Monthly Archives: February 2016

Syndrom gu-gu!

Tytuł alternatywny, do którego trzeba podłożyć odpowiedni dla każdego z 4 głosów dźwięk: “-ser – ser -ser -ser”

Nie we wszystkich wyczekiwanych przeze mnie imprezach miałam okazję uczestniczyć. Ale w warsztatach muzycznych – tak! I (jak to mówio i ja ostatnio też lubię) zaczęło się oczywiście NA PRZYPALE ALBO WCALE!

Zgodnie z tym właśnie hasłem w piątek 08.01 po półtorej godziny pisania matury próbnej z matematyki wyleciałam z sali, popędziłam do pożyczonej szafki, zostawiłamstrój, wypiłamzupkęztermosu, poleciałam do łazienki umyćtermos, zamknęłampożyczonąszafkę, poleciałamnałącznikzostawićtamkluczykodpożyczonejszafki, biegiem po plecak, biegiem na tramwaj. Mniej więcej w tym tempie. Mniej więcej na takim gazie.

Na dworcu była już cała reszta: Nati, Kaja i dwa Wojtki. Nie wsiedliśmy w pociąg do Gdyni, który wydawał się naszym pociągiem. Nie wsiedliśmy w pociąg do Warszawy, który już w ogóle wydawał się naszym pociągiem. Wsiedliśmy w pociąg do Krakowa. Było twórczo. Znaczy głównie spaliśmy / czytaliśmy. Ale potem za sprawą godzinnego opóźnienia dostaliśmy herbatkę. Jedna z czterech wylądowała na spodniach Wojtka… Zrobiło się gorąco. Wrzątek na ciele nie bywa przyjemny. Na ubraniu tylko trochę bardziej. No i w sumie nie do końca wrzątek.

W dalszej części podróży dowiedziałyśmy się, że opinia o tym, że przewodniczki tylko chodzą po górach i się modlą to nieprawda!. Jakby się przyjrzeć, to one głównie jedzą, przytulają się i się czeszą.

W końcu dotarliśmy. I zaczęła się fiesta. Dzieci weszły do sali gimnastycznej? Tak! Była tam piłka? Tak! I niski sufit? Nie szkodzi! 😀 A co jeszcze było? Na przykład miękkie miecze! Ale z nich zrobiłyśmy użytek dopiero po nieszporach. Straciłam nogę. Kaja rękę. Był fun. I prysznice z ciepłą wodą.

To były genialne dwa dni. Z cudnymi pieśniami. Jak coś jest w czterogłosie, to zawsze będzie piękne. Z dodatkiem orkiestry [2x skrzypce, 1x wiolonczela, 1x flet poprzeczny, 1x róg]? Jeszcze lepiej! W dobrym towarzystwie? Czegóż więcej do szczęścia?

Absolutne hity wyjazdu?
–> spacerek po Krakowie i sesja z głową. Kto był, ten wie c:.
–> zdjęcie, na którym pokazujemy wędrownikom, co umiemy. Uwaga! Tylko u nas na jednym ujęciu! Czesanie się, jedzenie i przytulanie!
–> wbijanie na jutrznię (kiedy ma się śpiewać hymn) tużtuż przed hymnem
–> impreza bez ludzi (y)
–> krakowska wigilia, rozkminy ceremoniałowe i zawirowania pt. młoda przewoweganka drużynową 2DK [wiosenne pozdrowienia dla Olgi z życzeniami przeżycia]
–> super GŚ w klasztornej kaplicy
–> zakupy przywiezione do klasztoru wózkiem zakupowym
–> odpałki? jasne, ale to nic nowego 😀

Marty Trebusz przypadki…

… czyli miesiąc w stylu Tygryska.

No właśnie. Wpis z warsztatów będzie osobno, nawet już jest, ale nie miałam czasu go wklepać, a teraz zgubiłam kartkę. To znaczy, że on gdzieś jest. Ale “gdzieś” powinno być odpowiedzią na wszystkie pytania w tym kontekście.

A ja mam do opisania kilka przypadków z ostatniego miesiąca. Miesiąca tak zakręconego poczwórnie w oktogon i trąbkę, że z miejsca pozdrawiam serrrrrdecznie.

Przypadek 1. – Koncert Skaldów – “O Boże, tu jest kotlet!”

Nie, nie byłam na nim (na koncercie). To znaczy byłam, ale samo bycie to by nie była aż taka atrakcja :P. Śpiewałam na nim. Śpiewałam ze Skaldami. Kosmos, nie?

Jak, co, dlaczego? Bo ESK. I w związku z tym koncert pastorałek – akurat w naszym kościele. A że Skaldowie potrzebowali chórków, a my mamy “diakonię muzyczną”, to się świetnie złożyło. Jak to mówią – na przypale albo wcale. Poszliśmy więc za tym hasłem i zaprezentowaliśmy się tam po jakichś 4 próbach. Dobrze, że był Piotrek, chociaż dzięki temu, że był naszym superdyrygentem (który przy okazji podśpiewywał tenory – bo generalnie lecieliśmy w trzygłosie), spóźnił się na swoją studniówkę.

No więc 16.01. rano byłam jeszcze na konkursie tłumaczeniowym (świetny język, świetna zabawa, świetny tekst), a od 16.00 lecieliśmy z ostatnią próbą.

Po występie natomiast dostaliśmy kolację, na której był bigos i mięso :D. Ale to tak btw. Było wesoło i przeuroczo, bo zostałam zaproszona na oazową wigilię. Co prawda oazą już nie jestem, ale jestem wciąż diakonią muzyczną. Więc zrobiło mi się tak, tak miło :).

Aha – podświadomość ludzka wygrywa u mnie wszystko. Pani, która nam przyniosła jeszcze jakieś jedzenie do naszej salki, powiedziała, że ładnie wyglądaliśmy i że możemy zrobić jeszcze jakiś taki koncert, jak się już nauczymy. Zrozumieliśmy to… podwójnie, powiedzmy, ze względu na brak wiary w to, że w ogóle było nas słychać i że to naprawdę mogło wyjść.

 

Przypadek 2. – wigilia oazowa – “-O, ktoś u Ciebie pali. – A nie, to sąsiad, obok. A… nie, to u mnie.”

Jak już wspominałam, cud, miód i orzeszki. Ale orzeszki w gorzkiej czekoladzie.

Ze względu na to, że mszę niedzielną odbyłam przed Skaldami, 17.01 mogłam przyjść trochę wcześniej i pomóc ogarniać. Chociaż do końca nie wiedziałam, czy chcę iść na Mszę, czy chcę iść im pomóc. Stanęło na pomocy. Stół był pięknie nakryty, więc trzeba było tylko zająć się jedzeniem.

Było cudownie. Pośpiewaliśmy kolędy, poskładaliśmy sobie życzenia. Bardzo, bardzo lubię tych ludzi i bardzo, bardzo lubię klimat takich imprez.

Kiedy wracaliśmy, pokazywałam Oli, gdzie ja właściwie mieszkam (skoro już tak prawie naprzeciwko, to w sumie mogłaby wiedzieć, gdzie). A ona pokazała mi tlącego się na balkonie papierosa.

No cóż. Zaczęła się śmiać, że oj, chyba doniosła na moich rodziców.
Zaczęłam się śmiać, że kiedy wrócę, to sobie z nimi poważnie porozmawiam na temat palenia w domu.

Babcia zmarła. Nie spodziewaliśmy się.

Co się przy okazji okazało? Że moje znajomości w środowisku kościelnym sięgają aż do Strzelina i że jeśli mam lekcje na 8.00, a pójdę na mszę o 7.00, to spóźnię się mniej niż 5 minut. Zimą, bo rano padał śnieg. Fajniutko c:.

Przypadek 3. – spotkanie ogniska – “Kim jesteś? Jesteś osiołkiem!”

Spotkanie dotyczyło śladu “praca”. O osiołkach tam jakaś mądra myśli niby też była, choć bardziej trafiła do mnie ta z warsztatów z wigilii krakowskiej. W każdym razie była konferencja Hanki, ciastka i rurki. I masowe “tulimy” Hani. No… Tak w skrócie. Tak. Jakoś :P.

Na czwartkową mszę środowiska nie trafiłam, bo było do zrobienia dużo wszystkiego… Na koncert moich znajomych też nie dotarłam. Ale polecam – Gate of Heaven, wyjutubujcie sobie, może Wam wpadnie w ucho. Mam przyjemność znać klawiszowca i powiedzmy, że znać basy. Tzn. znam, ale niezbyt blisko…

“Życie jest darem, musem do zbawienia,
Życie jest chwilą, przymusem do spełnienia,
Życie to wędrówka, by iść ku lepszemu,
Życie jest zbyt krótkie by nie oddać go Jemu!”

 

Przypadek 4. – ekhm… uroczystości – powiedzmy – rodzinne – “-Jestem synowa. – A ja jestem ksiądz. “

No właśnie. Choć spotkanie było niezbyt przyjemne, to kilka pięknych tekstów padło. Od jednej z  moich cioć, która stwierdziła, że ma “życiorys niezwykle skromny z punktu widzenia obyczajności” po tatę, który poprosił panią (która przyszła na nas nakrzyczeć, że pies szczeka), żeby była spokojna, bo to jego synek. Mówiłam już, że kocham moją rodzinę? 🙂

Przypadek 5. – studniówka – “Wiesz co… będzie spoko, tylko zmyj Jokera”

Jestem stworzona do takich dni. Po piątku, kiedy wróciwszy ze Strzelina wbiłam jeszcze na trening (a ludzie po drodze, chociaż to były tylko 2 przystanki, sprawili, że moja wiara w świat osłabła). A w ogóle to mam mocną fazę od jakiegoś czasu. Jest moc, generalnie.

W sobotę rano natomiast czekały na mnie wilczki. Całkiem fajnie było, chociaż musiałam się raz udać na emigrację wewnętrzną. Nie widziałam, nie słyszałam, mówiłam jak robot, a dzieci przy mnie skakały i krzyczały, czy mogą być nietoperzem. Ale to raz :P. Generalnie trochę było zabawy, teleturniej, picie herbatki, no i przede wszystkim wojna Baden-Powella z Burami, w której 4GW służyła za łączników. Złapanych prowadziłyśmy do więzienia.

Po zbiórce jeszcze Pasaż – prezent urodzinowy dla taty. Na przypale albo wcale… Idąc do babci na szybki pozbiórkowy obiad nie spodziewałam się niczego. Aż tu nagle słyszę takie “O, cześć Hathi!”. To było przeurocze <3.

Ale do sedna. Po obiadku ziuuuuu! do salonu fryzjerskiego “Akela zaprasza”. I to maksymalnie okrężną drogą, bo

  1. miałam tam być po 15.00, a
  2. wyszłam od babci wcześnie, żeby zdążyć kupić kotyliony, bo
  3. w dniu studniówki o 14.00 okazało się, że dyrekcja pytała, jaki chcemy kolor kotylionów tak dla zmyły – każda klasa miała sobie załatwić swoje, przy czym
  4. posiadanie kotylionu, zaproszenia i dokumentu ze zdjęciem było warunkiem wejścia na bal,
  5. więc pędziłam jeszcze do pasmanterii, ale
  6. zostało mi dużo czasu, bo pasmanteria okazała się zamknięta i
  7. mam kochaną Mamę, która załatwiała wrzosowe wstążeczki dla 20 0sób u nas na osiedlu.

W każdym razie wybrałyśmy ładne coś z internetu i to coś zagościło na mojej głowie. A Bożo była biedna, bo spała 1,5h i nie zdążyła po swojej zbiórce nawet nic zjeść, bo wbiłam tak 15:05. Więc ją kocham :D.

Potem jakoś tak jej współlokatorka zapytała, w jakim kolorze mam sukienkę. A, bo ona w sumie ma błyszczyk i lakier, które będą pasować.

Kto mnie zna, niech sobie wyobrazi, jak próbuję sobie pomalować usta. Błyszczykiem, który widać, bo jest ciemnoróżowy. Wyniki może sobie wyobrazić, czytając podtytuł. Jestem pełna podziwu dla dziewczyn, że nie wybuchnęły śmiechem. Bo chociaż malowałam się przy lustrze, to kiedy Bożenka wyraziła podtytuł, zgodziłam się z nim w 300% i sama dziko parsknęłam… 😀

Przyjechałam. Zatańczyłam poloneza z przygodnie złapaną z tyłu ogonka Emilką bez pary. Dwóch chłopaków, którzy bez pary stali obok, odmówiło tańczenia w 50%. Jak łaskę jeden robi, to trudno. Łaski BEZ. [Podobno pochód poloneza zamykało dwóch NAUCZYCIELI. Osobników płci męskiej. Dlaczego nie widziałam?]

Nie mogę sobie wybaczyć, że nie wzięłam nikogo ze sobą. Ale tańczyłam w kółeczku ze znajomymi i Aranchą. Więc w sumie też było fajnie, ale z kimś do pary byłoby fajniej :P.

Julka nadepnęła obcasem Matyldę, która do końca studniówki 2 razy zagościła w punkcie medycznym, żeby ratownicy jej to zamrozili.

Marysia zgubiła torebkę, która znalazła się pod marynarką Dymka na krześle obok. Ale znalazła się po dobrej godzinie szukania. Kiedy pochylały się nad nią mamy ludzi z innych klas, które aktualnie nas pilnowały, Julka (która zresztą sama była głównodowodzącą akcji poszukiwawczej) skomentowała to celnie: “mode <<mama>> włączony”.

Zadedykowaliśmy A. milion piosenek, a naszej wychowawczyni i p. wicedyrektor “A ja wolę moją mamę”. Nie puścili. A starałyśmy się bardzo, bo kiedy im zabrakło karteczek na dedykację, napisałyśmy ją na chusteczce.

Zwinęłam się stamtąd przed 4.00 z moim bardzo dzielnym Tatą, który przetrzymał nie tylko swój dyżur 19.00 – 20.00, ale i te kilka godzin dłużej.

To tylko jeden tygryskowy tydzień. Jak się trzymacie? 🙂

Przypadek 6. – śpiewamy w 3 osoby? no spoko… – “Ale partaczyliście” 

Po odespaniu studniówki okazało się, że wciąż bardzo chcę iść śpiewać z moimi. Sprawdzian z polskiego trochę utrudniał realizację tych planów, ale mózg wypływał, umiałam trochę, więc #YOLO. No to właśnie. Byłyśmy 3 + gitara. I partaczyliśmy równo. Przy śpiewaniu, przy modlitwie wiernych…

Ale Piotrek stwierdził, że było z jajem, więc właściwie to mu się podobało.

Czasami można. Byle nie za często… 😉 A tak poza tym to tak sobie fruwoskakałam.

Przypadek 7. – Myśmy w tym nie maczali palców! 

Na skutek narady wojennej przeprowadzonej na facebooku w niedzielę wieczorem napisałam do naszej wychowawczyni. Że właściwie to studniówka była. I że sprawdzian z dwóch epok w poniedziałek to naprawdę nie jest najlepszy pomysł.

Ale że nikt normalny nie sprawdza librusa w niedzielę po 22.00 , miałam się do naszej Szu przejść rano i zapytać o ostateczny werdykt jej jednoosobowego trybunału. Zawsze pojawia się pod drzwiami najpóźniej 10 sekund po dzwonku. Tym razem jej nie było. A po następnej lekcji w gablotce pojawiły się zastępstwa za nią.

Rury w jej domu zostały naszymi sprzymierzeńcami, zalewając dom. To naprawdę, naprawdę nie nasza wina. I było nam jej bardzo szkoda. Mimo wszystko.

Przypadek 8. – “Przy innym ogniu, w inną noc, do zobaczenia znów!” 

Sprawdzian został odwleczony na po feriach, za to zmierzyliśmy się z pięknymi (!) tekstami Buksy -> “Pantofelek” i “Sobota”. Kto ciekawy, niech poszuka ;).

Zawisł nade mną z kolei sprawdzian z historii. Hm. Niedobrze. Tym bardziej że właśnie w przeddzień sprawdzianu odchodził z parafii nasz diakon. Człowiek tak świetny, genialny i kochany, że po prostu no.
Więc nie mogłam się z nim nie pożegnać. Sprawdzian będzie zawsze mniej ważny od ludzia.

A on sam zresztą powiedział, że na jakimś evencie harcerskim się spotkamy. Miejmy nadzieję, że spotkamy się w ogóle. Ma do nas przyjechać na prymicję!

A tak parę dni później facebook wyrzucił muzycznie od niego coś takiego: https://www.youtube.com/watch?v=s-BxmhGwcI0. Całkiem fajne. Głównie pierwsza zwrotka.

 

Przypadek 9. – turniej – “no to hop!” 

Tym razem skończył się o 22.30. No i cóż ja mam mówić. Bardzo szkoda, że mamy drugie miejsce. Trzecie byłoby hańbą (w tamtych okolicznościach). A przegrałyśmy finał z zespołem, z którym wygrałyśmy wcześniejszy mecz… Szkoda. Ale uwielbiam tak spędzać dzień. Na boisku. Walić gwoździe w trzeci metr, cieszyć się jak wariatka nowym punktem i nie psuć zagrywki przy wyniku 23:24, przy grze z zespołem… godnym. To było mega! 😀

 

Przypadek 10. – 18-tka Kai – “Kraina jednorożców – zapraszamy” 

Niestety po turnieju i kilku tańcach kolanka odmówiły mi współpracy. Szkoda bardzo. Ale stwierdziłam, że jakoś to będzie i zostaję. Siedziałam w kuchni, z mniej lub bardziej stałą ekipą.

Robiliśmy drinki, wymyślaliśmy nowe kreatywne (smak dzieciństwa byłby mlekiem z nutellą, gdyby nie to, że mleko ważne teoretycznie do dnia imprezy było skisło), zbieraliśmy napiwki na dziary -> wyszło tego ze 20 zł, więc umówiliśmy Kaję na dziaranie do czyjejś znajomej. A to wszystko na trzeźwo, patrzcie państwo, jak pięknie :D. No i dziewczyny jeszcze porwały z kuchni mąkę i pobiegły w ciemnych sukienkach się nią rzucać.

 

Przypadek 11. – wieczorno-nocne spotkanie ogniska – “Mój stary nie przeżył upadku ze schodów” 

Ten przypadek był po prostu na feryjne wyluzowanie się. Spotkanie młodego ogniska w mieszkanku szefowej. W planie film, gry, jedzienie… Bajeczny wieczór :). Z bajecznie pysznym pieczonym jabłkiem z kruszonką i pizzą. I “Panem od muzyki”. Przypomniałam sobie, że to śliczny film.

No i (oczywiście) poleciało kilka dobrych tekstów.

Na przykład podczas gry w Blitz!. Zasadniczo chodzi o to, że na środku leży 5 przedmiotów: niebieska szczotka, czerwony ręcznik, biały duch, zielona żaba i szara wanna. Na kartach są różne obrazki. Kiedy jakaś karta zostanie wyłożona, trzeba jak najszybciej złapać przedmiot, który na niej jest (czyli jeśli widzimy zieloną żabę w czerwonej wannie, to łapiemy żabę. Wanny nie, bo wanna jest szara.) albo jeśli nie ma na karcie nic sensownego, to łapiemy przedmiot, którego nie ma, w kolorze, którego też nie ma (widzimy zieloną szczotkę na białym ręczniku, to łapiemy szarą wannę). No więc ktoś w ferworze walki porwał ducha. Więc powiedziałyśmy “oddaj ducha”. A potem już przyszło spontaniczne “po tych słowach oddał ducha”. Nie o takie znaczenie nam chodziło, no ale… 😉

A drugi tekst narodził się podczas rozmowy o telefonach. Rozmowa dogasała. I wtedy padł podtytuł. Kurtyna. Mogę mieć problemy przy zaliczaniu śladu “Rodzina”…