Wpis poświęcony cisowi poświęconemu

Mam w tej chwili w głowie bardzo radosny chaos. Proszę o wybaczenie, jest on wynikiem Wielkanocy, dużeeeej ilości wolnego czasu, w którym mogę nie będę robić nic, słuchania nowej płyty Luxów (premiera w prima aprilis, ale kilka kawałków na youtubie śmiga), porządku w domu, który jest moim dziełem i jestem dumna, no i duuużej, choć trochę mniejszej ilości cukru w krwioobiegu, bo generalnie mazurki :D. Więc rozumiecie, endorfinki na poziomie wygórowanym. No i nie zapominajmy o tym, że wiosna i słoneczko.

Ale chciałam o pielgrzymko wędrówce. I z tego wszystkiego zapomniałam, że wpis miał być pod tytułem “Niespodzianka”.

Pierwsza niespodzianka? Pojechałam na pielgrzymko-wędrówkę. Na 2 pełne dni zostawiłam w spokoju książki, zeszyty, notatki. Nie wiedziałam, że to możliwe. Możliwe. Niespodzianka! 😀 I wróciłam taka… szczęśliwa i wypoczęta, jak dawno nie.

W ciągu weekendu niespodzianków było ich jeszcze kilka, ale to na razie zostawmy.

Po pierwsze: wilczki są spoko. Nie wiem, czy mogę to pisać, bo wszystko może obrócić się przeciwko mnie, ale wilczki są spoko :).

Trasa była krótka i milutka. I dobrze się w jej czasie śpiewało. No bo wilczki śpiewają. I ja też. Znaczy mamy coś wspólnego :D.

A że po drodze już nie było tłumu, za którym można by podążać, podążyłyśmy bez tłumu trasą alternatywną. Szlaku tam co prawda nie było, ale był za to ptak drapieżny. I… źle to zabrzmi, ale: był bardzo ładny, chociaż zdechły.

Pod wejściem na teren klasztoru zrobiłyśmy ostatni postój. No cóż, czwarta zawsze tam ma. To zrobiłyśmy. Pogoda tego dnia też była bardzo ładna, zrobiło się trochę piknikowo. Tak… po prostu fajnie.

Potem w kościele próba śpiewu. Lecimy na czterogłos. Czterogłos. To wyjaśnia wszystko <3. Chyba nawet ładnie było…

A potem – jak zwykle zresztą – trochę na przypale. Po obiedzie OMP przejęło pod swoje skrzydła dzieci. Przedszkolaki. Heheszki. Ja i wilczki – to już przerabiałyśmy. Ja i przedszkole? Tego jeszcze nie grali – zapraszam.

Na początku byłam lekko przerażona. No, mamy się zająć grupą kilkunastu czterolatków… Świeeeetnie. Yyy… A czym się je je?

Uciekłam na chwilę, bo “koniecznie musiałam” pokazać części 2DW, gdzie jest toaleta bez kolejki. Mla Oastyna (z którą w temacie dzieci się rozumiemy dość dobrze :P) mówiła, że jej w zeszłym roku nikt nie uratował… Ale w sumie nie akceptuję czegoś takiego jak dezercja. Co to ma być? Wróciłam. Przeżyłam.

Niespodzianka. Okazało się, że z przedszkolem da się przeżyć. Ale tylko w silnej grupie :P.

W pewnym momencie jedno z dzieci uciekło od reszty i ze swoją butelką z mlekiem schowało się pod krzesłem. Ja lekki zonk. A że Amelka jest bardziej prodziecięca, to zapytałam jej grzecznie, co mam właściwie zrobić z dzieckiem, które siedzi pod krzesłem. Popatrzyła na mnie z lekkim politowaniem, oznajmiając, że nie mam podejścia do dzieci. Też mi niespodzianka… Doskonale o tym wiem :D. A młoda na kolankach u Amelki wyglądała przeuroczo (tutaj jest miejsce na “ooooooooo <3”).

W pewnym momencie byłyśmy bliskie tragedii. Skończyły nam się zabawy. A nowe, które próbowałyśmy ogarnąć, były za trudne… I wtedy (ty też bądź bohaterem w swoim środowisku) przyszła z odsieczą Dorotka. Dorotka, która pracuje w przedszkolu. Ojej, jak dobrze! 😀 A jeszcze lepiej, że dzieciaki przy zabawie “na dywanie siedzi jeż, co on robi, to my też” były w stanie zająć się sobą przez dobrą chwilę.

A pod koniec tej całej hecy zadzwonił do mnie ktoś z abstrakcyjnego wrocławskiego numeru. Abstrakcyjnie był to proboszcz. Który, zapytawszy mnie, co robię, dowiedział się, że właśnie zabawiam radosną małoletnią grupę. To było osobliwe.

Konferencja dla rodziców skończyła się trochę później, niż według planu miał się zacząć apel, więc niestety nie miałam za dużo czasu na gadanie z ludźmi, rozmawianie z ludźmi, spotykanie się z ludźmi, gawędzenie z ludźmi i przytulanie się z ludźmi. To udało się w biegu po apelu, kiedy już przyniosłyśmy z auta Werki nasze wędrówkowe jedzonko.

Okazało się wtedy, że (niespodzianka! i to taka MEGA pozytywna) -> Tarpan ma już 4 osoby. To znaczy, że będzie mógł być uznany! No i Zosia jeszcze cała szczęśliwa oznajmiła mi, że zemdlała na mszy. Właściwie przed mszą. Dostała takich fajnych drgawek. Uwielbiam człowieka :D.

Z Renia była Wiki. Bo Patka skrętokostka. W sumie szkoda, że nie było czasu. Lol, czemu nie było czasu? Hm… w przyszłym roku już więcej osób będzie przewodniczkowo. Będzie można się z nimi integrować gdzie indziej.

Wieczorem pomachałyśmy autobusom i zaczęłyśmy działać same. Warto zaznaczyć, że w tym samym czasie swoją wędrówkę mieli młodzi wędrownicy. Którzy wyszli tuż po obiedzie. Którzy szli na Gromnik. Którzy spali w namiocie. Ja wiem, że jest wiosna, ale, kurczę, chyba trochę zimno…

Kiedy zameldowałyśmy się w żeńskim internacie czekała nas kolejna niespodzianka. Zasadniczo spałyśmy w czyimś pokoju, bo ktoś wyjechał na weekend. Znaczy trzy ktosie. Znaczy dwa ktosie, ale trzeci ktoś się na naszą potrzebę przeprowadził na noc. I po ogarnięciu, że szkoła chyba z profilem wojskowym, a na pewno ratowniczym, ale zasadniczo sprawiająca wrażenie mocno ordnung must sein, spodziewałyśmy się nie wiadomo czego. A dziewczyny były naprawdę bardzo, bardzo miłe. Pożyczyły nam czajnik. Nawet dwa czajniki. I same to zaproponowały. Herbatę też nam dały. Ta, którą “wyrzuciłyśmy” z pokoju wchodziła po swoje rzeczy, bardzo pytając, czy nie przeszkadza. Pytały, o której chcemy iść spać, żeby nam nie przeszkadzać. To było… wow.

A nam na kolacji zaczęła się ostra faza. Od tego, że znajomi Nati “les gusta tocarse”, po pytanie, dlaczego właściwie włącza się lampa na fotokomórkę, skoro NIKT się nie rusza i drugie, co właściwie przypomina wielkie zielone coś w jadalni. Nie doszłyśmy do wniosków. Za to do północy grałyśmy w tabu. Też na mocnej głupawce momentami. Eh. Takie radosno-nostalgiczne eh ;).

Rano, po śniadaniu, poszłyśmy z Kają poćwiczyć psalmoczytanie. A ksiądz na to, czy chcemy mękę.  No to czytałyśmy mękę. Byłam motłochem. Aha, oczywiście umówiłam się z organistą na inną melodię, niż finalnie zaśpiewałam. Więc wolałam się mu nie pokazywać na oczy.

Trasą do rozdroża. Obiad – leczo. Tak bardzo reniowo. Powrót przez błotko. I ślady wilkopsa.

A potem pociąg do Wrocławia, na który ZDĄŻYŁYŚMY i przez całą drogę zastanawiałyśmy się, czy mamy bilet. Cóż, skoro zostawiłyśmy plecaki w przedziale konduktorskim, byłoby głupio nie mieć. Ale nie sprawdzali. Więc wciąż nie wiemy, czy sześciogodzinny bilet na koleje dolnośląskie obowiązuje też na przewozy regionalne. Ktoś wie?

Jeju, było tak, tak pozytywnie! I tak pozytywnie! Że po prostu pozytywnie. Amen. Alleluja :P.

Aha, ponieważ wpisu tridualnego nie będzie, bo nie bardzo jest z czego, to tylko parę słów o anegdotkach z naszej adoracji. Jak lektorzy ćwiczą mękę, to czasem tworzą ciekawe rzeczy. Jak na przykład (lepiej to sobie wyobrażać śpiewane) “I wtem zapiał kur. Kukuryku!” albo “Odpowiedzieli murzyni”. Lubię moją parafię.

I jak to mówi jeden jutuber na końcu swoich odcinków – papatki, buziaczki… i w ogóle ;).

Aaa, nie napisałam, o co chodzi z cisem poświęconym. Jest w Henrykowie. Sadzony przez biskupa, poświęcony przez papieża. Serio. Serio, serio :D.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: