Monthly Archives: April 2016

“Z gałązką lauru Grek ulicą bieżył. I padł, wołając: zwycięstwo! Już nie żył”

Co robią wrony? Kraczą. I zdarza im się coś wykrakać.

Cześć, jestem wrona…

Wędrówkowo! Dziewczyny do Trzebnicy do ss. Boromeuszek dotarły w piątek wieczorem. Ja wtedy akurat wracałam z treningu, wyprowadzałam psa i pilnowałam domu. Do wesołej gromadki dołączyłam w sobotę rano. A było tak aktywnie, że ta sobota i początek niedzieli starczy mi za całą wędro :).

Po śniadaniu trafiłyśmy do klasztornej kaplicy na mszę. Maja miała klamko-klucz, magicznie otwierający drzwi nie posiadające własnych klamek, więc czułyśmy się trochę jak panie przestrzeni :P. Tyle tylko że nie mając oglądu sytuacji przyszłyśmy tam w swetrach i kurtkach. Cóż, jak się okazało, nie we wszystkich kaplicach jest zimno. A w takich, które są integralną częścią klasztoru, to nawet rzadko kiedy bywa.

“Świętymi bądźcie, bo Ja jestem święty.”

Tak się złożyło, że trafiłyśmy na mszę kończącą boromeuszkowe rekolekcje. Z całkiem fajnym kazaniem (z którego po wyjściu niczego nie pamiętałam, ale wierzę zachwyconej reszcie mojego ognia :P). Pamiętam, że dominikanin prowadzący reko przywiózł z Jerozolimy jakiś olejek i namaszczał nam nim ręce z ww. fragmentem biblijnym na łustach. Przesłanie: mamy nieść zapach świętości innym. Ładnie pachniał ten olejek.

Świetnie. Tuż po mszy się zebrałyśmy do pomocy siostrom i noszenia innym zup, herbatek i chleba. Było aktywnie, latałyśmy tak z tymi wazami do 14.30. A przy okazji siostry nam opowiedziały sporo ciekawych rzeczy. Coś o mariankach, które przeprowadzały tego dnia nalot na klasztor i o dużej drodze św. Jadwigi – miejscowym szlaku turystycznym. Hm… brzmiało tym ciekawiej, że po południu miałyśmy ruszyć w trasę. A tak btw, przy okazji roznoszenia kapuśniaku też dostałyśmy kapuśniak, więc zupkę miałyśmy już tego dnia z głowy (nie żeby w pierwotnym jadłospisie była pomidorowa).

Kiedy już skończyłyśmy, zjadłyśmy kupione bułki i później kupione lody (przysposobione razem z jedzonkiem na planowany obiad), zaczęła się trasa. Nie, nie mogłyśmy wybrać jednej, prostej i od początku nią iść. W sumie nie wiem, co się działo z mapą, ogarniałyśmy ją parę razy, a za każdym inaczej :D. Więc tras alternatywnych powstało nam kilka. A szukając tej jedynej poznałyśmy przy okazji kilku ludzi o ciekawych poglądach, którzy zainspirowali nas do jeszcze ciekawszych rozmyślań. Zakończmy tym, że zaliczyłyśmy po prostu fajny, długi spacer z gotowaniem ciapai na ogniu. Tak, ciapai. Jak się nie chce inwestować w makaron o 2 złote droższy i gotuje się go na wodzie gazowanej, to wychodzi ciapaja. Ciapaja była bez soli, miała za to oliwki i pomidorki (dla chętnych jeszcze kukurydza). Hm… jak to powiedział kiedyś Simba, było to “ohydne, ale sycące”. Okej, ohydne nie było. Jadłyśmy gorsze rzeczy. Ale żeby wyszło jakieś superaśne, loffki and kisski, to powiedzieć też nie można :D.

Ale za to szłyśmy lasem, nie byłyśmy już głodne… Całkiem przyjemna sytuacja, taka sytuacja. Tyle tylko że od czasu do czasu myślałam sobie, że w sumie mój fizyk mieszka w Trzebnicy. Haha, hehe, ale śmiesznie byłoby go spotkać. Haha. Hehe.

Hehe.

W lesie zaczęłyśmy różaniec. Przy trzeciej tajemnicy, śpiewanej radośnie na pół gardła, w zasięgu mojego wzroku pojawiło się czerwone auto. Dla wyjaśnienia – JEGO czerwone auto. A on sam na moje ‘dzień dobry’ odpowiedział, ale z wielkim zonkiem. A mnie cóż pozostało? Banan na ryj, zaczynam śpiewać różaniec jeszcze głośniej i oddalać się stamtąd jak najszybciej. Cześć, jestem wrona. Moja pierwsza lekcja jutro (i w sumie jedyna) to fizyka x3… 😀

Do klasztoru wracałyśmy w deszczu. Ale był też plus: kupiłyśmy ciastka.

Na wieczór została nam… cała reszta planu. Takie tam dwie konferencje, kolacja i świeczysko. No, może jak się uda, to planowanie pytań na speed dating z HR-kami. A w sumie to Maja ma jeszcze warsztaty. Nie zrealizowałyśmy tylko tego ostatniego. W sumie to po kolacji chciałyśmy jeszcze robić kisiel, ale patrząc na zegarek zdecydowanie odstąpiłyśmy od tego błyskotliwego pomysłu.

Moja konferencja, co to myślałam, że potrwa pół godziny, potrwała dłużej. Ale słyszałam, że się podobała, więc w sumie daję okejkę. Podobnie jak konferencja Hani o komunikacji, zamieniła się w wymianę wrażeń. A jak każdy dorzuci do konfy coś swojego, to wychodzi c:.

Doszłyśmy do wniosku, że mój anioł stróż musiał mieć ze mnie niezłą bekę, kiedy nadawałam do niego oczami morsem (tak na wszelki, bo skoro anioły nie znają naszych myśli, to skąd mam wiedzieć, czy on wie, co do niego myślę…). Nie patrzyłam na to od tej strony, ale zgadzam się w 100%. Doszłyśmy do wspólnego wniosku, że kiedy się myśli do niego, to wie, co się do niego myśli ;).

Przed 23.00 zabrałyśmy się za wymyślanie scenek na świeczysko (#Ekspresja – wielki powrót -> już w kinach), myśląc naiwnie, że scenki zrobimy w 5 minut, pójdziemy się myć 23.15 i ze wstaniem o 6.00 nie będzie aż takiego problemu… Nie będę tego komentować. O 23.15 zaczęło się świeczysko. Przynajmniej było twórcze i można było pośpiewać (y).

Dziś? Pobudka o 6.00. W kaplicy 6.35. Wbijamy ćwiczyć czytaniopsalm, a tu jutrznia. Ale siostry są super, więc i tak ćwiczymy. Spiny nie ma. 7.00 – msza, uroczysta, proojczyźniania. 8.10 – powrót do nas. 8.25 – śniadanko. 8.45 – zasuwam na pociąg.

9.50 – jestem na dworcu.
11.00 – wyjeżdżam na mecz.
11.30 – rozgrzewka
12.00 – lecimy z tym koksem 🙂

Nasza III kolejka. Wcześniejsze dwa mecze przegrane. Minimalnie, ale jednak boli, tym bardziej że: a) mogłyśmy były wygrać, b) w II lidze wygrywałyśmy wszystko, c) halo, w I kolejce przegrywałyśmy w tie-breaku 23:21 bodajże. Mam przypominać, że tie-breaka gra się do 15 zasadniczo?

Mecz z Limonkami, idealny na przełamanie.

1 set poszedł. Szkoda. Nic to. Gramy, gramy.
Skład co najmniej “mógłby być większy”: 1 przyjmująca w pracy, 1 atakująca na turniejomeczomistrzostwach z inną drużyną, 2 przyjmująca w sumie nie wiem gdzie. Chyba też coś z pracą. Ostatnio jest nas mało.

12.20 – wchodzę na drugiego seta, modląc się, żebym zepsuła tylko tyle, ile naprawdę, naprawdę muszę [w pierwszym Ala z Olą]
12.30 – cóż to się dzieje, panie i panowie? Na boisku są trzy środkowe. Jedna podmieniła przyjmującą. To znaczy, że prawie na pewno już nie zejdę z boiska. Przynajmniej nie w tym secie. Więc? Z jednej strony spina pozytywna, z drugiej negatywna, czyli wypadkowa zadowalająca.

12.40 – będzie tie-break. Uff. A w nim znowu 3 środkowe, jedna na nie do końca swojej pozycji ;).

Jestem też pełna podziwu dla przyjmującej i naszego ekskapitana, który podmieniony wciąż się uśmiechał (tak mega, mega pozytywnie nakręcająco) i stwierdził bezproblemowo, że niech trzecia środkowa zostanie. Bo ta zmiana to dobry pomysł.

Tie-break został wygrany! 😀 Jeju, ale byłam szczęśliwa. Co prawda po tym 15. punkcie darłyśmy się okropnie, ale było cudownie. I w końcu pranie koszulki będzie miało sens…

Z meczu tata zgarnął mnie autem i pojechaliśmy na obiad do babci. Tam się dziecko najadło. Próbowało się też wyspać, ale tego dzieła dopełni pewnie dopiero w nocy.

Za to w domu wlazłam pod ciepły, rajski prysznic i w luźne, rajskie ciuchy. I to było to, czego tygrysek potrzebował po dwóch dniach na wysokim biegu.

Lubię tak! 😀 I może nie umarłam, jak ten Grek biedny, ale paść, wciąż padam…

:)

Tytuł chyba mówi sam za siebie.
Uwielbiam takie wpisy jak ten, bo powstają wtedy, kiedy jestem szczęśliwa. Bardzo.

A dlaczego dziś?
Po pierwsze dlatego, że jest niedziela. A to znaczy, że wbrew temu, co wcześniej planowałam, zrobiłam sobie wolne od nauki do olimpiad. A powiem Wam, że serio, 5 dni kucia daje mooocno w kość. Znaczy w mięsień. Bo mózg to mięsień… Prawda? Nie… nieprawda. No to… W każdym razie dość silnie męczy.

Po drugie dlatego, że pogoda jest piękna. I już nie ma wiosny, zaczyna się robić lato.

Po trzecie dlatego, że zaliczyłam główny punkt programu dzisiaj.

Wczoraj rano (bodajże) dostałam sms-a od Piotrka. Śpiewamy na mszy o 15.00. Mogę? A no nie mogę. Nie mogę, bo materiału dużo, mecz rano, na którym być muszę, kilka dni do olimpiad i generalnie poza nauką to nic nie mogę.

A to ci heca! Okazało się, że mogę. Na takie wydarzenie jak msza powitalna nowej parafianki – św. Faustyny Kowalskiej – nie tyle mogłam, co wręcz musiałam przyjść i odrzucić wszystko inne.

Tak. Mamy w parafii relikwie św. Faustyny. Patronki Renia mojego :D. Tej samej, która nam zrobiła parę rewolucji w zastępie. Takich, o które nawet nie pamiętam, czy prosiłam. Ale nawet jeśli prosiłam, to się nie spodziewałam. I w ogóle. Faustyna jest super.

Kontynuując. Kiedy o 12.00 skończyłam mecz (przegrałyśmy, niestety), myślałam, że wrócę do domu i zrobię sobie lajtowe powtórki. Żadnego kucia, ale tak, żeby jednak coś porobić. Po południu przy tych lekkich powtórkach odpocznę, posiedzę z rodzicami robiąc fiszki, a wieczorem wrócę do ostrego tyraj-misiu.

A potem przed 14.00 stwierdziłam, że nie obchodzi mnie nauka. Odpoczynek mi się należy, jak psu sadło, mamy niedzielę, taki chrześcijański szabat, do cholery, a poza tym moje serduszko rwie się do śpiewania, do ludzi i do Faustyny. I o 14.00 zjawiłam się na próbie, na której mnie miało nie być, po której nastąpiła (na której miałam być ewentualnie, bo 2 godziny wyrwane z życia to co innego, niż cztery) msza.

I w ogóle… jeju. Jeju, jeju.

Tak, wszystko zrozumiałe, prawda :D?

Wiosna, Komunia Święta przyjmowana razem z resztą naszej diakonii muzycznej już po mszy, tuż przed tabernakulum, relikwie Faustyny. Możliwe, że tylko mnie to nakręca. Nie ma znaczenia przecież, gdzie i z kim przyjmuje się sakrament, prawda? Wystarczyłoby: Komunia Święta. Ale jakoś tak… Jestem szczęśliwa :).

I jeszcze okazało się, że z trzech pieśni, które śpiewaliśmy, dwie należą do moich ulubionych. “Zbliżam się w pokorze” – niektórym się nie podoba (nigdy nie ma tak, żeby się wszystko wszystkim podobało), rzadko śpiewamy, ale to miód na moje uszy. Szczególnie w trzygłosie. I “Przyjmij, Panie, nasze dary”. Też w trzygłosie. Zabrakło basu. Ale byliśmy w piątkę, więc jak dla mnie miodzio. Znów.

I poszliśmy do salki. Na ciasto. A potem wróciłam do domu. I przyjechała babcia. Graliśmy w omnibusa.

A pod wieczór sesyjka z mamą o zapożyczeniach. Jak widać habilitacja do czegoś się przydaje :D.

No. Jest dobrze.

Jutro wracam do pracy, ale to nie ma znaczenia.
Dzięki dzisiejszemu dniu będę w stanie wrócić. I może nawet nie marudzić :D.