjemnością.

Znów obiadek. A po nim, na sjeście, tropicielki zajęły się przygotowywaniem gry dla reszty drużyny. Ja w tym czasie poszłam sobie do Basi, pobawić się jeszcze sprawnościami. Pozaczynałam trochę takich, których wcześniej nie miałam zamiaru robić, a w domu pozaczynałam jeszcze takich dużo :). Skoro mam jeszcze miesiąc, to trzeba korzystać. Szykuje się kilka nowych w każdym razie. I może będą blachy…

Z pełnym żołądkami, ale bez tropicielek (jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało – dziewczyny kończyły grę) zaczęłyśmy śpiewogranie. Nie trwało ono jednak długo. Po chwili rozległo się “O”. Ale bez specjalnej reakcji. Chyba instynkt stadny działa wyjątkowo silnie. My – pionierki – miałyśmy na to “O” nie reagować. A jeśli jest alarm, a zastępowe sobie spokojnie siedzą, to trudno się dziwić, że reszta ludzi również siedzi, trochę nie ogarniając, co się dzieje i dlaczego właściwie zastępowe siedzą sobie aż tak spokojnie :P. W końcu wygoniłyśmy ludzi na górę. To śpiewogranie było super. Elitarne xD. Nie no… Po prostu zostało na nim mało osób, ale za to osób śpiewających. Nati, Kaja, Ola, Hania, Basia, chyba Ania i ja. Więc coś się dało poogarniać i pośpiewać to, co znamy, ale nie śpiewamy, bo nie zna nikt inny – nawet się dwóch nowych piosenek nauczyłam. Basia co prawda złapała głupawkę i razem z Hanią cisnęły z domniemanego ciągu dalszego refrenu “Dziewczyny z granatem”. Kojarzył im się trochę nieparlamentarnie, ale co ja poradzę. Śpiewało się super :).

Przed mszą zaczęłyśmy jeszcze warsztaty Kraala. Warsztaty Kraala, czyli malowanie toreb. Niektóre powychodziły naprawdę ślicznie. Żeby wyszły ślicznie, trzeba było mieć cierpliwość i cieniutki pędzelek. A że mi brakowało obu, to moja wyszła ładnie i twórczo :P. Ania miała czadowy pomysł – namalowała kapelusz Kapelusznika z hasłem “It’s always tea-time”. Nati – “Skauting i jest dobrze”. Hania – aparat. Zosia – pingwinek z hasłem “uroczo.”. Nie pamiętam za bardzo innych twórczych… Aaa, jasne – Ola i jej “meh, meh” wraz z obrazkiem porostu. No i superpiękna torba Basi z kwiatkami w wazonie. Śliczna. Prześliczna :D. I jeszcze Aga z “Szanujmy Ziemię, to jedyna planeta, na której jest czekolada” + kilka toreb z serii “Keep calm and be scout”. Hani też wyszła ładnie ta jej kwiecista.
A moja jest… spersonalizowana. Moja. Bardzo moja. Z moimi rzeczami. Z SDM-em, z Ciszą, z hiszpańskim, z siatką… Z dwiema chustami – jedynymi słusznymi :). I za to ją właśnie tak lubię.

Kończyłyśmy je jeszcze po eucharystii.

A chyba właśnie tego dnia, na scence, czekała nas absolutna improwizacja.
Nie ma to jak się ogarnąć “O, ognisko za 5 minut… O, nie, nie za 5 minut. Ognisko już. Mamy scenkę? Aha…”. No cóż. Powiedzmy, że przedstawiłyśmy… coś :).

Następnego dnia czekała nas już tylko demolka. Demolka, SH… Pakowanie i sprzątanie, pakowanie i sprzątanie. A finałem była agapa.

Okazało się, że przedstawienie kukiełkowe zrobili tylko najlepsi :P. Tzn. my i Koszatka. Reszta zastępów przedstawiała po prostu scenki. Chart napisał wiersz dla Nati, Nati dla Charta zrobiła przeróbkę “Nie płacz, Ewka”. Dobrze, że Hania to nagrała. Było przeurocze. <Soł słiiiit>. Cóż więcej rzec? Kiedy skończyłyśmy normalne ognisko i zrobiło się ciemno, grałyśmy w trupa. A grałyśmy, oczekując pizzy.
A kiedy już ostatnia osoba przeżyła swój mini-zawał, w końcu do głodnych dzieci wróciła Basia z Hanią i śpiewanką “pizza, pizza, tralalalalala” :). Krótko mówiąc zaczęła się impreza.

Na początku posiadywałam sobie to tu, to tam, a w końcu i tak prawie cały ZZ siedział z Kraalem. Miałyśmy niby ambitne plany niespania, co skończyło się masowym chrapaniem ok. 2.00. Ale chrapanie nastąpiło dopiero po odśpiewaniu paru fajnych piosenek i po położeniu całej reszty drużyny spać (po odczekaniu, aż dzieci nie wytrzymają i się położą :P) A że oficjalna pobudka miała być o 7.00 chyba, to na 5.00 ustawiłyśmy sobie budzik, żeby posklejać dla Basi traktor. Biały. Z michałków.

Poprzedniego dnia miałyśmy problem, bo kiedy ksiądz z Hanią wrócili z zakupów, okazało się, że tak, faktycznie, przywieźli michałki, ale tylko jedną paczkę białych. A że…

Aha, zaczęłam pisać, o tym traktorze, a większość świata nie ma pojęcia, o co z nim chodzi :P. Zastanawiałyśmy się po prostu przed wyjazdem, co dać Basi w ramach podziękowania za obóz. Bo ona, jako drużynowa, na pewno coś przygotuje dla przybocznych. Pytanie brzmi, kto coś przygotuje dla niej. No i myślałyśmy, myślałyśmy… i wymyśliłyśmy właśnie michaszkowy traktor. Biały, bo białym ma kiedyś pojechać do ślubu.

No więc wracając do tematu. A że Basia nas później zawołała i zapytała, czy nie uważamy, że jedzenia na agapę jest trochę za mało. Bo ona w razie czego jeszcze pojedzie i dokupi. No więc uznałyśmy to za świetną okazję do uzupełnienia zapasów :D. I nie, skąd, to wcale nie było podejrzane, że nagle cały ZZ zaczął prosić o michałki… Problematyczne było tylko to, że okazało się, że Basia za białymi michałkami nie przepada… No nic, uznałyśmy po prostu, że zrobimy tak, żeby tych białych było jak najmniej.

Więc o 5.00 zaczęłyśmy się nawzajem budzić i wstawać. Tylko że, o, o… Basia obudziła się razem z nami. I trzeba jej było jakoś uzasadnić to, że wstajemy. Więc najpierw Nati stwierdziła, że idzie siku, potem, że wstała mi pomóc, bo leci mi krew z nosa, a ostatnia wersja była taka, że jest nam zimno, więc idziemy do namiotu.

Muszę przyznać, że traktor sklejało się twórczo, bo dość szybko zdałyśmy sobie sprawę, że nasz superklej ma zerowe szanse na wyschnięcie w ciągu 2 godzin. W związku z tym próbowałyśmy połączyć michaszki wykałaczkami. Ale wykałaczki trzeba było jeszcze znaleźć. A Basia w międzyczasie wstała całkiem xD.

Przy odrobinie wyobraźni i odpowiednim komentarzu to coś, co powstało, nawet przypominało to, co miało.

Oczywiście przy tym sklejaniu miałyśmy trochę głupawkę, a Barbara rano stwierdziła, że to brzmiało tak, jakby ktoś tam wymiotował…

No i trzeba jeszcze koniecznie wspomnieć, że to była agapa z paroma mocnymi tekstami – trzeba tu wymienić choćby zegar za wycieraczką, “Długo jeszcze?” i “- Kaja wraca. -O, co tak szybko?”

Pobudka była wcześniejsza, niż być miała, bo Basia wstawszy wcześniej, ogarnęła, jak dużo rzeczy ciągle jest do zrobienia. Z naszym wehikułem zdążyłyśmy, ale ja po 3,5 godzinach snu byłam nie do życia… Więc poranek był ciekawy.

Ale na apelu byłam baaaardzo zadowolona z wyników. Pionierka i fabuła są nasze. A jeśli chodzi o wielką grę, to byłyśmy blisko. Bardzo blisko… 😉

Chociaż nasz busik tym razem przyjechał punktualnie, to trzeba było czekać na sprzęt. A sprzęt miał dwugodzinną obsuwę. Więc siedziałyśmy, gadałyśmy o życiu i o ognisku, jadłyśmy, co było na wierzchu (na śniadanie miały być kartofle z ognia, ale ktoś mądry zagasił ognisko, zanim Koszatka zdążyła je tam wsadzić) i czekałyśmy. A w końcu i tak wyszło tak, że zostawiłyśmy Basię z Anią i pojechałyśmy, bo kierowca busika stwierdził, że nie możemy czekać dłużej…

No a w drodze oczywiście spałyśmy :). Jakżeby inaczej. Po agapie?

I tylko jeszcze była rozkmina o błąkających się duszach. Trochę cisnęłyśmy z Olą i z Hanią. Umierasz, stajesz przez Bogiem, a On Ci mówi: proszę, tu jest mapa, najpierw musisz zebrać wszystkie punkty ;).

A tytuł to fragment nowej piosenki ze śpiewogrania. Stwierdziłam, że idealnie pasuje do noszenia kuchenek. Bardzo się cieszyłyśmy, że jednak nie udało się znaleźć czwartej :D.

Ciekawe, gdzie będę za rok… 🙂

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: