Hiszpańskie bailando, dzień pierwszy.

Śdm-y pełną gębą. Jak już pisałam, wyjechali dziś rano. Kocham ich, ale chwała Panu! Teraz przynajmniej mogę się zabrać za opisanie tego, co się tutaj od czwartku zadziewało, a było tego… sporo. Przez wszystko przebija się hiszpańska mańana, ale cóż zrobić, taka nacja. Trzeba kochać.

#dzień1 – stan pełnej gotowości – czwartek

W środę wróciłam z wędrówki w Górach Sowich, gdzie w drodze powrotnej z Wielkiej Sowy tłumaczyłam maila do naszych Hiszpanów. Rano, po włączeniu telefonu (9.00) znajduję tam  sms od Jagody, wysłany ok 23.00 dnia poprzedniego. Lucas pyta, czy odbierzemy też z lotniska ludzi, którzy przylecą.

Jakich, kurna, ludzi z lotniska, przecież wszyscy mieli przyjeżdżać autokarem?!

Do Jagody leci tłumaczenie. Odpowiedź przychodzi ok.12.00: Jak to jakich ludzi z lotniska. No przecież dostaliście excela z rozpiską lotów.

Tak? No dobra, chociaż pierwsze słyszę. I nie tylko ja. Nasz koordynator też. Księża też. Jagoda również. W czym jest problem? Że jedna para już wylądowała.

Do Hiszpanów leci odpowiedź, że te 2 muszą sobie poradzić. Po resztę pojedziemy.

Od Jagody przychodzi odpowiedź, do Jagody leci tłumaczenie. “Jak to nie przyjedziemy po te 2? One mogą co najwyżej poczekać na następny lot za 2 godziny”. W międzyczasie Jagoda z księdzem jadą na lotnisko po sierotki.

Na lotnisku rozmawiają przez telefon z wolontariuszką. Nie mogą się znaleźć. Po wymianie pytań i odpowiedzi jak są ubrani i gdzie stoją i stwierdzeniu, że tam, gdzie stoją, ewidentnie i zdecydowanie ich NIE MA, okazuje się, że sierotki owszem, już są, ale w Warszawie.

Tu zaczyna się moja przygoda. Idę na plebanię, żeby jak Jagoda wróci z księdzem z lotniska zadzwonić do Lucasa. Dzwonię. Lucas dzwoni do sierotek. Sierotki kupiły sobie bilet nie tam gdzie trzeba. Warszawscy wolontariusze wsadzają sierotki w pociąg. My po odebraniu informacji o lotach zmieniamy godzinę zbiórki wolontariuszy z 18.00 na 15.00. Do naszego koordynatora nie idzie się dodzwonić, bo dnia poprzedniego zgubił telefon. Idę do niego w odwiedziny razem z męską koszulką xxl (wybór był między damską s, a męską xxl). Nadmienię tylko, że Piotrek jest mały. A koszulka jest duża. Wyglądają razem przeuroczo.

Zbieramy się o 15.00. Na 16.35 jedziemy w kilka samochodów na lotnisko po 16 Hiszpanów. Wychodzą. I wychodzą. I wychodzą. Jest ich 21. Chwilę zajmuje ustalenie, że nasi też tam są i że jest ich 15. No dobrze. 2 sierotki idą do innej parafii, ale nie wiedzą gdzie. 6 sierotek idzie do jeszcze innej parafii, ale nie wiedzą, dokąd. Powoli się dowiadują, że Oława i Strachocin, my powoli zgarniamy naszych. Szybko dzwonimy do sztabu głównego, bo z sierotkami nie ma kto zostać. Ja muszę tłumaczyć u nas. Ochrona lotniska szybko pyta nas, czy ta walizka pod ścianą jest nasza i po odmownej odpowiedzi szybko otacza ją taśmą. Znika nam jeden problem – zahaczają taśmę o zostawione przez Hiszpanów wózki, więc wózkami nie muszę się już przejmować. Dwaj z Hiszpanów szybko biegają po lotnisku łapiąc pokemony. Kurtyna.

Recepcja 15 Hiszpanów przebiega u nas w parafii dość sprawnie. Odprowadzam jedną trójkę do domu. Rodzina mówi do nich po polsku, nic nie rozumieją, ale wszyscy się cieszą.

Hiszpanie są przed granicą, potem w Zgorzelcu, potem 100km od Wrocławia. Pierwotnie mieli być jakoś o 20.00, ale dzwonią, że będą 21.30. No dobra. Tyle że Hiszpanie ci, co już  u nas, przyszli na 20.00 pod kościół, żeby spotkać się z grupą, która dojezdna. No to wzięliśmy ich na lody. Po dłuższej chwili, bo część wracała po pieniądze do domów. Na lodach było trochę problematyczne ustalanie, jak płacimy. Bo niby każdy sam, ale ktoś razem… Ale ogólnie to Hiszpanie ogarnęli się sami, co było miłe.

Najpierw z nimi nie poszłam, bo miałam jechać na lotnisko po 3 osoby, które dolatywały samolotem widmo – czymś, czego numer lotu mieliśmy, ale to nie lądowało we Wrocławiu 20.30. Naprawdę nie. I nie było tego na tablicach (jak się okazało, numer lotu, który mieliśmy, był lotem z Madrytu do Warszawy, a o 20.30 do Wro przylatywał samolot ze stolycy). Potem do nich dołączyłam, bo na lotnisko pojechała Julka, żebym ja na pewno była na miejscu, kiedy oni przyjadą. Będąc w lodziarni dostałam telefon, że mam wracać, bo sierotki wsadzone w pociąg będą na dworcu 20.30. Ja wracam pod kościół, a tam podjeżdża pierwszy autokar z Hiszpanami. No to wracają wszyscy. Recepcja 100 osób jest trochę trudniejsza. Tym bardziej że niby wypadałoby poczekać na drugi autobus z powitaniem, ale bez sensu czekać, skoro teraz mamy ich tylko 50, a przyjmować na raz 50 jest zdecydowanie łatwiej, niż 100.

Julka z diakonem wraca z lotniska z jedną osobą zamiast trzech. Ponoć te 2 dziewczyny, które miały przylecieć z Ignacio, to te dwie ciumcie wsadzone w pociąg.

Julka z diakonem jedzie na dworzec po dwie ciumcie. Ksiądz proboszcz wita pierwszą grupę. Ja tłumaczę. I ludzie mają bekę, bo jak proboszcz mówi, to ja na niego patrzę z coraz ciekawszą miną i coraz większymi oczami. Jakoś idzie.

Julka i diakon nie mogą się z Hiszpankami znaleźć. Dojeżdża drugi autobus Hiszpanów, ten już z koordynatorem, który wysyła kogoś do dzwonienia do ciumci z pytaniem, czy one w ogóle wysiadły z tego pociągu. Wysiadły. Po dłuższej chwili się znajdują, chociaż nazywają się inaczej, niż powinny. Bo to nie te dwie, które miały przylecieć z Ignacio, ale to te dwie, które wylądowały w Warszawie (i, nota bene, twierdziły, że to właśnie tam mają nocować). Co mieli zrobić diakon z Julką? No wzięli.

Ludzie porozprowadzani do domów. Wychodzi na to, że to koniec naszych radosnych przygód. Ogarniamy się, ja wracam do domu do moich dwóch Hiszpanów (co jest fajne, bo chłopcy stanowili… razem z księżmi (2), diakonami (2) i klerykami (5) chyba mniej niż 1/3 grupy). Jeden z nich jest harcerzem. Ojoj, jak miło <3. Trochę gadamy, chcą, żebym im pokazała chustę, ale nie, bo się suszy. Pokazuję mundur.

Idziemy spać, bo dzień był dla mnie pełen wrażeń. Oni chyba nie są zmęczeni (to Hiszpanie – oni nigdy nie są zmęczeni), ale widzą, że ja jestem zmęczona i nie mają z tym problemu. Może by się i umyli, ale, hehe, to taka zabawna historia, że remontują nam sieć rur i nie ma ciepłej wody. Umyją się rano.

Wszyscy w domach. Nikogo chyba nie brakuje. Dobranoc.

*

*

*

*

*

*

Około północy ksiądz jedzie z Jagodą odebrać 2 Hiszpanki z lotniska.

Kurtyna.

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: