:)

Tytuł chyba mówi sam za siebie.
Uwielbiam takie wpisy jak ten, bo powstają wtedy, kiedy jestem szczęśliwa. Bardzo.

A dlaczego dziś?
Po pierwsze dlatego, że jest niedziela. A to znaczy, że wbrew temu, co wcześniej planowałam, zrobiłam sobie wolne od nauki do olimpiad. A powiem Wam, że serio, 5 dni kucia daje mooocno w kość. Znaczy w mięsień. Bo mózg to mięsień… Prawda? Nie… nieprawda. No to… W każdym razie dość silnie męczy.

Po drugie dlatego, że pogoda jest piękna. I już nie ma wiosny, zaczyna się robić lato.

Po trzecie dlatego, że zaliczyłam główny punkt programu dzisiaj.

Wczoraj rano (bodajże) dostałam sms-a od Piotrka. Śpiewamy na mszy o 15.00. Mogę? A no nie mogę. Nie mogę, bo materiału dużo, mecz rano, na którym być muszę, kilka dni do olimpiad i generalnie poza nauką to nic nie mogę.

A to ci heca! Okazało się, że mogę. Na takie wydarzenie jak msza powitalna nowej parafianki – św. Faustyny Kowalskiej – nie tyle mogłam, co wręcz musiałam przyjść i odrzucić wszystko inne.

Tak. Mamy w parafii relikwie św. Faustyny. Patronki Renia mojego :D. Tej samej, która nam zrobiła parę rewolucji w zastępie. Takich, o które nawet nie pamiętam, czy prosiłam. Ale nawet jeśli prosiłam, to się nie spodziewałam. I w ogóle. Faustyna jest super.

Kontynuując. Kiedy o 12.00 skończyłam mecz (przegrałyśmy, niestety), myślałam, że wrócę do domu i zrobię sobie lajtowe powtórki. Żadnego kucia, ale tak, żeby jednak coś porobić. Po południu przy tych lekkich powtórkach odpocznę, posiedzę z rodzicami robiąc fiszki, a wieczorem wrócę do ostrego tyraj-misiu.

A potem przed 14.00 stwierdziłam, że nie obchodzi mnie nauka. Odpoczynek mi się należy, jak psu sadło, mamy niedzielę, taki chrześcijański szabat, do cholery, a poza tym moje serduszko rwie się do śpiewania, do ludzi i do Faustyny. I o 14.00 zjawiłam się na próbie, na której mnie miało nie być, po której nastąpiła (na której miałam być ewentualnie, bo 2 godziny wyrwane z życia to co innego, niż cztery) msza.

I w ogóle… jeju. Jeju, jeju.

Tak, wszystko zrozumiałe, prawda :D?

Wiosna, Komunia Święta przyjmowana razem z resztą naszej diakonii muzycznej już po mszy, tuż przed tabernakulum, relikwie Faustyny. Możliwe, że tylko mnie to nakręca. Nie ma znaczenia przecież, gdzie i z kim przyjmuje się sakrament, prawda? Wystarczyłoby: Komunia Święta. Ale jakoś tak… Jestem szczęśliwa :).

I jeszcze okazało się, że z trzech pieśni, które śpiewaliśmy, dwie należą do moich ulubionych. “Zbliżam się w pokorze” – niektórym się nie podoba (nigdy nie ma tak, żeby się wszystko wszystkim podobało), rzadko śpiewamy, ale to miód na moje uszy. Szczególnie w trzygłosie. I “Przyjmij, Panie, nasze dary”. Też w trzygłosie. Zabrakło basu. Ale byliśmy w piątkę, więc jak dla mnie miodzio. Znów.

I poszliśmy do salki. Na ciasto. A potem wróciłam do domu. I przyjechała babcia. Graliśmy w omnibusa.

A pod wieczór sesyjka z mamą o zapożyczeniach. Jak widać habilitacja do czegoś się przydaje :D.

No. Jest dobrze.

Jutro wracam do pracy, ale to nie ma znaczenia.
Dzięki dzisiejszemu dniu będę w stanie wrócić. I może nawet nie marudzić :D.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: