Dzień normalnie nienormalny…

środa, 02.09
wieczór
mieszkanie pewnej kopniętej <jeszcze nie, ale prawie> młodej przewo

Martusia zaczyna świrować. Świrować = nakręcać się przed czwartkiem = rozpoczęciem roku. A to mniej więcej = chcieć zrobić zadanie z matmy, ale nie móc się za nie zabrać = chcieć pokończyć sprawności, ale nie móc się na nich skupić = usiłować się ogarnąć, przygotować rzeczy na następny dzień i z jednej strony cieszyć się z munduru, który wygląda już tak przewodniczkowo, a z drugiej strony trochę smutać, że już nie ma na nim pasków zastępowej ani sprawności.

Wizja zasypania w nakręceniu (nieważne, że pozytywnym) = zasypiania przez 3 godziny jest trochę smutna i trzeba coś zrobić, żeby do tego nie doszło. 3 meliski i mleko, pite mniej więcej od 19.00, załatwiają sprawę. Nadchodzi DZIEŃ :D. 03.09. TEN dzień :).

Co z niego zapamiętam? 🙂 Coś na pewno, chociaż jak na razie samo przejście to jakaś bezładna plątanina wspomnień i emocji. Z jednej strony wielkiej radości z tego, że to już w końcu czas młodej drogi. Że to już tak bardzo wyczekiwana czerwona. Z drugiej – tęsknoty za zastępem i za zieloną, która zaczęła się… od razu. A nawet wcześniej. Tak, tylko to miałam w tamtym momencie w głowie, stojąc po raz pierwszy w linii szefów. I nie do końca wiedziałam, która strona wygrywa, bo prowadziły zażarty bój o prymat i raz dziko uśmiechałam się do moich ludzi, a raz… robiłam to przez łzy 🙂 <btw – to się chyba nazywa wahania nastroju i jeśli występuje za często, to trzeba to leczyć>.

Potem? Duma z moich ludzi. Z mojej nowej zastępowej. I z mojej drugiej zastępowej. Które obie są gotowe, żeby swoje zastępy poprowadzić. I trzymanie kciuków za wszystkich, którzy dostali nową misję do spełnienia :D.

A po krótkiej rozmowie organizacyjnej z Mają – pozytywne nastawienie. Bałam się, że teraz dłuuugo nie będzie działo się nic. A zaczynamy od pierwszych dni, w dobrym starym stylu gry – 4 listów. Pierwszy otwarłyśmy dzisiaj, z następnym musimy poczekać do niedzieli. A w każdym coś do zrobienia… 🙂

Na lody zastępem niestety nie udało nam się pójść. Czas… Ale w takim razie to tylko motywacja do tego, żeby dogadać się na kiedy indziej.

Duuużo przytulania, kilka dobrych zdjęć.

Słodziutki proporzec z filcu od Renia, przeurocze piórniczki od Basi (miałam go dzisiaj w szkole – jest śliczny i bardzobardzobardzo go lubię 🙂 ), no i <również reniowy> piernik, który wsuwałyśmy pod pomnikiem Jana XXIII. No i w końcu nasz suchalbum, który chyba też się spodobał.

Podobno do twarzy mi w czerwonym :P.

No i poznałam Wojtka. I trochę bardziej niż z widzenia Agatę – czyt. Oo :).

A pędząc na tramwaj minęłam Krzysia, z którym się miałam tego dnia wcale nie widzieć…

Zasnęłam dość szybko – kiedy wróciłam do domu, prawie od razu wpakowałam się do łóżka. I było mi dobrze. Tak po prostu. I mam nadzieję, że właśnie to nastawienie zostanie na długo :).

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: