Tak mi dobrze, tak mi rób!

                                                             Wstęp

Na początku przepraszam, jeżeli komuś z czytaczy ten tekst wyda się za bardzo tradi-trago. Taka już jestem i taką musicie mnie kochać ;).

***

No właśnie, W niedzielę przeżyłam dzień marzeń. Takie tam #życienapełnejpetardzie :D. Prawie bez bycia w domu.
Zaczęło się jednak – klasycznie – wcześniej. Tak to bywa z takimi ciągami pieszo-jezdnymi, że zwykle nie są jednodniowe ;). W każdym razie na dobry początek w sobotę wieczorem śpiewaliśmy na rekolekcyjnej konferencji dla młodzieży. Po niej jeszcze była adoracja, tylko w tym momencie zaczęły się schody… Dlaczego? Ponieważ nasz fizyk stwierdził w piątek wieczorem, że mamy się ogarnąć, bo w poniedziałek pyta. Heheszki. Magnetyzm, a szczególnie magnetyzm w połączeniu z prądem, to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej. A jeśli tygryski miały wymianę, nie były na lekcjach i wybitnie nie ogarniają tematu, to już w ogóle tego nie lubią. Tym bardziej że nie bardzo mają kiedy w weekend ogarnąć i porządnie się go nauczyć… Więc nie bardzo mogłam zostać na całej adoracji. Stanęło na połowie, potem do 23.00 czytałam o indukcji <3.

Opowieść niedzielną muszę jednak niestety zacząć od
#tak-mi-ŹLE-tak-mi-nie-rób-nigdy-więcej
Tak na dobre rozpoczęcie dnia i spotkania ogniska wybrałyśmy się na mszę. Mszę u św. Idziego na Ostrowie. Mszę dla dzieci. NIGDY więcej.

Na szczęście mogłam się wczoraj porządnie wyżalić ludziom oazowym, którzy doskonale zrozumieli mój liturgiczny ból. Ból, na który składały się:

– pioseneczki dla dzieci. Tak, takie z klaskaniem. Tak, takie wybitnie NIEmszalne. Wszystko o nich można powiedzieć, ale to, żeby się nadawały na mszę świętą, to nie… Niektórzy zaczynali do tego nawet trochę skakać, tak fajnie było. Przecież można na dziękczynienie walnąć Arkę Noego. Komu przeszkadza?

Mnie.

– wyznanie wiary w postaci trzech wierszyków i modlitwa wiernych w postaci… niewiemczego

– kazanie w postaci improwizowanego przedstawienia w prezbiterium (…)

– sanctus z rękami w górze i również zmienionym tekstem [chociaż inne teksty są chyba dopuszczalne]

– brakiem takiego czegoś, jak “Idźcie w pokoju Chrystusa”

– komentarzami wprowadzającymi dzieci w kolejne części liturgii. Infantylnymi (to normalne), ale tak wgryzającymi się w mózg, że nie pozwalającymi w żaden sposób skupić się na eucharystii… I modlitwą jednej z sióstr, wkładaną w usta dzieci i główki dorosłych. Modlitwy modlitwie bynajmniej niesprzyjającej.

Miałam ochotę wyjść, iść do katedry, a potem wrócić do Mai na spotkania ciąg dalszy. Bo nie wiem, czy dzieciom to pomoże, jeśli “tak trochę” zamieni się mszę w koncert. Chyba raczej odwraca to uwagę od tego, że… EKHM przychodzi Chrystus? Jeżeli jedynym cichszym, odrobinę spokojniejszym momentem Mszy jest podniesienie, to NAPRAWDĘ trudno jest się skupić tak nagle. Znienacka. I pomodlić. Szczególnie jeśli komentarze stają się już ze względu na treść, jakość, głośność i ilość męczące i nie dają ciszy, a więc możliwości osobistego przyjęcia Pana.

                                                              Po co..?

Nie mówię, że wszystkie przytoczone przeze mnie wyżej punkty były złamaniem zasad liturgicznych. Ale część na pewno. A reszta z pewnością naruszeniem. Dlatego że naprawdę nie wszystko pasuje do mszy, nawet jeżeli jest ona przeznaczona dla najmłodszych. Da się zrobić z klasą mszę rodzinną u dominikanów? Da się. No to dlaczego tam się nie dało?

Ola podsumowała to ładnie, cierpiąc podobnie jak ja: “Gdzie był liturgista?”. A właściwie to gdzie był ksiądz?
Przy ołtarzu.
Aha.

A do końca dnia chodziło za mną i wywoływało żądzę mordu
“Czy dziewczynki kochają Jezusa?
Tak, kochamy Jezusaa.
Zawsze będziemy go kochać.
On pierwszy ukooochał nas”.

Tak, idealna pieśń na komunię. A nie, przepraszam, nie pieśń…

Dobrze, skończyłam się uzewnętrzniać. Wiśniak stwierdziła u nas na wigilii klasowej, jak próbowałam uzyskać też jej zrozumienie, że w sumie jak jestem trydencka, to trudno, niech cierpię ;). No trudno. Ale cierpieć, cierpiałam swoje :P.

Na szczęście na spotkaniu u Mai mogłam się trochę uspokoić. Kiedy siedzi się na podłodze, pije herbatkę, zza drzwi wygląda urocze dziecko, a ktoś ci opowiada o swojej rodzince, to można się tym po prostu cieszyć i palenie ludzi na stosie (hiperbolizuję, żeby nie było :P) przestaje już być takie… konieczne terazjużnatychmiast ;).

Szczęśliwe zrządzenie losu (przypadek? nie sądzę) sprawiło, że zdążyłam do babci na obiad. Co prawda “zdążyłam na obiad” znaczy tyle, że udało mi się tam wpaść, przebrać się, zjeść i wypaść, ale to już było bardzo pozytywne. Miałam zamiar jechać na turniej w Kuźni Satysfakcji bez obiadku, a to byłby BARDZO słaby plan :P.

#tak-mi-dobrze-tak-mi-rób! (czyli okrzyki Sylwii po każdej ładnej marikowej zagrywce, po której przeciwnik… tracił ochotę do gry 😉 )

Miałyśmy być na miejscu o 14.00. Pierwszy mecz o 15.00 – teoretycznie, praktycznie 15.30. I perspektywy (dla mnie) nieszczególne, bo 4 środkowe. Na meczu potrzebne są dwie, ergo raczej za dużo to ja nie pogram. A szkoda, bo z tych czterech środkowych dwie trenują z resztą zespołu. Tak, jestem wśród nich ja.
Chociaż z drugiej strony da się to zrozumieć – bronimy złoto, a Możdżonka mam w sobie trochę mniej niż Ewa i Basia ;).
Eliminacje grupowe jakoś przeszły – nasza kapitan wywalczyła nam u organizatorów awans do finału 😀 (pozdrawiam, że liczą się małe punkty, a w jednej grupie zespół nie przyjechał, więc 2 pozostałe wygrały bez wysiłku 25:0 x2 walkowerem). Haczyk? Turniej według planów miał skończyć się o 23.00. FINAŁ zaczął się jakoś ok. 00.00.

Do tego czasu grałam przez jednego seta. A w przerwach, niczym koń Rafał (jak dzika) uczyłam się o prawie Faradaya i strumieniu indukcji magnetycznej. Jakoś o 22.00 spłynęło na mnie olśnienie z nieba, krzyknęłam EUREKA! i mogłam w końcu zostawić książkę i notatki w spokoju i sama miałam w końcu święty spokój :D. Wszystko dzięki temu, że zrozumiałam, że indukcja pola magnetycznego, to troszkę co innego, niż zjawisko indukcji elektromagnetycznej. Rozkminy z cyklu: fizyko, dlaczego mi to robisz…

Od tego czasu, w przerwach, organizowałam wigilię klasową. Ciii, wcale nie była 23.00, a ja wcale nie miałam tego zrobić w sobotę :P.

W każdym razie przestałam się przejmować tym, że siedzę na meczach bezproduktywnie, mniej więcej od półfinału. Dziewczyny grały z taką klasą, że miło się to oglądało.

A przed finałem (tak, finałem – meczem o złoto), kiedy zrezygnowana troszkę chciałam się przebrać, bo kibicować spokojnie można w dżinsach, a przynajmniej szybciej będę w domu, usłyszałam “środek – Basia z Martą”. I zbierałam szczękę z podłogi, równocześnie wewnątrz siebie wywijając hołubce.

Dlaczego?

Kiedy wchodziłyśmy, Halinka błagała mnie tylko, żebym patrzyła na piłkę. Stwierdziłam, że spoko, najwyżej przecież zejdę. A ona na to, że nie mogę. Ola jest tak zmęczona, że nie ma siły grać.

Mogłam grać w finale. Grałam cały finał, który przegrałyśmy w tie breaku 16:14. Ale i tak ten mecz to było chyba najfajniejsze coś, co mnie ostatnio spotkało.

Kiedy w końcu położyłam się spać, to nie obchodziło mnie to, że budzik powiadomił mnie radośnie, iż zadzwoni za 4 godziny i 47 minut. Po kilku dobrych godzinach krzyczenia i ekscytowania się każdym punktem w uszach grała mi domowa cisza, a w środku byłam po prostu szczęśliwa. Padnięta, jak mops, ale jak naładowana i jak nakręcona! 😀

A o “sercem kocham Jezuuuuusaaaa” nawet nie miałam siły myśleć :P.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: