Akeloooo…., Akeeelooo…!

-Pies, nie przywitałeś się ze mną!
– Yyy… Witał się z tobą. Stał przy tobie i porządnie cię oszczekał. – Aha. No… to znaczy, że wczoraj musiało być bardzo źle, skoro nie zauważyłam.

Podobno było źle :D. Tak, że kiedy wróciłam do domu, rzuciłam w przedpokoju plecak, torbę i gitarę, przebrałam się w piżamkę i udałam prosto do łóżeczka.
Kiedy tata zaczął kląć, że o ww. rzeczy się potyka, trochę mechanicznie wstałam, wzięłam je do pokoju, postawiłam na podłodze i wróciłam do łóżeczka.
A po dostaniu od mamy mleka z miodem i theraflu w łóżeczku poszłam spać. Natychmiast.
Zaśnięcie – od momentu wejścia do domu – zajęło mi jakieś 15 minut.
Rodzince było chyba trochę smutno, bo czekali na mnie z obiadem :P.

Jako młoda przewo wylądowałam w Kraalu zimowiska wilczkowego 2&4GW.
Chociaż – jako zielona – nie sama mentalnie :D. W 9-osobowej kadrze przechodzą różne konfiguracje. Takie na przykład, że drużynowa zostaje kierownikiem obozu. Ona stanowiła chyba najsilniejszy ośrodek loży szyderców, chociaż nie będę ukrywać, że zielono się rozumiałyśmy :P.

Zebrałyśmy się w poniedziałek rano, klasycznie – na dworcu. I tam zaczęło się moje wybicie z czasoprzestrzeni. Aż do końca zimowiska nie istniało coś takiego, jak dzień tygodnia i chyba nawet nie do końca byłam świadoma, jak to się stało, że nie ma szkoły i jestem na trzydniowym wyjeździe harcerskim. Był dzień pierwszy, potem przedostatni i wyjazd. Reszta była niepotrzebna.

Stopniowo zbierały się dzieci i kraal. Było nas… sporo. W obu grupach. W tym jakiś człowiek nadprogramowo. Zabawnie.

Ze stacji do szkoły było bardzo blisko. Rozlokowanie się też nie zajęło dużo czasu. Po apelu wystartowałyśmy ze śpiewograniem. No cóż… Tego dnia wyczerpały się piosenki, które dobrze znałam :P. Co z tego, że do końca wyjazdu męczyłam jeszcze 2 świeczyska i jedno śpiewogranie extra. W międzyczasie okazało się, że znam / poznałam więcej.

Na wejście – z mocą – robimy błyszczyki! (Bagheera wspominała spojrzenia ludzi, kiedy pojemniki na nie zgarniała w Rossmanie garściami. No cóż, po prostu jesteśmy nienormalni (y) ).

Mam nieskładne myśli dzisiaj, więc jak będę dodawać wtrącenia, to kursywą :P.
A zatem – plusem dziewięcioosobowego kraala (wow!) było niewątliwie to, że nie było spiny z byciem na zajęciach. Był ten, kto prowadził. Ale z 8 pozostałych osób zawsze ktoś mu poszedł pomóc. I to nie zawsze musiałeś być ty. Daję okejkę!

Po błyszczykach chyba była faza czekania na jedzenie. “Akeelooooo… A kiedy będzie obiad?”. No więc właśnie. Że do niego jeszcze trochę zostało, to zrobiła się skała narady. No i wcześniej też dzieci dostały chwilę dla siebie. Jakoś nam to nie przeszkadzało. Im chyba zresztą też nie. W klasach były tablice i markery. Robiły z nich dobry użytek. Kraal też nie pozostawał w tyle ;).

Hity obiadków? “Dzisiaj będzie pomidorowaaa, zrobiona z rosołu z wczoraj” – przeróbka “Naucz mnie, naucz mnie od nowa”. Tylko BARDZO mi brakowało “Smaczne – GO! Na cześć i chwałę – RUCHU SKAUTOWEGO!”.
W ogóle trochę spina z cateringiem. Ale peszek. Pan poczekał, aż zjemy. A we wtorek przyjechał już inny pan :P.

Po obiedzie siesta. A w tym czasie część kadry ogarnia grę o Baden – Powellu. Przerwaną, bo zebrałyśmy się na mszę.

W międzyczasie Baloo z kimś (mieszają mi się takie konkrety, więc może nawet nie Baloo :P) poszły do sklepu, żeby oddać w dobre ręce resztki z obiadu i ogarnąć, gdzie jest kościół. Pani chyba miała już trochę ubaw, jak przy następnej wizycie zapytałyśmy, czy nie ma na przykład pożyczyć garnka ;). 

Po mszy kolejne warsztaty – Baloo – EKO. A przy okazji jakieś rozkminy o smutnych i radosnych drzewach tudzież sztucznych choinkach.
Warsztaty z hitem sezonu.
Klaudia przygotowała na szarym papierze smutne, bezlistne drzewo, a wilczki miały napisać na listkach, co zrobią dla ekologii. Już wkrótce przyklejały odpowiedzi. A jedna latorośl 4 GW postanowiła (dla dobra środowiska) umrzeć. No cóż.
Za to potem Hathi (#jatakbardzosłoń) mogła dorysować drzewu uśmiech :P. Zaplanowałyśmy z Ikkim, że dla dobra przyrody zainstaluje w akademiku  huśtawkę z opony.

Potem zaczęło się już przedkolacyjne robienie z łazienki sztucznego akwenu. Ludzie nie chcieli wchodzić do łazienek dla chłopców? To nie problem. Akela stworzyła tabliczki “dla wilczków”. Już nikt nie miał obiekcji <3.

W międzyczasie wypracowałyśmy z Oo pierwsze świeczysko. Było nieogarnięte. Ale pozderko. Zasadniczo dało radę. Tylko w zielonej, zawsze, kiedy się zaczynała scenka, miałam poczucie, że teraz mam czas, mogę ogarnąć następne 3 piosenki i zabawę, a scenki wilczków były ultrakrótkie. Przynajmniej poniedziałkowe.

Błogosławieństwo od Akeli (Akel?), przytulaski od zwierzątek.

Co dalej w planie? Spanie wilczków i melanż kadry. Hm… Skończyło się tak, że dzieciom trzeba było opowiedzieć bajkę, uśpić (chloroformem), uśpić… jak nie wychodziło, to uśpić jeszcze raz.

– Macie 7 minut, żeby się ogarnąć, umyć zęby i położyć się spać.
– Ale… musimy posprzątać i (tutaj lista miliona rzeczy)
– Macie 6 minut.

Kocham Cię, Szary Bracie :P. Nie wszystkie akcje będę publikować, ale wszystkie kocham :).

Skończyło się na tym, że kiedy o 23.40 Baloo z Akelą (już po uśpieniu dzieci zdążyły się nawet umyć) poszły po sok do herbaty piętro niżej i nie wracały przez 20 minut, przestałyśmy już czekać na melo i po prostu poszłyśmy spać.
Straciłyśmy… sporo.
O 2.30 na parterze pojawiły się ubrane w mundur wilczki. Mówiąc, że one są już gotowe. Wow, to świetnie?  Tylko że… pobudka za jakieś pięć i pół godziny? 😀

Poranek był… trudny. Szczególnie jeśli się bierze pod uwagę, że czyjś budzik (i to czyjś – kadrowy) dzwonił od 7.00. O 7.00, o 7.05, o 7.10, o 7.15… I każda z nas poprzysięgała sobie krwawą zemstę. O 7.20 już nie zadzwonił. Jego szczęście.

Ikki zabrała dzieci na rozgrzewkę. Potem przyszła dłuuuuga dziura na: ubieranie-się-czesanie-się-wygrzebywanie-ze-śpiwora-tych-którzy-nie-byli-w-stanie-dotychczasz-niego-wyjść-ubierania-ich-i-czesania-ich. Przesadzam pewnie, zresztą nie brałam w tym udziału :P.

Potem apel.

Potem śniadanie.

Potem śpiewogranie po raz drugi. Pod koniec już z fazą.

ja: mówi cokolwiek

gromada: nieeeeeeeeeeeeeeeee

No dobra… Na olimpiadzie trochę im się odmieniło, zresztą była twórcza. Szczególnie bieg sprawnościowy.

W międzyczasie zniknął Baloo z Szarym Bratem. Oo uciekła już rano. Kraala została szóstka, ale i tak całkiem sensownie się ze wszystkim dawało radę.
Tylko tyle że nasza tajna misja z białej tablicy (a misje były… codziennie lepsze i boleśnie prawdziwe :D) nie została spełniona w 100%.

Po olimpiadzie-przed obiadem zostały jeszcze warsztaty z robienia zakładek z origami. Serdecznie pozdrawiam Akelkę K., która tego dnia wyrabiała 300% normy, prowadząc połowę zajęć.

No i przyjechała jeszcze Zosiak z tatą! I przywiozła nam słodzycze :P! Gratisowe dziecko trzeba było niestety odesłać do domku.

A ja miałam głupawkę. Bo na obiad była pomidorowa-a. Tak, znowu to śpiewały. W ogóle poczułam ból… wszystkiego, ze szczególnym uwzględnieniem głowy. Bo były głośno. Bardzo głośno.

W odwiedziny przyjechał potem nasz ksiądz – znaczy… Tak, nasz, to pojęcie względne. Ksiądzduspastez2gw. I bardzo dobrze, bo nie zdążyłybyśmy nijak na mszę o 15.00. Miałyśmy dzięki niemu mszę później.
Przed nią jednak (przed?) szykowała się jeszcze uczta Ikkiego.

I wszystko spoko. Tyle tylko, że włożyłyśmy galaretkę do zamrażarki, żeby szybciej zastygła. I trochę o niej zapomniałyśmy. Ikki przypomniała sobie na mszy, więc od razu po niej [nie żebyśmy były klasę obok] poleciałyśmy ją wyjąć. Zastygła. Nie zamarzła. Miała tylko na górze elegancki szron <3.

Dokańczanie i pałaszowanie deserku, mycie, kolacja, świeczysko, dobranoc, bajka o trzech słoniach i maharadży (podobno nawet słuchały – Hathiemu było wszystko jedno, bo główka miała ochotę wyskoczyć oknem), mycie, melo (tym razem się udało :P), dobranoc.

W międzyczasie czekania na melo, Basia zeszła do nas na dół, sprawdzić, co nas wszystkie magicznie wsysa.

Wstawanie było trudne. Na szczęście jeśli się nie budzi dzieci (rajskie życie nawet-nie-przybocznej w 8 (już) – osobowym kraalu, to nie trzeba się zrywać tak bladym świtem równo o 8.00 :D.

Za to już po śniadaniu (i po części wielkiego sprzątania i ogarniania, czy te dziury w drzwiach już były) czekało mnie wejście w paszczę lwa. Moje warsztaty, czyli piękne sam na sam z bandą… z gromadą. A nawet dwiema gromadami. Reszta w tym czasie dopinała wielkie łowy. Więc to było prawdziwe sam na sam.

Ale zostałam pozytywnie zaskoczona. Serio. Bardzo. I tylko śmiać mi się chciało, jak jakiś wilczek mnie zapytał, skąd ja się tak dobrze znam na śladach zwierząt… Magia internetów :D.

Łowy, psie – Sherekhanowe łapki z gipsu, a potem wielkie sprzątanie.

Scenki kończące zimowisko.

Apel. Mowgli dzwonił – udało się odtruć zatrutą przez Shere Khana rzekę.

Pociąg.

Powrót.

13 godzin snu.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: